Guguły

Wioletta Grzegorzewska
Guguły
  • Czarne
    Wołowiec, 2014
    120 stron
    125 x 195
    ISBN 978-83-7536-696-9

Choć Wioletta Grzegorzewska (ur. 1974) nie jest debiutantką, to Guguły są pierwszą w jej sporym dorobku artystycznym książką zauważoną. Mieszkająca od 2006 roku poza Polską poetka (Wyobraźnia kontrolowana 1998, Parantele 2003, Orinoko 2008, Inne obroty 2010, Ruchy Browna 2011, Pamięć Smieny/ Smena’s Memory 2011) i prozaiczka (Notatnik z wyspy 2012) nie miała do tej pory szczęścia do krytyków/ krytyczek głównego nurtu. Wygląda jednak na to, że najnowszą książką wymusiła uwagę i – miejmy nadzieję – nic już tego nie zmieni.

Właściwe narodziny na polskiej scenie krytycznej i czytelniczej zawdzięcza zapewne autorka Guguł przyjaznemu i mądremu wydawcy (poprzednie tomy ukazywały się nakładem domów wydawniczych o znikomych możliwościach), który buduje nową linię literatury. Nie można tutaj użyć tego nacechowanego i z centrum pochodzącego określenia: „chłopskiej”, bo ono dzisiaj już nic dobrego (a nawet: nic) nie znaczy; trzeba poszukać innego. Obszary pozamiejskie, doświadczenie potomków kultury mówionej, przestrzeń okładana wstydem, ma swoje pisarki i swoich pisarzy. Wioletta Grzegorzewska pisze czerpiąc z takiego miejsca dzieciństwa, które jeszcze niedawno stawałoby ością w gardle, a dziś jest budulcem języka. Jej najnowsza książeczka, zbiór drobnych tekstów składających się w większą opowieść, jest wydarzeniem, ale i stanowi nie lada wyzwanie.

Guguły to dzieje niedojrzałości. Wskazuje na to nie tylko tytuł („guguły” to regionalizm i znaczy tyle co niedojrzałe owoce), ale i każda portretowana przez Grzegorzewską postać. Można powiedzieć nawet więcej: to książka o dojrzewaniu, które w tym świecie wywoływanym z pamięci przerywane było przez zdarzania nieuchronne i nieodwracalnie zatrzaskiwało ludzi zamieszkujących Hektary w twardniejącej, szorstkiej i bolesnej niedojrzałości. Najbardziej jaskrawym przykładem niech będzie nieumyślne zabójstwo dokonane w dzieciństwie przez bohatera tytułowego opowiadania, cierpienie związane z doświadczeniem inności, które unieruchomiło go emocjonalnie na resztę życia. Można zaryzykować nawet i powiedzieć, że w Gugułach są same dzieci – niektóre bardzo stare, inne w średnim wieku, ale wszystkie nieszczęśliwe. Ciekawa jest postać narratorki i głównej bohaterki zarazem. Grzegorzewska wykorzystuje możliwości jakie daje postać dziecka, którego „oko” podgląda świat starszych jakby od spodu, łapie nieoczywistości, pokazuje sceny drastyczne (na przykład molestowania seksualnego: tak przez mężczyznę, jak i przez kobietę), ale ich nie nazywa – w ten sposób dodając takim scenom ciężaru. Dziecko, które przedstawia świat Guguł, zdradza jednak ślady dojrzałości dorosłej osoby. Wiolka niesie na ramionach ciężar wiedzy o tym, że jedynym sposobem na zmianę w świecie Hektarów jest ucieczka; wie też, że uciec można nie od razu, nie z naćpanym klejem kolegą, ale dopiero po skończeniu szkoły, na własnych (możliwie własnych) warunkach.

Kto spodziewałby się znaleźć w Gugułach sielski obrazek z Jury Krakowsko-Częstochowskiej (co sugerują teksty zamieszczone na ostatniej stronie okładki książki), ten srodze się zawiedzie. Świat Hektarów nie oferuje łatwych pocieszeń ani magicznych rozwiązań; zamiast koić – podtyka pod sam nos obrazy o nieoczywistej atrakcyjności. Nie uprawia bowiem Grzegorzewska cepeliady literackiej – sięga po zapasy pamięci miejsca nie po to, by zbudować laurkę i wzmocnić sentymentalne stereotypy. Nie uprawia też pornografii bólu i wstrętu, po którą tak chętnie sięgają pisarze pochodzący skądinąd (przykład Trocin Krzysztofa Vargi). Grzegorzewska w Gugułach zabiera się za demontaż etykiety tak zwanej literatury chłopskiej. Bo co niby miałaby ona w tym przypadku znaczyć (i co w ogóle kiedykolwiek znaczyła)? Kultura chłopska została zniszczona nie tyle przez postęp techniczny wprowadzany przez władze Polki Ludowej, co przez naznaczenie wstydem. Emancypujące się przez edukację i emigrację dzieci co prawda wymazywały ślady po matkach i ojcach, ale i uginały się pod ciężarem dziedzictwa pochodzenia z „czarnego lądu”. Jak nazwać czy też jak przetłumaczyć takie dziedzictwo, by umknąć pułapkom gotowych idealizujących, groteskowych czy deprecjonujących wzorców? Grzegorzewska szuka własnej drogi, mocuje się w piśmie i wydaje na świat nowy język; przychodzi jej z pomocą doświadczenie poetyckie, krótka forma zaś pomaga uniknąć wartościujących dopowiedzeń. Przestrzenie między kolejnymi opowiadaniami są miejscem pracy czytających i dowodem na zwycięstwo pisarki nad pokusami dydaktyzmu.      

