Cadyk i dziewczyna

Anna Bolecka
Cadyk i dziewczyna
  • Czarna Owca,
    Warszawa 2012
    125 × 195
    272 strony
    ISBN: 978-83-7554-434-3

Anna Bolecka nigdy nie wybierała tematów łatwych. W świetnym „Białym kamieniu”, wracała do utraconego raju przeszłości na kresach dawnej Rzeczpospolitej, w intrygującym „Kochanym Franzu” przywoływała postać twórcy „Procesu”, by w osobisty sposób rozprawić się z najważniejszymi tematami jego prozy. W nowej powieści – „Cadyk i dziewczyna” – ustawia sobie poprzeczkę chyba jeszcze wyżej: postanawia opisać losy kilku postaci uwikłanych w bolesną, wojenną rzeczywistość okupowanej przez hitlerowców Warszawy.
Szczególnie trudne jest to, że Bolecka siłą rzeczy nie może się oprzeć, jak wielu jej wybitnych poprzedników, na osobistym wspomnieniu – urodziła się bowiem już po wojnie. Pisząc powieść, korzysta więc z literatury przedmiotu, szczególnie inspirując się pamiętnikiem i listami Etty Hillesum, młodej Żydówki z Holandii, która stała się pierwowzorem dla głównej bohaterki książki, Poli Rubin. To właśnie historia tej niespokojnej, pełnej wątpliwości dziewczyny, której tożsamość żydowska została nadana odgórnie, w toku ustaw norymberskich, jest punktem wyjścia do opowieści o innych postaciach postawionych przed najważniejszymi w życiu wyborami. Jest wśród nich jej koleżanka Chawa Muszka, córka ortodoksyjnego Żyda ukrywająca się przed hitlerowcami, jej bliscy usiłujący uciec z okupowanej Warszawy za granicę czy niemiecki major Brock, narażający własne życie, by pomóc im w ucieczce. Ważnym wątkiem opowieści jest również miłość jaka połączy Polę Rubin i starego Żyda, Steina, specjalistę od czytania z dłoni.
„Cadyk i dziewczyna” to książka napisana ręką rasowego pisarza. Bolecka potrafi doskonale utrzymać tempo opowieści, stopniować napięcie, doprowadzać swoje postaci do przysłowiowego muru, każąc im na nowo się samookreślać. Prawda miesza się tu z fikcją w różnych proporcjach, a losy postaci są tak dramatyczne, że książkę trudno odłożyć. Czasem można wręcz odnieść wrażenie, że takie hollywoodzkie podbicie więcej znaczy niż psychologia postaci, choć nie brak dla nich współczucia. Intryguje również język jakiego używa pisarka – plastycznie opisujący wojenną Warszawę i jej okolice, jednocześnie prosty jak i literacki. Wszystko to sprawia, że książkę Boleckiej warto przeczytać – a już na pewno sfilmować.

Patrycja Pustkowiak

Anna Bolecka (ur. 1951) pisarka, eseistka, historyk literatury, chętnie nagradzana i tłumaczona na duński, francuski, holenderski, niemiecki i portugalski. Cadyk i dziewczyna jest jej siódmą powieścią.

Fragment

Kiedy wyszli wreszcie na zewnątrz, nie mogli uwierzyć w to, co widzą. Było widno od pożarów. Odór śmierci snuł się ulicami, wypełniał podwórza nieistniejących już domów. Ci, który przeżyli, a nie oszaleli, wychodzili na powierzchnię. Błąkali się teraz pośród ruin i ocalałych resztek domów, nie poznając ulic, na których przeżyli całe życie. Szli, odgarniając kotary gęstego, błotnistego dymu. Krwawy odblask przesuwał się po ocalałych murach i tylko czasem silniejszy podmuch wiatru przebijał niewyobrażalnie błękitne okno dalekiego nieba. Pod punktami opatrunkowymi, wokół prowizorycznych szpitali gromadzili się poparzeni i ranni. Z jakiejś zbombardowanej piwnicy wyciągnięto beczki wina. Było ich tyle, że wkrótce na ulicach pojawili się pijani. Zabici leżeli na jezdniach. Z martwego konia ludzie wycinali kawałki mięsa. Na ulice Śródmieścia spadły niemieckie ulotki. Jeśli się nie poddadzą, miasto zostanie zagazowane. Straszne słowo „kapitulacja” obiegło Warszawę.

Wiele domów w Śródmieściu i na Woli zostało zburzonych. Gruzy, kłęby pogiętych drutów, wyrwanych szyn, połamane latarnie zagradzały przejścia z ulicy na ulicę. Chodziło się po rozbitym szkle, wśród strzępów spalonych firanek i zwęglonych okiennych ram. Całe fragmenty miasta zmieniły wygląd. Nowego Światu prawie nie było. Resztki ruin trawił niewygasający od kilku dni ogień. W dymie, pod groźbą zawalenia się sterczących nad rumowiskiem ścian ludzie wyciągali trupy spomiędzy gruzów. Czasem rozlegał się krzyk i na powierzchnię wydobywano rannego, który przeżył pod kamieniami. Pośpiesznie rozbierano barykady. W bramach kobiety sprzedawały kiszone ogórki w wielkich słojach. Oparta o framugę deska z napisem: „Śledzie sprzedaje się”, kierowała w głąb, na podwórze, gdzie stała długa kolejka. Ludzie z wiadrami poszukiwali wody. Na balkonach i ścianach domów zawisły flagi ze swastyka. Starano się omijać je z daleka.

