Żywoty świętych osiedlowych

Lidia Amejko
Żywoty świętych osiedlowych
  • W.A.B.
    Warszawa 2007
    123 × 195
    232 strony
    ISBN: 978-83-7414-340-0

Książka Lidii Amejko to zbiór odpowiedzi na pytanie: jak można sobie wytłumaczyć programową bezczynność mieszkańców wielkomiejskiego blokowiska? Szczególnie tych, którzy z osiedla-sypialni się nie ruszają – pijaczków przykutych do osiedlowego sklepiku, gospodyń domowych przymocowanych do okien i telewizorów, emerytów wyłączonych już z wypełnionego pracą rytmu życia. O ile ich codzienne rytuały łatwo da się uchwycić, trudno jednak odgadnąć, co im gra w duszy. Dociec, nad czym debatują, jak postrzegają swoją egzystencję oraz miejsce w boskim planie – jeśli je sobie w ogóle przydzielają. Zmuszając ich do aktywności, to jest do autorefleksji, pisarka wydobywa z pozornego marazmu filozoficzny sens. Celem Amejko nie jest pochwała małego realizmu ani pochwała ubogich duchem. Nadrealne zatrudnienia i metafizyczna refleksja zajmująca poszczególnych „świętych” to czysta kreacja. Ma ona charakter komiczny. Komiczne jest uwznioślenie tego, co, niezupełnie na pozór, jałowe i bezmyślne. Jeszcze bardziej zabawny efekt daje połączenie materii, z jakich utkane zostały te opowieści. Amejko czerpie z Biblii, z historii filozofii, sztuki i literatury, a jednocześnie wszystkie te elementy należące do kultury wysokiej przekłada na swego rodzaju biblię pauperum. Przystosowuje je tak, aby stały się naturalną częścią plebejskiej opowiastki. Na nią właśnie Żywoty świętych osiedlowych są językowo stylizowane.
Zarówno stylizacja, jak i sięganie do arsenału wysokokulturowych odniesień poprowadzone tu zostały z mistrzowską konsekwencją. Pozornie kłócące się ze sobą części składowe tworzą nad wyraz harmonijną całość. Obce, narzucone ornamenty są oczywiście zauważalne, ale zarazem tak dobrze wtapiają się w opowieści, jakby były swojskie. Dzięki zintegrowaniu sprzeczności Lidia Amejko osiąga rezultat, do jakiego innymi metodami dochodzą zwolennicy realizmu czy reportażyści – uszlachetnia to, co mniej wrażliwemu obserwatorowi wydawałoby się trywialne i niewarte uwagi. Pisarka śmieje się z osiedlowego mikrokosmosu, ale to śmiech pełen czułości i zrozumienia dla bohaterów. Odcina się od tego świata, poprzez metatekstualny komentarz do kreowanego tekstu, a zarazem głęboko w niego wchodzi, by podkreślić, że stworzona przez nią fikcja jest czymś więcej niż językową igraszką.

