Aktualności

28.08.2019

Nocny stolik #28. Piotr Milewski: podobno od podstawówki uparcie powtarzałem, że będę pisał

Piotr Milewski, pisarz i podróżnik, opowiada między innymi o mistrzach literatury podróżniczej, o tym, czego szuka w literaturze podróżniczej i literaturze w ogóle, o literackich powodach wyjazdu do Japonii, porządkowaniu świata przez poezję, a także o książkach Mariusza Wilka i ciągłych powrotach do Nicolasa Bouviera

Co teraz czytasz?

Czytam książkę japońskiego pisarza, Jun'ichirō Tanizakiego, Pochwała cienia. Esej o japońskiej estetyce.

Wydał to Karakter. Klasyk, prawda?

Rzeczywiście klasyk. Bardzo dobrze, że wydawnictwo Karakter wyszukało tę książkę i wydało. Wprawdzie ukazała się u nas wcześniej, ale była na rynku nieobecna i, poza dobrymi bibliotekami, właściwie niedostępna. To rzecz o tym, jak czują, myślą i jacy są Japończycy albo raczej jacy byli. Dla mnie to ciekawe, bo z jednej strony mogę porównać współczesność z tym, co było kiedyś, zobaczyć, co się zmieniło, a z drugiej strony, co się nie zmieniło, jakiś głęboki rdzeń ich osobowości, który pewnie gdzieś tam cały czas jest.

Zachwyciło cię coś ostatnio?

Pozostając w japońskich klimatach: zacząłem ostatnio czytać Morze wewnętrzne Donalda Richiego. To książka o podróży, ale tak naprawdę o kraju, ludziach i świecie, który przeminął. O nostalgii, która moim zdaniem nas z Japończykami łączy. Zacząłem ją czytać i nie mogę się doczekać, kiedy do niej wrócę.

Masz ulubionych autorów książek podróżniczych?

Mistrzem w tej dziedzinie jest dla mnie francuskojęzyczny Szwajcar z Genewy, Nicolas Bouvier, wydany w Polsce przez Noir Sur Blanc.

Mówisz o Kronice japońskiej?

Dokładnie tak. Napisał też Oswajanie świata, L’Usage du monde, jedną z klasycznych książek o podróży, w których samo podróżowanie jest tylko pretekstem. Oczywiście znajdziemy w niej opis podróży, ale tak naprawdę ważniejsze jest to, co czuje autor, jak postrzega i jak interpretuje świat. Mimo że opisywana podróż miała miejsce w latach 50., można ją czytać cały czas i wciąż odkrywać coś nowego – to książka, którą mam właściwie zawsze pod ręką.

Czyli pociąga cię w takiej literaturze raczej to, co trochę obok.

Opisy w literaturze podróżniczej są czymś oczywistym, przedstawia się czytelnikowi to, co się widzi, świat. Ale ciekawsze jest to, jak ten świat się odbiera, interpretuje, jak – przywołując tytuł książki Bouviera – się go oswaja. Dopiero wtedy podróż nabiera jakiegoś sensu, poza czystą turystyką. Dlatego Bouvier jest dla mnie najważniejszym autorem. Jego książki poznawałem od Oswajania świata, później była Ryba-Skorpion, opis jego półrocznego pobytu na Cejlonie (jak się wtedy nazywała Sri Lanka). Opis skrajnego wycieńczenia, gdy Bouvier zaczyna rozmawiać z duchami zmarłych, a to wszystko przecież wciąż literatura podróżnicza. Nie da się o tych książkach zapomnieć, ja przynajmniej nie mogę – cały czas muszę do nich wracać. Mam ulubione akapity, do których zaglądam; wracam do Bouviera, gdy mam w życiu słabsze momenty. Czytając go czuję jakąś więź braterstwa, choć oczywiście nigdy Bouviera nie spotkałem…

I nie będziesz miał okazji.

Nie będę miał. Jest coś, co nas łączy, i wiem, że gdybyśmy się spotkali, mielibyśmy o czym porozmawiać i nie byłaby to jałowa rozmowa. Kolejnym ważnym dla mnie autorem jest Bruce Chatwin, brytyjski autor, który zasłynął książką W Patagonii, która – jak się później okazało – była dość mocno podkoloryzowana, co jednak nie przekreśla jej walorów literackich. Ważna dla mnie jest też jego Anatomia niepokoju, książka o tym, dlaczego się poruszamy, dlaczego musimy zmieniać miejsce, dlaczego podróżujemy.

To ta książka, która rozpoczyna się esejem o Timbuktu?

Ten esej jest w pierwszym rozdziale. Książkę otwiera tekst Zawsze chciałem pojechać do Patagonii z podtytułem Jak zostałem pisarzem. Ważnym dla mnie autorem jest też Patrick Leigh Fermor, wydawany w Polsce przez Zeszyty Literackie. Uwielbiam jego niedużą książeczkę Czas milczenia o pobytach we francuskich klasztorach. Pisał też o Peloponezie w znanej książce Mani. Wędrówki po Peloponezie. Czytając tę książkę, od razu pomyślałem o Próbie opisania krajobrazu greckiego Zbigniewa Herberta i jego opisach doświadczeń greckich w Labiryncie nad morzem. Mimo że są to autorzy z zupełnie innych stron, jest coś, co ich łączy.

