Aktualności

fot. domena publiczna
21.01.2023

60 lat temu zmarł Stanisław Grzesiuk

Dokładnie 60 lat temu, 21 stycznia 1963 roku urodził się Stanisław Grzesiuk, zwany niekiedy Bardem Czerniakowa. Był pisarzem, pieśniarzem i piewcą obyczajów dawnej Warszawy. W czasie II wojny światowej przez pięć lat był więźniem obozów koncentracyjnych KL Dachau i KL Mauthausen-Gusen.

Urodził się 6 maja 1918 roku w Małkowie koło Hrubieszowa. Obok Stefana Wiecheckiego (Wiecha), Jaremy Stępowskiego i Stanisława Wielanka należał do najbardziej znanych twórców, którzy popularyzowali język i kulturę warszawskiej ulicy. Napisał tylko trzy książki, jednak każda z nich odbiła się głośnym echem.

Wydana po raz pierwszy 65 lat temu książka „Pięć lat kacetu” było zapisem obozowych wspomnień i doświadczeń. Grzesiuk otwarcie i szczerze opowiadał, jak dzięki swemu życiowemu sprytowi i twardemu charakterowi udało mu się przeżyć w trybach niemieckiej machiny eksterminacyjnej. „Podstawą życia w obozie było, w moim pojęciu, maksymalne miganie się od pracy oraz organizowanie jedzenia, a w zasadzie można to ująć w jedno zdanie – postępować przeciw wszystkim zarządzeniom władz obozowych, bo wszystkie zarządzenia miały na celu jak najszybsze wykończenie więźniów” – pisał. Wartka, akcja, poczucie humoru i brak fałszywej martyrologii sprawiły, że książka odniosła duży czytelniczy sukces.

Wydana w 1959 roku książka „Boso ale w ostrogach” ukazywała wspomnienia autora z dzieciństwa i młodości na warszawskim Czerniakowie. Grzesiuk napisał ją z prawdziwym talentem, barwnie i przekonująco, a przy okazji na przykładzie Czerniakowa w czarnych barwach odmalował obraz międzywojennej Polski.

Siostra Grzesiuka, Krystyna Zaborska, twierdziła, że napisał tę „zohydzającą Polskę sanacyjną” książkę, „bo innej by mu nie wydrukowali”. „Tłumaczył, że chce zabezpieczyć dzieci. »Żeby nie musiały przychodzić do was na zupkꔫ – tak mówił. Naprawdę bardzo je kochał. Mówił też, że już się ciężko w życiu napracował – w obozie” – mówiła „Rzeczpospolitej” w styczniu 1988 roku.

Publikacja sprawiła, że starszy brat Stanisława Grzesiuka, Wacław, przestał się do niego odzywać. Z kolei premierę sceniczną adaptacji „Boso ale w ostrogach” w stołecznym teatrze Komedia (w 1971 roku) miał przypłacić zawałem serca.

Rodzeństwo najbardziej miał jednak zaboleć literacki i – później – sceniczny portret ojca Franciszka Grzesiuka. Zaborska z oburzeniem wspominała jak aktor odtwarzający rolę ojca, „zataczając się po scenie, ryczał: matka!!!. A »matka« biegała w jakiejś długiej kiecce do samej ziemi”.

„U nas w domu nikt nie wołał »matka«, mówiło się: mamusiu i tatusiu, a ojciec do mamy Anny zwracał się: Andziu. Ubierała się normalnie” – wyjaśniła siostra Grzesiuka. Według niej Grzesiukowie byli normalną, niczym nieróżniącą się od innych rodziną.

„Nasz ojciec nie był pijakiem, pracował w państwowej fabryce parowozów na Kolejowej, był działaczem PPS. W domu nam niczego nie brakowało. To bzdura, że gasił Stasiowi światło, żeby nie mógł czytać. Przeciwnie, to Stasia trzeba było gonić do nauki, bo był dzieckiem żywym i stwarzał czasem problemy” – powiedziała.

Dzieci Grzesiuków uczyły się gry na modnej wówczas mandolinie. „Staś przed wojną śpiewał piosenki znane z filmów: »Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal«, »Ada, to nie wypada«. Żadne z nas nie znało takich łobuzerskich piosenek, jak te na jego płycie” – podkreślała.

Sam Grzesiuk, pisząc o tych samych czasach, wspominał: „Choćbym chciał być grzeczny i układny, to ludzie mi nie dadzą. Zawsze znajdzie się jakiś typ, który będzie się prosił, żeby go stuknąć w ryja, i nie sposób takiemu odmówić”.

Barwny, przekonujący opis czerniakowskiego półświatka – złodziejstwa, bójek, honorowych rozpraw nożowych – sprawił, że w latach 70. XX wieku książka „Boso, ale w ostrogach” stała się kultową lekturą „git-ludzi” – przedstawicieli kultury więziennej.

