Afrykańska elektronika

Jan Krasnowolski
Afrykańska elektronika
  • Korporacja Ha!art
    Kraków 2013
    ISBN: 978-83-64057-05-2
    224 strony
    oprawa miękka

„Afrykańska elektronika” to trzecia już książka Jana Krasnowolskiego. Wyspecjalizowany w krótkiej formie Krasnowolski zadebiutował w 2001 roku zbiorem „9 łatwych kawałków” (zilustrowanym, co warto przypomnieć, przez Krzysztofa Tkaczyka). „Klatka”, druga książka (też zestaw opowiadań), ukazała się w roku 2006 w serii prozatorskiej korporacji Ha!art (zadedykowana została zmarłemu śmiercią samobójczą Tomkowi, młodszemu bratu autora). Lektura najnowszych opowiadań Krasnowolskiego („Brudny Heniek”, „Afrykańska elektronika”, „Hasta siempre, comandante”, „Kindoki”) zmusza do przypomnienia słów Stanisława Lema, który w „Uwagach o dziewięciu opowiadaniach Jana Krasnowolskiego”, pochwalnej przedmowie do debiutanckiego zbioru opowiadań twórcy „Afrykańskiej elektroniki” napisał, że „autorowi bardzo się nie podoba nasz czas, w czym zresztą trzeba mu przyznać rację”. Zło czai się, czyha, odmienia przez przypadki, przebiera się, stosuje chwyty poniżej pasa i uderza z zaskoczenia w opowiadaniach Krasnowolskiego. Nie jest, ten nasz świat, najlepszym ze światów, ani nawet trochę dobrym. Nie ma na grząskim, polskim gruncie dobrych, czystych policjantów, jest międzyustrojowe uwikłanie i nieczystość sięgające wszystkich sfer – piekielnych, bo ziemskich. Strażnik porządku okazuje się pilnować nieporządku (dowcipnie przypomina Krasnowolski, że prawo nie spada z nieba, jest wynikiem ustaleń i kompromisów), a rozliczenia ze skomplikowaną przeszłością wydają się być prawie niewykonalne – dlatego zbiorowej wyobraźni tak potrzebni są superbohaterowie. Były zomowiec Heniek, grubo po transformacji, odkrywa tajemnicę swojego szefa, świadkuje masakrze w centrum handlowym (ach, szalony, zabójczy święty Mikołaj) i próbuje wskoczyć w buty zbawiciela. Nie da się przenieść wzorców podziwianych w tekstach kultury zachodniej do opowieści o polskiej rzeczywistości, historii, przeszłości i kłopotach teraźniejszych. Krasnowolski jest pisarzem wyjątkowo polskim, acz trzeźwym; widzi, jak mocno trzymamy się, kurczowo, paradygmatu romantycznego, ze strachu przed śmiesznością. Śmieje się gorzko i boleśnie Krasnowolski nie tylko dlatego, że (jak pisze w dedykacji skierowanej do „kochanej żony Doroty”) „tylko śmiechem można pokonać potwora”. Kulawa, ułomna, jakby zepsuta od urodzenia wydaje się być polska opowieść i tylko jej ułomność odsłaniając można powybijać strachom i wstydom zęby, a z „niefajności” uczynić oręż. Autor „Afrykańskiej elektroniki”, dorosłe dziecko popkultury, w najbardziej niesamowitych, a przez to tak prawdopodobnych, opowieściach rozbraja wciąż świeże mity polskie. Krasnowolski przeprowadza w pozornie niepoważny sposób terapię oderwanego od rzeczywistości podmiotu: okazuje się w jego opowiadaniach, że niekonieczne ważne jest to, o czym fantazjujesz; ważniejsze jest to, z czym musisz się zmierzyć. Smok rzeczywistości czeka, a droga do wyzwolenia spod jego władzy prowadzi przez przebudzankę z marzeń sennych.
 
Jan Krasnowolski, wnuk Jana Józefa Szczepańskiego, ulubieniec Stanisława Lema, robi bardzo poważną literaturę: lekką, drobną, groteskową, fantastyczną i przez to naprawdę realistyczną. Zabiera głos Krasnowolski w sprawach wielkiej historii – lokalnej i światowej. Pojawia się w jego opowiadanich stan wojenny (Heniek, Dziuba i towarzysz Gierciuch w nowych, demokratycznych dekoracjach), ideowy wampiryzm (Ernesto „Che” Guevara zyskuje nieśmiertelność za gest miłosierdzia i wysysa krew z pięknych, dziewczęcych ciał – niekoniecznie tych odzianych w koszulki z jego wizerunkiem), międzypolska nienawiść (Polak Polakowi wilkiem; przy okazji tytułowego opowiadania warto wspomnieć jedną z najważniejszych opowieści emigracyjnych ostatnich lat, czyli „Egri bikaver” Łukasza Suskiewicza) i voo doo w służbie tejże międzypolskiej nienawiści, szatan w dziecięcym ciele, rasizm, faszyzm oraz (co chyba najważniejsze) praca nieinstytucjonalnego wymiaru sprawiedliwości. Wyłaniający się z mgły pomordowani w czasach Zagłady oraz płonący (gore-jący, aż by się chciało powołać na ten gatunek filmowy) zbrodniarz wojenny przywołują najwspanialsze momenty z „Widm” Łukasza Orbitowskiego choćby. Krasnowolskiego trzeba czytać w kontekście tradycji opowieści niesamowitych (portret, który ściąga nieszczęście) i niekoturnowych, które czołgając się zachodzą i łapią Historię gdzieś od tyłu szukając odpowiedzi na dręczące pytania: skąd ta ułomność? Bylejakość? Skąd – w końcu – zło?

Krasnowolskiemu udaje się nie osiąść na mieliźnie śmieszności (a duże pytania są przecież takie groźne) właśnie dzięki sporej dawce absurdalnego poczucia humoru i odwagi sięgania po niestandardowe rozwiązania. Pijani i naćpani, otumanieni i zrozpaczeni, wyrzuceni na margines bohaterowie Krasnowolskiego prowokują pytania o granice i różnice między snem a jawą, szaleństwem a normalnością, dobrem i złem. Odpowiedzi ani taniego moralizatorstwa tutaj nie znajdziemy – tym bardziej skłonić się trzeba w stronę wczesnej diagnozy Stanisława Lema, że Jan Krasnowolski „to jest naprawdę już dojrzały pisarz”.         

Anna Marchewka