Spowiedź śpiącej królewny

Mariusz Sieniewicz
Spowiedź śpiącej królewny
  • Znak
    Kraków 2012
    140 x 205
    260 stron
    ISBN: 978-83-240-1896-3

Mariusz Sieniewicz – jedno z najważniejszych nazwisk roczników 70. polskiej prozy – w najnowszej swojej powieści pozostaje w kręgu tematów, które interesują go najbardziej. Dekonstrukcja kulturowej tożsamości – narodowej i lokalnej –  która mocno odbiła się w jego poprzednich książkach Czwarte niebo czy Żydówek nie obsługujemy, pozostaje dominującym tematem wydanej właśnie Spowiedzi Śpiącej Królewny.
Główną bohaterką podzielonej na trzy części powieści i zarazem jej narratorką jest Emi, trzydziestoośmioletnia kobieta, singielka, która ciągle wikła się w toksyczne związki z facetami. Na dodatek Emilia cierpi na narkolepsję. Skutkuje to tym, że bohaterka kilka razy w ciągu dnia zapada w sen. Śnią jej się wtedy niestworzone rzeczy, choć jeden motyw się powtarza – samobójstwo. W dokonaniu tego aktu ciągle coś jednak bohaterce przeszkadza. W pewnym momencie zjawia się Swietka, tajemnicza Białorusinka, która oznajmia, że jest siostrą Emi. Zaczyna się pogoń za nowym mężczyzną, Misiem. Miś to specyficzny gatunek mężczyzny, reprezentuje jednak wiele różnych podtypów: narcyza, faceta cierpiącego na depresję czy patriotę-fanatyka... 
Spowiedzi Śpiącej Królewny świat balansuje na granicy jawy i snu, a dodatkowy efekt potęguje groteskowo-prześmiewczy styl, w jakim prowadzona jest narracja. Pod pozorem nieco absurdalnej historii bajkowej pisarz dokonuje krytycznego spojrzenia na rzeczywistość współczesnej Polski (w tle pojawiają się także nawiązania do lat 80.) – z wpisanymi w kulturę oczekiwaniami na temat ról płciowych (reprezentuje ją m.in. tytułowa Śpiąca Królewna), a także wirtualnymi sposobami komunikowania się w sieci. Sieniewicz używa do tego językowych klisz, by – poprzez unikalną narrację - obedrzeć je z pancerza powagi i pokazać absurdalność obezwładniającej kultury. Wyrazisty, groteskowy, krytyczny wobec polskości i współczesności głos 40-letniego prozaika.

