Włoskie szpilki

Magdalena Tulli
Włoskie szpilki
  • Wydawnictwo Nisza
    Warszawa 2011
    ISBN: 978-83-62795-09-3
    144 strony
    130 x 205

Dzieciństwo, które po latach wyzłaca naszą pamięć, jawi się nam zwykle jako kraina utraconej szczęśliwości. Ale nie w prozie Magdaleny Tulli. Tutaj jest zmorą. Narratorka opowiadań Tulli dzieli los dzieci ofiar Holokaustu. Jej przypadek to przypadek narratora komiksu Maus Arta Spiegelmana: jak on był mimowolną ofiarą swego ojca, kogoś kiedyś uratowanego z zagłady, tak ona jest ofiarą własnej matki, byłej więźniarki Auschwitz. Dopiero od umierającej matki, już coraz bardziej nieobecnej, pogrążającej się w chorobie Alzheimera, po latach dowiaduje się o przeszłości rodziny i o jej losach.
Przejmujące, napisane z chłodną, elegancką precyzją opowiadania, są pokłosiem owych rozmów. Są pracą żałoby po matce, ale jeszcze bardziej pracą żałoby po swoim dzieciństwie, którego kiedyś została pozbawiona. Stanowią próbę uporania się z odziedziczoną traumą, z lękami, które zmieniają się w nowe idiosynkrazje. Ironia zdaje się tu lekarstwem zaaplikowanym sobie po to, by przejść bezpiecznie przez pole minowe poranionej pamięci. Narratorka, matka dwóch dorastających synów, okazuje się zakładniczką tamtej małej dziewczynki. Jest z nią solidarna, ale nie może jej dziś pomóc, może za to pomóc sobie. Raz jeszcze do głosu dochodzi tutaj stara prawda, która powiada, że dziecko jest ojcem dorosłego.
W prozie Tulli znajdujemy logikę wyobcowania małej dziewczynki zostawionej samej sobie przez włoskiego ojca, który kursuje między Mediolanem a Warszawą i przez matkę, której emocje pozostały za drutami obozu. Ze swoją dwujęzycznością sprawiającą kłopoty, ze swoim dziwnym, nie odmieniającym się nazwiskiem, w zaniedbanym, choć lepszym ubraniu, nieumiejętnością nawiązywania kontaktu i brakiem pewności siebie, staje się łatwym celem dla swoich rówieśników. Obraz szkoły w tej prozie to obraz instytucji totalitarnej i jest on metaforą życia polskiego społeczeństwa w dobie zimnej wojny.  Jak zwykle u Tulli metafora ma wartość realistycznego argumentu.