W rzekomej „autobiografii lumpenproletariackiego dziecka” członkowie rodziny nie mają imion. Grzesiuk pisze: „matka, ojciec, siostra, brat”. Nie tłumaczy też, jak przy przytłaczającym bezrobociu i braku perspektyw dostał pracę w państwowej fabryce.

„To ojciec załatwił mu pracę w Państwowych Zakładach Teleradiotechnicznych na Grochowskiej i szkołę u Wawelberga, na którą zresztą dawał mu pieniądze” – wyjaśniała Krystyna Zaborska. Poza wyrazistym i plastycznym opisem ulicy Tatrzańskiej, przy której pod numerem 10 w czteropiętrowej kamienicy mieszkała przed wojną rodzina Grzesiuków, wszystkie inne realia w „Boso, ale w ostrogach” są nieco zamglone.

„Sielce, a nie Czerniaków, bo Tatrzańska to są Sielce, były normalną, typową, warszawską dzielnicą – powiedział „Rzeczpospolitej” w 1988 roku Jerzy Kasprzycki, dziennikarz i varsavianista, który, pisząc Warszawskie Pożegnania w „Życiu Warszawy”, przez 30 lat współpracował z innym „chłopakiem z Tatrzańskiej” – grafikiem Marianem Stępniem. „W języku tamtych okolic nie było wulgarnych, knajackich naleciałości, a raczej nawet pewien wykwint. Nie mówiło się na przykład o zmarłym, że »wyciągnął kopyta«, tylko »zaśmiał się aż do sufitu« albo »uśmiechnął się do Pana Jezusa«. Kasprzycki przypomniał, że o kilkadziesiąt metrów zaledwie od Tatrzańskiej, przy Tureckiej, mieszkał wówczas generał Władysław Sikorski.

Publikacja „Pięciu lat kacetu” i „Boso, ale w ostrogach” zapewniła Grzesiukowi sporą popularność. By urozmaicić liczne spotkania autorskie, zaczął śpiewać piosenki – uliczne ballady z Czerniakowa, Powiśla, Woli i Pragi. Miał w swoim repertuarze m.in.: „Czarną Mańkę”, „Bujaj się Fela”, „Bal na Gnojnej”, „Balladę o Okrzei”, „Komu dzwonią, temu dzwonią”, „Balladę o Felku Zdankiewiczu” oraz „Nie masz cwaniaka nad warszawiaka” (którą również skomponował). Akompaniował sobie na bandżoli.

Piosenki wykonywał z niepowtarzalnym wdziękiem i aktorskim talentem. „Mordę miał jak Buster Keaton. Kamienna twarz wywoływała huragany śmiechu u widzów” – powiedział „Rzeczpospolitej” w 1988 roku aktor i piosenkarz Jarema Stępowski.

Pierwsze nagrania piosenek Grzesiuka pochodzą z 1959 roku z audycji radiowych z cyklu „Na warszawskiej fali”. Występował również na żywo w telewizji, m.in. w programie „Warszawa da się lubić” (1960 rok) reżyserowanym przez Konrada Swinarskiego, a także w popularnym radiowym „Podwieczorku przy mikrofonie”.

W 1963 roku ukazała się pierwsza płyta z jego piosenkami zatytułowana „Nie masz cwaniaka nad warszawiaka”, a w 1967 roku druga – „Piosenki warszawskiej ulicy”.

W wydanych w 1985 roku „Szpetnych czterdziestoletnich” Agnieszka Osiecka wspominała: „Kiedy go poznałam w czerniakowskiej »Sielance«, był już poważnie chory, skarżył się, że głos mu nie brzmi. To prawda, w późniejszych swoich latach Grzesiuk bardziej recytował, niż śpiewał, ale było w tym, niczym w bluesowych recytacjach starzejącego się Armstronga, to, co najważniejsze: wsłuchanie się w duszę ludzi”.

Wychowany przez ojca, aktywnego działacza PPS, Stanisław Grzesiuk, który od najmłodszych lat życia był zadeklarowanym ateistą, wkrótce po powrocie z niemieckiego obozu koncentracyjnego wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej. Jednak Jarema Stępowski nie uważał go za koniunkturalistę ani komunistę. „Był socjalistą. Ruskich nienawidził tak samo jak Niemców” – oceniał.

Pracował jako dyrektor administracyjny kilku warszawskich placówek służby zdrowia, był społecznikiem, a także warszawskim radnym.

Konsekwencją wieloletniego pobytu w obozach koncentracyjnych była wykryta w 1947 roku gruźlica płuc. Sprawiła, iż coraz więcej czasu Grzesiuk musiał spędzać w szpitalach i sanatoriach. Te doświadczenia opisał swojej w trzeciej książce pt. „Na marginesie życia”. Na stan jego zdrowia miała też wpływ choroba alkoholowa.

Zmarł 21 stycznia 1963 roku. Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

źródło: PAP, Paweł Tomczyk

Udostępnianie informacji PAP - klauzula informacyjna