- Marcin Wilk

Fragment

Nie można też obecnego kochanka Emi nazwać zdeklarowanym singlem, który patrzy na świat jak na urodzinowy tort, a dźwięk słowa „ja” wyzwala w nim nie tylko mentalną erekcję. Taka Emila może być wyłącznie jedną ze świeczek, żeby singiel mógł sobie ją dmuchnąć, uprzednio pomyślawszy życzenie. Gdy kiedyś Emila przeczytała dzienniki Gombrowicza, pojęła w mig, że autor na pierwszej stronie zapisał konstytucję singla. Zabujana w singlu kobieta musi układać rytm własnego tygodnia według schematu: poniedziałek – on, wtorek – on, środa i czwartek – on i on, w weekend – on, z nim, jego, jemu i o nim. Siedem przypadków singla.
To doprowadziło Emilę do wniosku apokaliptycznej natury: ludzkości grozi kataklizm na niespotykaną dotychczas skalę, gorszy od dżihadu. To „jaizm”. Bo nadejdzie dzień, gdy na świecie żyć będą wyłącznie single. Zewsząd nieść się będzie ekstatyczne: ja, dla mnie i o mnie jak najwięcej! Single, bezskutecznie domagając się adoracji, nie znajdując słuchaczy, powstaną jeden przeciw drugiemu. I podniesie singiel rękę na bliźniaka swego – singla. I będą tłuc się z pieśnią o „ja” na ustach. Będą strzelać do siebie zza węgła, będą otwarcie obijać się kijami. I ziemię zaleje bratnia krew. I rozpęta się wojna, jakiej świat jeszcze nie widział. Wojna pomiędzy jednoosobowymi armiami. Tych armii będą miliony. Emila ma nadzieję, że nie dożyje krwawych konsekwencji jaizmu.
Z jej oblubieńcem rzecz ma się inaczej. Jest zawsze na wyciągnięcie ręki. W nocy i w środku dnia, nawet podczas niedzielnej mszy, kochanek potrafi wywołać tajemną grę rozkoszy, której Emila nie umie i nie chce się oprzeć: pieszczocie palców, gorącemu oddechowi, niespiesznym muśnięciom jej piersi i bioder. Jeśli Emila chce pobyć sama, czeka cierpliwie w kuchni albo w jadalnym. On też ma swoje chwile ciszy. Mniej więcej co trzy, cztery dni zdarza się, że leży na wznak przy łóżku i tuli swoją czarną walizeczkę.
Kochanek nie należy do zbyt rozmownych, ale to akurat Emila ceni w nim najbardziej. Nie smęci, nie raczy mądrościami typowymi dla Misiów, którzy posiedli kontemplowaną w fotelach wiedzę na temat świata, bynajmniej nie z Discovery Science. Ona ujawnia się zazwyczaj po obiedzie. Jest filozofią, którą Emila nazywa „postobiadyzmem”. Postobiadyzm łączy „wszystkododupyzm” z „neoupierdliwizmem”. I tak jak Katon nieodmiennie wołał, że Kartagina musi zginąć, tak na końcu ich mądrościowych tyrad pojawia się okrzyk:
– Złodzieje! Do pierdla wszystkich! Jest piwo w lodówce?
Tatko z matuchną nie sprzeciwiają się ich związkowi. Nie protestują nawet, gdy Emila przy obiedzie pieści go pożądliwie dłońmi, wywołując pod opuszkami palców rozkosz. I nawet do głowy im nie przyjdzie, żeby zadręczać córkę pytaniami o zaręczyny
czy ślub.
Raz jeden tylko matuchna spytała, czy to przypadkiem nie Fin albo Szwed, bo jego imię brzmi dziwnie, tak nie po polsku. No i dlaczego jest taki malusi – istny Tomcio Paluch. Owszem, w koszykówce nie zrobiłby kariery, ale to akurat pozwala trzymać kochanka mocno w garści. Zresztą w jej wieku nie można sobie pozwolić na luksus wybrzydzania. Dlatego też jak ulał pasują do niej słowa piosenki: Taki mały, taki duży może mężem być. Taki gruby, taki
chudy może mężem być. Taki łysy, taki z brodą, może mężem być”…
A imię? Skoro brzmiało zbyt obco, zaczęła mówić do niego Eryk. Rodzicie traktują Eryka jak powietrze. Czasami tylko zwracają się dość oschle, żeby coś dla nich załatwił: kolejkę w przychodni, korektę rachunku za gaz, lub żeby podpytał, co słychać u cioci Krystyny w Niemczech. Eryk błyskawicznie spełnia każde życzenie. Jest bardzo uczynny i – w przeciwieństwie do byłych Misiów – nigdy nie pozwoliłby sobie na pogardliwe słowa w stylu: ta wyfiokowana baba w peruce, ten przyklapły dewot.
Eryk posiada jeszcze jedną, o wiele ważniejszą, zaletę: całkowicie rozumie chorobliwe skłonności Emili, które dla większości Misiów okazywały się przeszkodą nie do pokonania. Wystarczyły dwa, trzy ataki i kandydaci na mężów, kochanków uciekali w popłochu. Zostawiali Emilę ze swoimi szczoteczkami do zębów. Jedynym wygranym był tatuchno. Dla kilku zębów, jakie mu pozostały, uzbierał zapas szczoteczek do końca życia. Jego lub zębów.
Tylko Eryk nie przestraszył się Emilkowej choroby. Ale też fakty są takie, że dzisiaj ze świecą szukać kobiety bez anomalii. Każdą zniewala jakieś choróbsko i cała litania psychicznych dewiacji.
Nie inaczej jest z Emilą. No bo tak, po kolei: jeśli istnieją kobiety flaszki i ziołomanki, jeśli na każdym kroku można spotkać psychopatki ekologii, westalki mężowskich kont, czempionki fitnessów i wieloziarnistych płatków, jeśli udaje się zdekonspirować członkinie Tajnej Sekty Botoksu i Silikonu, działającej dla niepoznaki pod szyldem Klubu Miłośniczek Cappuccino, jeśli na pierwszy rzut oka widać, która to niewolnica hedone, która wpadła w życie prosto z parafialnej oazy jak w przerębel, a która jest rybą młotem
w spódnicy, tak Emi jest…
Emi jest n a r k o l e p t y c z k ą.
Tu nie pomogłaby specjalna dieta, ani nordic walking. Dlatego zamiast walczyć z narkolepsją, Emi ulega chorobie. Pozwala narkolepsji stać się jej nie drugą, lecz pierwszą naturą. Tym samym życie Emi zyskuje dodatkową biografię. Jedna jest porządna i gładka niczym życiorys kandydatki do pracy w biurze. Druga – senna, skryta, podziemna. Druga to rodzaj weneckiego lustra.
W chwilach sennych flashbacków i zapaści umysłu, którą cyniczni obrońcy jawy nazywają „przybijaniem gwoździa”, tylko Eryk usiłuje przywrócić Emilę do rzeczywistości. Narkoleptyczny ciąg trwa czasem minutę, czasem kilka kwadransów, lecz gdy mija, Eryk nie pyta idiotycznie, co jej się śniło, czy ma wezwać karetkę.
Właśnie teraz Eryk, leżąc na skraju poduszki, zaczyna nucić Never Ending Story. Emi udaje mocno zaspaną. Wyciąga ku niemu rękę, by zaraz przewrócić się na drugi bok. Eryk milknie, pozwala kochance na kilka minut drzemki.