Ofiara Polikseny

Marta Guzowska
Ofiara Polikseny
  • W.A.B.
    Warszawa 2012
    125x195
    432 strony
    ISBN 978-83-7747-646-8

Polska proza kryminalna jest coraz bardziej różnorodna. Wprawdzie, wciąż dominują w niej kryminały retro i współczesne, ale coraz ciekawiej prezentują się także inne podgatunki tej odmiany powieści, na przykład kryminał archeologiczny, w których miejscem akcji są wykopaliska, a w rolę śledczych wcielają się naukowcy odkrywający ślady przeszłości. Po taki właśnie wariant kryminału sięgnęła w debiutanckiej Ofierze Polikseny – otwierającej cykl z antropologiem Mario Yblem – Marta Guzowska.
Autorka jest doktorem archeologii i od kilkunastu lat członkiem ekipy wykopaliskowej w ruinach starożytnej Troi, nic więc dziwnego, że właśnie w tym miejscu toczy się akcja jej powieści. W niezwykle upalne lato międzynarodowa grupa badaczy rozmaitych specjalności odkrywa na cmentarzysku w okolicach Troi nietypowy grób ze szczątkami kobiety. Naukowcy podejrzewają, że być może trafiła im się prawdziwa rewelacja – kości mitycznej Polikseny. Okazuje się jednak, że szkielet jest całkiem współczesny. Naukowcy są nie tylko sfrustrowani, ale też przestraszeni, bo ktoś zaczyna mordować kobiety w Troi, wzorując się na mitologicznych przypadkach.
Powieść Guzowskiej czaruje przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze – urzeka sceneria. Akcja Ofiary Polikseny rozgrywa się w Turcji i w tło kryminalnej intrygi wpisana jest opowieść o współczesnej Turcji widzianej oczyma człowieka Zachodu. Po drugie – fascynuje główny bohater, a zarazem narrator powieści. Jest nim wyborny antropolog Ybl. Trudno jest opisać tę postać w krótkich słowach… To skrzyżowanie Adriana Monka, Indiany Jonesa i Philipa Marlowe’a. Pijak, błazen i cynik, jak sam siebie określa. Człowiek o niewyparzonym języku, mający niesamowity dar do zrażania sobie ludzi. Typ niepokorny, który zawsze robi to, co chce, mając gdzieś zasady. Nyktofobik, panicznie bojący się ciemności, który lęk oswaja w najprostszy sposób, zapijając się wieczorami w trupa. W końcu – samotny jeździec, który na własną rękę, nie raz, nie dwa zbierając po głowie, rozwikłuje zagadkę mordów na kobietach.

Robert Ostaszewski

Fragment

Jeśli ktoś wam powie, że archeologia jest pasjonująca, możecie go od razu wyśmiać. Ciekawe to są filmy z Indiana Jonesem i Larą Croft. Te ostatnie nawet ciekawsze, ze względu na walory estetyczne Angeliny Jolie w krótkich spodenkach. Archeologia jest nudna, aż się flaki przewracają.
Myślicie sobie pewnie, że to takie romantyczne: archeolog w fajnych ciuchach stoi nad wykopem i patrzy, jak kolejne ude¬rzenia kilofa odsłaniają ruiny zaginionych cywilizacji. Przykro mi, jeśli was rozczaruję, ale to gówno prawda. Po pierwsze: mo¬żecie od razu zapomnieć o kilofie. Większość pracy wykonuje się małą szpachelką i pędzelkiem. Wiecie, ile w takich warun¬kach trwa odsłonięcie, nie żadnej tam cywilizacji, tylko głupiego stłuczonego garnka? Nie wiecie? To się domyślcie.
Po drugie: panie i panowie, zaginione cywilizacje nie istnieją. Wszystkie zostały już dawno znalezione, skatalogowane i mają doczepione metryczki. Archeologia jest mniej więcej tak samo romantyczna jak księgowość. A praca wygląda podobnie: pole¬ga głównie na zapisywaniu setek, tysięcy numerków. Numery warstw, numery obiektów, numery skorup, numery kurwa-nie¬wiem-czego-jeszcze. Potem się tę numery wprowadza do bazy danych, grupuje, analizuje i pisze raport, który ma w sobie tyle ro¬mantyzmu, co kwartalne sprawozdanie finansowe kiosku Ruchu.
Poza tym normalnemu człowiekowi ciężko jest wytrzymać dzień pracy, który zaczyna się pobudką o piątej, przed wscho¬dem słońca, a kończy po północy ostrą bibką i wypełniony jest niezliczonymi godzinami w upale, który powinien być zakaza¬ny konwencją genewską. Powiem tylko tyle: gdyby jakikolwiek więzień, polityczny czy nawet zwykły kryminalista, był zmuszany do pracy w takich warunkach jak my, Amnesty International już dawno by interweniowało.
Dzisiaj było tak samo jak wczoraj, przedwczoraj i każdego z czternastu, pieprzonych ostatnich dni. Słońce paliło jak stos atomowy, a niebo, o barwie i ciężarze płynnego ołowiu, wisiało dwa centymetry nad moją biedną głową. Ziemia grzała w stopy przez grube podeszwy. Nawet wiatr nie przynosił ulgi, tylko pa¬rzył skórę i zasypywał gardło kurzem.
Drzewa już dawno zamieniły się szeleszczące szkielety, rzeka w błotniste koryto, a morze – w cuchnącą wodorostami breję. Za zasłoną drgającego powietrza białe statki przesuwały się jak widma przez gardło cieśniny Dardanelskiej. Z miejsca, gdzie się zatrzymałem, żeby złapać oddech, nie było dobrze widać, czy płyną, czy maszerują po rozpalonych polach. Wilgotny opar zasłaniał Bozacaadę i Wyspy Zajęcze. Tylko wieczorami zachodzące słońce szczerzyło ociekające purpurą kły i kontury wysp ożywały, jak szablony z wielbłądziej skóry na jedwabnym ekranie w tureckim teatrze cieni.(…)