Skoro jesteśmy już przy Herbercie – czytasz polskich autorów książek podróżniczych?

Cenię Mariusza Wilka, jego Wołokę i Wilczy notes. To książki, które bardzo otworzyły mi oczy na elastyczność polszczyzny. W pewnym sensie pokazały, jak ściśle nasz język jest wciąż powiązany z językami słowiańskimi i to, że można z tego korzystać i robić to z dużym kunsztem. Jednocześnie jest to proza, w której chwila i emocja jest bardzo ważna. Mariusz Wilk jest mi bardzo bliski.

A poza literaturą podróżniczą po co sięgasz?

Lubię inne książki, spoza literatury faktu. Miałem fazę, kiedy odkrywałem literaturę japońską i kilka książek zapadło mi w pamięć do dzisiaj. Wracam do nich po latach i czytam jeszcze raz, mając przy tym wrażenie, że czytam je na nowo. Są wśród nich między innymi Kobieta z wydm, bardzo znana powieść Kōbō Abe, albo książka Yukio Mishimy, która ukazała się w Polsce pod tytułem Złota pagoda. Wracam też do Krainy śniegu Yasunariego Kawabaty, który był bliskim przyjacielem Mishimy i popełnił samobójstwo dwa lata po nim. Kawabata, jako jeden z dwóch Japończyków – obok Kenzaburo Oe – jest laureatem Nagrody Nobla. Kraina śniegu to bardzo klimatyczna książka opisująca świat, którego nie ma i już nie będzie, w którym chciałbym kiedyś zamieszkać, doświadczyć go, zobaczyć.

Przyznam, że czytając Mishimę miałem wrażenie obcości, doświadczania czegoś, czego nie rozumiem, ale doceniałem urodę języka.

Dla mnie zadziwiające było to, że gdy zacząłem czytać japońskie książki, czułem się prawie jak u siebie.

Zacząłeś je czytać przed wyjazdem do Japonii?

Tak, pojechałem po lekturze pierwszych kilku książek i to była jedna z motywacji. Podczas lektury nie czułem się obco i to w pewien sposób zachęciło mnie do tego, żeby spróbować.

Poza tym ważna jest dla mnie poezja, bo – przynajmniej pod względem językowym – porządkuje świat. Potrafi ubierać w słowa pewne emocje, stany i doświadczenia, które w zapisie prozą wymagałyby kilku akapitów. Poezja potrafi to czasem oddać w jednym wersie, w jednej strofie. Bardzo ważni są dla mnie Różewicz, Szymborska, Bertold Brecht – był taki moment w moim życiu, kiedy zaczytywałem się jego wierszami, i to nawet w oryginale. A także Shuntarō Tanikawa, którego tłumaczyłem i który również opisuje świat tak, że to do mnie przemawia.

Czy była książka, która sprawiła, że pomyślałeś o tym, żeby zostać pisarzem? Czy to przyszło zupełnie skądinąd?

Podobno – bo ja tego nie pamiętam – o tym, że będę pisał, mówiłem już jako uczeń szkoły podstawowej, uparcie to powtarzałem. Ziściło się to o wiele później. Do dziś pamiętam książkę Zew przestworzy – opowieść o Żwirce i Wigurze. Przeczytałem ją w dzieciństwie chyba trzy razy i bardzo zapadła mi w pamięć. Leżała u mnie na półce i często do niej wracałem. Może to ona rozbudziła tę potrzebę przemieszczania się, która później się zmaterializowała.

Potem było oczywiście opowiadanie O psie, który jeździł koleją, też do dzisiaj je pamiętam. Uniwersalna historia, która pojawia się w wielu krajach – czasami zmieniają się zwierzęta, ale pomysł jest podobny. Gdybym miał wskazać konkretną książkę, byłaby to jednak właśnie ta o Żwirce i Wigurze. Zachwyciła mnie i coś zaczęło we mnie wtedy kiełkować.

Czego szukasz w literaturze?

Myślę, że szukam opisu emocji, czegoś co pozwala scharakteryzować w słowach jakiś stan uczuciowy, przeżycie, w nie dosłowny sposób, co chwyta za serce albo gardło i sprawia, że nie możemy się oderwać. Tego chyba najbardziej.

Sięgasz po prozę?

Z polskich autorów bardzo lubię Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, który pisał o Islandii, spędził tam dziesięć lat, więc dobrze ją zna i potrafi w trzeźwy sposób ocenić. Zna zarówno jej dobre strony, jak i te, które nie są do końca przyjemne i których jako turyści najczęściej nie dostrzegamy. Polecam jego dyptyk Dom Róży. Krýsuvík. Ciekawe są także Rzeczy pierwsze, podobnie jak inne jego książki na poły fikcyjne, na poły biograficzne – w pewnym momencie nie wiemy gdzie kończą się fakty, a zaczyna kreacja. Lada chwila ukaże się jego nowa powieść, Złodzieje bzu, i na pewno będzie to kolejne zaskoczenie. Cenię też Maję Wolny, wydała książkę Powrót z Północy, która zaczyna się od podróży bohatera koleją transsyberyjską, skądinąd bardzo mi bliską, bo poświęciłem jej pierwszą moją książkę.