Pola szła Marszałkowską ze Steinem, który wciąż jeszcze pozostawał w mieście. To, co się wydarzyło i co wciąż się działo wokół, docierało do nic złagodzone uczuciami, których nie próbowali już tłumić. Ta miłość zjawiła się w najwłaściwszym momencie. Teraz, kiedy świat został wypchnięty ze swoich kolein i spadał gdzieś w ciemną lodowatą czeluść. Kiedy poplątały się kierunki, noc świeciła od wybuchów, w dzień zapadały ciemności, ten mężczyzna stał się jedynym stałym punktem w rumowisku złudzeń i nadziei.

– To, co przeżyliśmy, zmieniło nas – powiedziała.

– Tak. Już nie będziemy mogli wrócić do siebie tamtych, sprzed wojny

– Myślałam o naszej miłości.

Spojrzał na nią i uśmiechnął się. W jego oczach zajaśniało coś młodego, beztroskiego. Szli tunelami ulic w stronę Ogrodu Saskiego. Na rogu Królewskiej, oparta o ścianę siedziała stara kobieta. W nadtłuczonym słoiku miała pęk róż.

– Ostanie róże, a jak pachną – powiedziała. – Niech paniusia kupi.

– Widzisz, kiedy o nic nie prosimy, zawsze coś dostajemy. – Stein podał Poli bukiecik stulonych żółtych pąków cudem ocalałych na klombie miejskiego parku.

Te kwiaty w poranionym mieście wydawały jej się czymś, co nie miało prawa istnieć, a jednak istniało i pachniało nieśmiałym szczęściem. Trzeba się będzie nauczyć radości z powodu najmniejszego nawet drobiazgu, pomyślała. Inaczej przecież nie da się przeżyć tego, co nadejdzie. To życie, które było, już nie powróci. Ani na dobre, ani na złe. Jeszcze niedawno miała wrażenie, jakby rzeczywistość wisiała na niej niczym za luźne ubranie, do którego trzeba dopiero dorosnąć. Teraz, idąc obok Steina, czuła siłę i pewność. Żadnych wahań i uników, żadnych pytań w rodzaju: czy ja go kocham? Czego chcę od życia? Po co to wszystko? Wstydziła się swoich dawnych wątpliwości, Zastanawiała się kiedyś, jakże dawno to było, czy Stein nie jest dla niej zbyt stary, czy jest dość dobrym kochankiem, jak często bywa niewierny? Nawet powiedziała któregoś razu: „polubiliśmy się, choć nie możemy wiązać ze sobą nadziei na przyszłość”. A on odpowiedział z nutka ironii: „Jeśli przyszłość pojmuje pani tak materialistycznie…”. Wszystko to w jednej chwili stało się przeszłością. I nie powróci. Przycisnęła ramię do jego ramienia i wsunęła dłoń w ciepłą szeroką rękę Steina.

– Kiedy musisz wracać? – spytała.

– Już dawno powinienem tam być. Ale – zawahał się – nie wiem, ja mnie przyjmą. Jestem niemieckim obywatelem. Właściwie mogą uznać mnie za wroga.

Spojrzała na niego oszołomiona. Nie pomyślała o tym. Odruchowo ściszyła głos.

– Nie, to niemożliwe.

Stein pozostał w Warszawie jeszcze jakiś czas. Spotykali się w pokoju, który Pola wynajmowała z koleżankami. Dziewczyn nie było i nie bardzo nawet wiedziała, co się z nimi dzieje. Dom ocalał, choć gospodyni opowiadała, jak uciekali bombardowaną ulicą niczym niekończącym się korytarzem ognia. Ona sama się uratowała, ale sąsiedzi zginęli. Takich opowieści Pola słyszała wiele ze wszystkich stron. Nie zastanawiała się, dlaczego właściwie ona żyje, choć inni mieli o tyle mniej szczęścia. Zamykała drzwi pokoju, do którego wchodziła ze Steinem, i na długie chwila zapominała o świecie za oknem. Kochali się albo leżeli obok siebie. Odpoczywała na jego piersi, wsłuchując się spokojne bicie serca, i czuła się bezpiecznie, jak w objęciach jakiejś potężnej istoty, która nigdy nie umrze.

– O czym myślisz? – pytała.

– O demonach, które dręczą ludzkość. Kiedy byłem młody, zdawało mi się, że będę mógł coś zmienić w tym niedoskonałym świcie. Nie śmiej się, byłem młody.

– Przecież nic się nie zmieni, jeśli my pozostaniemy tacy sami. Przyczyn zła musimy szukać w sobie. Czy nie tego mnie uczyłeś?

– Jedno jest pewne, ta wojna nas zmieni. Pozostaje pytanie: na dobre czy na złe?

Jednego z pierwszych dni października Stein wsiadł do tej samej ciężarówki, którą przybył do Warszawy, i z transportem bielizny i leków dla szpitala w Otwocku odjechał. W tym czasie do Warszawy zaczęli wracać uciekinierzy i na drogach w kierunku miasta trwał nieustanny Ruch. Telefony już działały, zresztą dość dziwacznie, i zastanawiano się, dlaczego ktoś może dzwonić ile chce i za darmo, podczas gdy u innego aparat całkiem ogłuchł. Dwa dni po wyjeździe Steina Pola dowiedział się, że szczęśliwie dotarł do Otwocka.