- Marta Mizuro

Fragment

U nas na Osiedlu taki zwyczaj jest od lat, że każden raz tylko się rodzi i raz umiera.
Nie więcej!
Życie nasze dwa końce ma, jak sznur od bielizny, i choćby skały srały, wiatry wiały, bloki na Osiedlu pękały – dwoma tylko końcami do nieskończoności jesteś przywiązany, człowieku!
Rzecz jasna, jeden sznurek krótszy był, inny dłuższy, i każden co innego na lince miał rozwieszone – zawsze jednak DWA supły od niebytu nas oddzielały.
I koniec.
Tylko z Cyrylem inaczej się porobiło. Owszem, RAZ się urodził, jak my wszyscy. Za to umierał – co dnia! Jakby mu się jeden koniec sznura roztroczył i tysiącem nitek wystrzępił.
Pomyślicie pewnie, że on może tak umierać lubił, że śmiercią nienasycony, obżarstwu swemu folgował ponad miarę – co?
To wam powiem: Cyryl ze strachu przed śmiercią umierał co dnia!
– Och, wielkie mi co! – krzykniecie. – Wiadomo, że każden śmierci się boi (dopokąd się nie napije), ale ze strachu świętym się nie zostaje! (Tylko z odwagi wielkiej, o której dzieciom się potem na religii opowiada.) Więc po co świrusa tchórzliwego między świętymi umieszczać?!
Zamknijcie się na chwilę, kurdebalans, i posłuchajcie!
Nie było Cyrylowi lekko tak umierać ze strachu przed umieraniem, więc kiedyś pomyślał sobie, że może by ze śmiercią oswoić się trochę i umrzeć, ale tak trochę tylko, na paznokcia czubek – na spróbunek? Zobaczyć, czy to takie straszne?
Na kanapie się położył, pilotem pstryknął, żeby się w umieraniu swoim nie rozpraszać, wiadomo: głupio tak jednym okiem umierać, a drugim w ekran łypać. (Oto pytanie jest, człowieku, na Osiedlu najgłębsze: jak swój KONIEC pogodzić ostateczny z serialem, co w NIESKOŃCZONOŚĆ się ciągnie!)
Pstryknął więc Cyryl, ekran się zrobił niebieskosiny, jak trup, w środku duszyczka kineskopowa jeszcze mu się jarzyła przez chwilę i pyk! – telewizor zgasł.
Więc Cyryl oczy zamknął i umarł.
Wcale tak strasznie nie było!
A następnego dnia zadowolony się obudził, na świat spojrzał z radością – wiadomo: jak każden jeden po śmierci! Jajecznicy sobie usmażył na boczku, wesoło przy tym pośpiewując, ale pod wieczór lęk go naszedł, że może o czymś w umieraniu swoim zapomniał, że... jakoś za gładko to poszło; że... trzeba by jeszcze raz, na wszelki wypadek... sprawdzić!
Tak umarł dnia drugiego.
Trzeciego dnia się najadł, a wieczorem znów się kręci, jak szczenię srać. No to już wiedział, że nie na film po dzienniku czeka, ale że nieskończoności, co go strachem szczuje, znowu w oczy chce spojrzeć.
I tak już było co dnia.
Umierał Cyryl, potem z-martwych-wstawał i śniadanie sobie robił.
Z początku nawet był szczęśliwy, ale potem głupio mu się zrobiło, że samolubnie sam sobie umiera, dla siebie tylko, o innych nie myśląc! Bo skoro już tak dobrze to umieranie mu wychodzi, to czemu za kogoś by nie umrzeć, kto wprawy takiej nie ma, jako on?
Dał ogłoszenie na sklepie: „Umieram bezpłatnie. Zamówienia pod telefonem: 3452861, Cyryl Damasceński”.
Najpierw zadzwoniła pani Hapiór, czy by za nią nie umarł, bo tyle ma roboty przed świętami, że nie wie, w co ręce włożyć, no i ze śmiercią już się sama nie wyrobi. A ona w późniejszym terminie umrze, jak akurat będzie miała więcej wolnego. I że sernik za to Cyrylowi upiecze.
Potem zatelefonował pan Kruczek, któren za okupacji sto razy o mało zabity nie został i śmierci w ogóle się nie bał, a teraz na samą myśl o niej blady się robi, miękki, dygotliwy i bez przerwy płacze. Nie po męsku całkiem. Już mu, co prawda, Janina O., Służebnica Obrąbka, przejście do Nicości ładnie obdziergała i się pan Kruczek noc w noc w tę dziurę gapi, ale na tamten świat jakoś boi się przeleźć. Więc czy by Cyryl, tak po sąsiedzku, za niego nie umarł, to by mu pan Kruczek zlew w podzięce naprawił.
Różni do niego przychodzili.
Ktoś na odwyk właśnie szedł, nowe życie chciał zacząć i ze śmiercią nie po drodze mu było; kto inny znowuż na ślubie córki chciał być, a jeszcze inni wczasy wykupili tanie za granicą, a tu się nagle okazało, że na nich samych last minute właśnie przyszła!
A Cyryl szczęśliwy był, bo za innych teraz umierał!
I dobrze mu się wiodło, bo każden podarkiem jakimś mu się odwdzięczał. (No i co? Głupio wam teraz, żeście psy na nim wieszali? Znajdźcie mi takiego świętego, któren by za tylu życie poświęcił co Cyryl!)
Tylko w Niebie się to nie spodobało.
Była kontrola i wyszło manko: umierają ludzie na Osiedlu, owszem, ale Na Górę nikt nie przychodzi!
W rubryce „Śmierć” przy pani Hapiór ptaszek jest postawiony, a ona sama po Osiedlu lata jak gdyby nigdy nic, i jeszcze serniki ludziom piecze!
– Co jest? – żachnął się Pan. – Od początku świata mi się to nie zdarzyło. Wiem, wiem, ludzie chytrzy są i zawsze śmierć oszukać chcieli! Czego oni nie wymyślali: łóżka przekręcali przodem do okna, nazwiska zmieniali. Jednemu, Nondumowi, prawie się udało: taką był pustką, że nie miało w nim co umrzeć, więc Psychopompa trzeba mu było posłać, żeby go bytem sensownym pierwej podfutrował, a potem na drugą stronę przepchał. A i jeszcze ten cwaniak Farrago! Z Niebam go odesłał z powrotem na ziemię, tak mnie zabajerował!
Anioł Księgowy na Osiedle zleciał, żeby sprawę zbadać. Pod Jerychem postał, piwo wypił, z ludźmi pogadał i od razu był w domu!
Do Cyryla poszedł z prowokacją: niby żeby Cyryl za niego umarł. Cyryl się zgodził, forsę wziął, za anioła chce umrzeć – a tu nic!
Oczy tylko Cyryl wybałuszył, charczy, rzęzi, śmierć w połowie drogi mu utknęła, jak kość w gardle – i ani wte, ani wewte. Wtenczas Anioł kajdanki mu założył i na Sąd Boży poprowadził.
Tak się skończyły dobre czasy na Osiedlu, kiedy ludzie w ogóle nie umierali.
Pan w miłosierdziu swoim nawet nie ukarał Cyryla, tylko dusze kazał mu pozwracać, żeby się w Niebie zgadzało.
A Cyryla świętością wynagrodził, bo jeszcze takiego świętego, co by ze strachu tyle dobrego ludziom zrobił – w Niebie nie było!