Dorastająca w małej, pełnej nieszczęśliwych, jakby niedokończonych i bez szans na przemianę ludzi dziewczynka doświadcza zwykłych okropności, które były udziałem tak wielu innych dzieci. Jest w tym świecie szorstkość wynikająca z pośpiechu i zmęczenia: Wiolka nie może liczyć na czułość ze strony matki ani babci. I nie ma w tym braku nic dziwnego, bo świat Hektarów przedwcześnie wpycha swoich mieszkańców w formę „dorosłości”, nie ma czasu na przeżycie uczuć i naukę ich okazywania najbliższym. Wiolka nie pali się do przejścia na stronę kobiet, bo wyraźnie widzi, że nie ma do czego. Zmiany, jakie zachodzą w jej ciele, są niezależne od niej samej – ale cała reszta i owszem. Utalentowana plastycznie dziewczynka najbardziej związana jest z ojcem, który preparuje dzikie ptaki i na wódczanej chmurze ucieka od nieznośnej rzeczywistości, podupadłego domu, biedy, brzydoty sprzętów. Jest wspaniały, bo jest nieobecny; jest upragniony, bo ucieczkowy. Trwoni czas na zajęcia nieopłacalne, tęskni za czymś, czego nie dadzą mu ani Hektary, ani wycieńczająca praca w fabryce, ani nawet wódka. Jego śmierć jest dla Wiolki początkiem właściwego doroślenia, budowania granic między sobą a światem i zasad, na jakich ów świat może się z nią spotykać. Trzeba zaznaczyć, że Grzegorzewska w żadnej z części Guguł nie idzie na łatwiznę: nie organizuje podziałów między męskim a żeńskim, nie sprzymierza córki z ojcem przeciw matce. Praca tych opowieści nie ma na celu wywoływania wojny. Wypisywanie świata Hektarów ma w Gugułach wartość mądrego, wytrąconego z potrzeby osądzania rozumienia. Grzegorzewska napisała Guguły z miłością i pokazała, że nie ma jednego wzoru na uczucia. Doświadczenie niesione w emocjach mogą być ciążącym bagażem, a mogą też stać się zbiornikiem wysokoenergetycznego paliwa. Ku temu drugiemu rozwiązaniu wyraźnie skłania się autorka Guguł.    

Trudno (na szczęście!) dookreślić Guguły. Powieść o dojrzewaniu Wiolki i niedojrzałości przed czasem zmuszonych do wejścia w role dorosłych rodziców oraz sąsiadów – to jedno. Wypisywanie świata rozjechanej przez tak zwany postęp wsi – to drugie. Wypisywanie przepaści między światami miasta i wsi – to jeszcze coś innego. Powojenne pokolenie (tutaj: rodziców Wiolki) niby ma szansę na miejskie (w domyśle: lepsze) życie, ale nic z tych planów radykalnych zmian nie wynika poza pracą ponad siły czy więzieniem. Grzegorzewska wypisuje świat wsi, która ocaliła resztki pogańskiego porządku, ale w takiej formie jest on raczej zabobonem, nie siłą duchową. Gugułami Grzegorzewska wyprawia tamtemu połamanemu światu stypę. Jest gorzko, trochę kwaśno, uroczyście i godnie, ale ani na chwilę nie wpada Grzegorzewska w patos ani czułostkowość. Tekstów dotyczących tego okresu (lata osiemdziesiąte przede wszystkim) i rozgrywających się w przestrzeni takiej jak Hektary jeszcze jest mało albo nie ma wcale. Grzegorzewska Gugułami nie tyle zwraca przeterminowanemu centrum uwagę, że o czymś zapomina, nie tyle domaga się uwagi dla niewypisywanych, potężnych obszarów doświadczenia, ile tę uwagę – bez oglądania się na boki – zagarnia.

Coś ważnego wydarzyło się dzięki Gugułom Wioletty Grzegorzewskiej, nie wolno tego przegapić.


Anna Marchewka          

.