- Marek Zaleski

Fragment

Dzieci z parteru rzadko bawiły się na podwórku. Tylko w ciepłe dni, jeśli akurat nie były w przedszkolu ani na wakacjach. Ale nawet kiedy tam były, nie usłyszałybyśmy ich przy zamkniętym oknie balkonowym. Pewnego razu piłyśmy popołudniową herbatę w ciepły dzień, a okno balkonowe było otwarte.
- Nie przepadam za dziećmi – przyznała pogodnie moja matka. - Są takie hałaśliwe, kiedy się bawią. Nadmiar wesołości zawsze mnie męczy.
Herbata musiała być wrząca, musiała parzyć w usta, tylko wtedy matka miała pewność, że naprawdę ją pije. Kuzynka, do której się zwracała, już nie mogła odpowiedzieć osobiście. W jej imieniu pokiwałam głową. Rozumiałam, że nie to jest ważne, żeby narzucić mojej matce daty i miejsca. Dla niej żadne daty nie znaczyły zupełnie nic, prawda była bez wartości. Rozumiałam, że w tym wszystkim najmniej chodzi o mnie. Pojawiłam się w jej życiu całkiem niedawno, jako pomoc domowa z możliwością podejmowania, w razie potrzeby, dodatkowych ról. Dla mnie istotne było tylko jedno – orientować się, kim jestem tego popołudnia. Ostrożnie badałam sytuację, usiłowałam wygodnie się do niej dopasować, sprawdzałam grunt, podpierając się, co prawda, osobistym doświadczeniem, ale w sposób niezobowiązujący i tak dyskretnie, jak to tylko możliwe.
- Tak, dzieci bywają męczące.
- Nie miałaś lekkiego życia, kiedy były małe. Z dwójką zawsze jest jeszcze trudniej.
Wiedziała coś o tym. Przecież nie dawała sobie rady nawet z jednym, i to już od samego początku. Kiedy dzieci są małe, życie nie może być łatwe. Ale za to mija szybko, coraz szybciej, pędzi niestrudzenie od starych kłopotów ku nowym. W tamtym czasie moi chłopcy byli już duzi. Obaj studiowali matematykę.
- Chłopcy? - matka zawiesiła głos, zbita z tropu. Dałaby przecież  głowę, że to były... Zamilkła i przyjrzała mi się z uwagą. Musiała dopuścić do siebie myśl, że w mojej pamięci także nastąpiło trzęsienie ziemi. Może jej zawartość, zrzucona na podobne sterty, niszczała w tej samej mgle? Bo czy w innym wypadku mogłabym tak bardzo pomylić się co do swoich dziewczynek?
- Ale kiedy cię przywieźli do obozu... - zaczęła po chwili.
Gdyby moja matka ni stąd ni zowąd chlusnęła mi w oczy gorącą herbatą, nie poczułabym się bardziej zaskoczona, dotknięta, wytrącona z równowagi. Do obozu! Wtrąciła mnie do niego mimochodem, sprawa ta najwyraźniej nie miała dla niej aż takiej wagi. Cóż, obóz, zwykła rzecz. Rola, którą wyznaczyła mi tego dnia, okazała się za trudna. Wolałabym uciec, ale dokąd? Nie było ucieczki, siedziałyśmy przy stole, tylko my dwie, i piłyśmy herbatę. Obóz znalazł się w mojej przeszłości, moja przeszłość znalazła się w obozie. Tam, gdzie ludzie przestają być osobami i zamieniają się w ofiary, w wyzuty z prywatności, anonimowy tłum ofiar, których życie i śmierć zależy od kaprysu jakiegoś aroganta w mundurze, powiedzmy, przystojnego melomana, który po służbie pisze listy, może do matki, może do narzeczonej. Buty i walizki wystawia się potem na widok publiczny, nie prosząc o zgodę, skoro prosić już nie ma kogo. Nie, nie chciałam być ofiarą. Takiej plamy dotąd nie miałam w swoim życiorysie. Poniżano mnie, owszem. Ale nie do tego stopnia. Wychowałam się w kraju, w którym poniżanie obywateli było dla władzy głównym sposobem komunikowania się z nimi w szkołach, w zakładach pracy, w urzędach i w domach wczasowych. Więcej poniżenia nie zdołałabym już przełknąć. I jeśli mimo wszystko czułam, że moje życie jest cokolwiek warte, to dzięki temu, że nie zależało od kaprysu tego aroganta w mundurze. Gdybym przeszła i przez to, stałabym się nikim. I nie wiem, co musiałabym potem zrobić, żeby znowu być kimś. Zacisnąć pięści? Wykrzywić usta w grymasie pogardy? Jedno i drugie jest pułapką, nienawidzi się w istocie samego siebie, samym sobą się pogardza. Tak się to kończy.
- Do jakiego obozu? – przerwałam jej. Powinnam była zażądać, żeby mnie z niego natychmiast wypuściła. Ale w jaki sposób? Przecież nic tu nie zależało od niej. Nie ona przyjmowała transporty. Nie należała do funkcyjnych. Nie miała tam żadnych, absolutnie żadnych praw. Moje żądanie było po prostu śmieszne. Za tymi drutami siedzi dziesięć tysięcy ludzi, w niczym nie gorszych ode mnie, co należy podkreślić. Tak samo niewinnych albo też winnych, w zależności od punktu widzenia. Przez bramę nie wypuszcza się nikogo, tylko przez komin. Można jeszcze rzucić się na druty. Są pod napięciem, prąd elektryczny przynosi czystą, szybką wolność, ale trzeba za nią z miejsca oddać życie. Byłam gotowa na wszystko. - Nigdy mnie nie przywieźli do żadnego obozu. Jak mogli mnie przywieźć? Urodziłam się po wojnie!
Według jej rachunków musiałam być od niej starsza o jakieś pięć lat. Podniesiony głos nie dodał mi wiarygodności. Tym bardziej, że ostatnio bywałam tak różnymi postaciami, z których prawie każda... Moja matka tym razem popatrzyła na mnie jednak zupełnie bez niechęci. Pomysł z zaprzeczeniem oczywistości wydał jej się znajomy. O, tak, doskonale rozumiała, dlaczego nie pozostało mi nic innego, jak tylko iść w zaparte. A brednia, którą ośmieliłam się zaprezentować światu, miała w sobie imponujący rozmach.
- Ho, ho... – powiedziała. I pokiwała głową.

(z opowiadania Fusy)