Kiedy Pola zadzwoniła do mnie pół roku temu, nad ranem, oczywiście spałem.
– Nie wygłupiaj się – powiedziała. – A właściwie, to która jest godzina?
- Mmmm.
Spróbowałem spojrzeć na budzik. Uchyliłem powiekę i oślepi¬ło mnie światło lampki nocnej.
- Nieważne, musisz tego posłuchać. To jest cmentarzysko. Buldożery zaczęły kopać fundamenty pod jakieś dacze i wkopały się prosto w grób. Nie koło samej Troi, dziesięć kilometrów dalej, nad morzem. Wiesz, co to znaczy?
Zachęcająco zawiesiła głos.
– Eee...
Zrezygnowałem z kolejnej próby otwarcia oczu i macałem na ślepo po szafce nocnej w poszukiwaniu szklanki z wodą.
– Nie mów mi, że nie wiesz! To znaczy, że to może być cmen¬tarzysko Achajów!
– Aha – mruknąłem.
– Pierwszy grób, jaki rozwalił ten buldożer, to była urna. Po¬chówek ciałopalny. Zdjęcia są trochę niewyraźne, ale wszystko wskazuje na to, że...
Urwała.
– Wiesz, o czym mówię, prawda?
– Nie.
– Jesteś niedouczony.
– Pola – wychrypiałem – Dzwonisz do mnie w środku nocy, żeby mnie obrażać? Nie możesz poczekać do dziewiątej?
– Mogę. Achajowie przybyli pod Troję, żeby odbić piękną Helenę. Wojna trojańska, może to ci coś mówwi?
– Cholera jasna!
Szklanka z wodą zrobiła to, co robią wszystkie szklanki, kiedy ich się szuka po omacku: spadła na podłogę i roztrzaskała się w drobny mak.
— No właśnie! – W głosie Poli brzmiała satysfakcja. – Frank ma licencję i obiecał mi kierownictwo na całym odcinku cmentarzyska. Całym, rozumiesz?
— Jasne.
— I wiesz o co mi chodzi?
— Oczywiście.
— I wiesz, jaki Frank?
— Oczywiście.
Chwila ciszy w słuchawce.
— Nie masz pojęcia, prawda? I niespecjalnie cię to interesuje. Mylę się?
— Nie.
Chwila ciszy.
— Będę potrzebowała antropologa.
Z zaciśniętymi mocno powiekami usiadłem na łóżku i spuściłem nogi na zimną podłogę. Od okien strasznie wiało, a j nie potrafiłem zebrać się do kupy, żeby je uszczelnić. Potarłem dłońmi szczecinę na twarzy i odchrząknąłem kilka razy.
— A co to ma wspólnego za mną?
— W lipcu. Albo na początku sierpnia. I chciałabym, żebyś zabrał
przynajmniej dwójkę studentów.
— Pola...
— Szczerze mówiąc, wolałabym kogoś ze starszych lat albo
doktorantów, żebyś nie musiał nad nimi cały czas stać...
— Pola...
Udało mi się w końcu otworzyć jedno oko i zerknąć na budzik. Czerwony dwukropek między dwójką a trzydziestką pulsował w hipnotycznym sennym rytmie.
— Pola, jest wpół do trzeciej. Nad ranem. Siódmy stycznia.
Zamilkła na chwilę, a potem powiedziała cicho.
— Pomyślałam, że się ucieszysz.
No to się ucieszyłem. Miałem inne wyjście?