Wściekły pies

Wojciech Tochman
Wściekły pies
  • Znak
    Kraków 2007
    124x195
    168 stron
    ISBN: 978-83-240-0887-2

Książka składa się z dziewięciu tekstów. Wszystkie mówią o dramatycznym zaburzeniu czyjegoś życia. Na pozór są to opowieści z kroniki wypadków: kilkunastu licealistów, jadących na pielgrzymkę do Częstochowy, ginie w płonącym autobusie – nikt nie uruchamia akcji ratunkowej, a po tragedii, w której zginął także kierowca, nikt nie uwzględnia jego nazwiska na obelisku upamiętniającym ofiary; Alina P., która upublicznia fakt, że w dzieciństwie była molestowana przez księdza, zostaje odsunięta przez społeczność swojej wsi; dorosły mężczyzna cierpiący na zespół Tourette’a czuje się zamknięty w klatce swojej choroby, w której uwięzieni są także sprawujący nad nim opiekę rodzice; matka, która straciła w niewyjaśnionych okolicznościach córkę (ta nie wróciła do domu po dyskotece) podlega społecznemu ostracyzmowi; Jan, cierpiący na zanik pamięci, jest przez lata traktowany jak niewolnik przez rozmaitych pracodawców; młodzieniec, który od dzieciństwa cierpiał na zaburzenia emocjonalne, popełnia – z dawna zaplanowane – samobójstwo; ksiądz, będący homoseksualistą i nosicielem wirusa HIV, nie wygłasza kazania, w którym chciał tajemnicę swojego życia wyznać wiernym…
Zamiast patrzeć wyłącznie na tragicznie doświadczone jednostki, można przyjrzeć się relacji między dotkniętymi i społecznością. Wtedy okaże się, że książka Tochmana dotyczy piętna jako problemu społecznego. Piętno istnieje tylko w relacji. Nie wyraża się w języku atrybutów jednostki, lecz w zachowaniach, jakie wobec jednostki przejawia zbiorowość. Jeśli tak spojrzymy na Wściekłego psa, okaże się, że jest to zbiór reportaży o tym, jak społeczeństwo polskie przełomu XX i XXI wieku radzi sobie z nowoczesnymi i ponowoczesnymi problemami.
Książka Tochmana to jedno z najbardziej dramatycznych świadectw na temat zderzenia realiów późnej nowoczesności (nowe choroby, nowe problemy) ze świadomością społeczną, która nie potrafi (lub nie chce) dostrzec nowych zobowiązań. W społeczeństwie tym podstawowe tradycje – katolicka i modernizacyjna – działają wyłącznie jako mechanizmy piętnujące. Wąska normalność, lękliwe i obłudne reakcje, brak obyczajów, które pozwalałyby lęk wyrazić… Dlatego autor uznał, że potrzebny jest ktoś, kto zacznie gryźć. Reporter – wściekły pies?

- Przemysław Czapliński

Fragment

Policjanci przesłuchali pół setki świadków: babcię i dziadka Ani, jej koleżanki i kolegów, ich rodziców, panią sołtys, niektórych sąsiadów, nauczyciela, który opiekował się dziećmi w czasie dyskoteki.
Nie przesłuchali wszystkich, którzy o dyskotece wiedzieli. A wiedziało niewielu. Nie wywieszono we wsi plakatów, nie mówiono o tym z ambony, wstęp na zabawę mieli tylko uczniowie. Oprócz uczniów i ich rodziców o imprezie wiedział jedynie dyrektor szkoły i nauczyciele. Ich nie spytano, gdzie wtedy byli i co robili. Nie żeby od razu kogoś podejrzewać, ale żeby po latach nie narazić się na zarzut zaniechania.
Szkoła stoi wprawdzie przy drodze asfaltowej, ale jest to droga boczna. Daleko od głównej szosy przelotowej. Ktoś, kto podjechał tu beżowym fiatem, podjechał specjalnie. Musiał wiedzieć, że dzieci będą wracały do domu nocą i to właśnie o tej godzinie. Musiał wiedzieć, które dzieci którędy będą szły: które w grupie, szosą, a które pojedynczo, w stronę stawów.
Jeśli na Anię czekał beżowy fiat i był to ten fiat z czarnymi roletami, należało zapytać prokuratora, co sądzi o przesłuchaniu jego kierowcy, którego zatrzymano nazajutrz w miasteczku obok. Kierowca powiedział, że nie porwał dziewczynki. Mamy to w aktach. Policjanci nie dokonali jednak „okazania”: nie pokazali twarzy kierowcy fiata z roletami tym nastolatkom, które tydzień wcześniej były zaczepiane przez nieznajomych mężczyzn. Nie dokonali też oględzin samochodu. Zapomnieli o tym, co jest policyjnym abecadłem: nie sprawdzili, czy w samochodzie jest krew, włosy albo inne ślady zaginionej Ani. Stwierdzili, że beżowy fiat z czarnymi roletami nie ma nic wspólnego ze sprawą. Tak przynajmniej wynika z akt. Czy mogło być inaczej? Czy były jakieś działania operacyjne, o których w aktach nie ma mowy? Nie wiadomo. W cieszyńskiej policji już mało co pamiętają, a sprawdzać tego w archiwum nikomu się nie chce. Prokurator, który nadzorował dochodzenie, jest dziś na wielomiesięcznym zwolnieniu.
Wiadomo z akt, że policjanci sprawdzali inne beżowe fiaty, zarejestrowane w dawnym województwie bielskim. Dotarli chyba do wszystkich właścicieli takich samochodów. Wszystkich zapytali, czy tamtego wieczoru byli w Simoradzu i czy może porwali dziesięcioletnią Anię.
Trzeba było zapytać prokuratora, co sądzi o takiej pracy policjantów.
Trzeba było zapytać, dlaczego nie sprawdzali beżowych ład. Pani sołtys nie była pewna, czy widziała fiata, czy ładę.
Trzeba było zapytać, dlaczego jedni widzieli beżowego fiata albo ładę, inni mówili o czerwonym maluchu, jeszcze inni, że nie było żadnego samochodu, kiedy szli tamtędy minutę przed Anią. Oględziny miejsca, skąd samochód miał ruszyć z piskiem opon, nie wykazały żadnych śladów ani na żwirówce, ani na asfalcie. Oględzin dokonywano nazajutrz, w świetle dnia. Wyraźnie w aktach zapisano, że nie ma śniegu, nie pada i od wczoraj nie padało, wieje tylko lekki wiatr, jest plus trzy stopnie. Ślady takiego gwałtownego startu musiałyby zostać. A nie zostały.
Trzeba było zapytać, dlaczego uczennice tutejszej podstawówki nikomu nie wspomniały, że tydzień wcześniej zaczepiali je obcy mężczyźni. Powiedziały o tym dopiero wtedy, gdy przez wieś przeszła wiadomość o beżowym fiacie widzianym przez panią sołtys.
Trzeba było zapytać, dlaczego pani sołtys, kiedy usłyszała krzyk dziecka w samochodzie, który tak gwałtownie odjechał, doszła spokojnym krokiem do domu i przez dwie godziny spokojnie oglądała film w telewizji.
Trzeba było zapytać, czy beżowy samochód w ogóle nad stawem był.
Takie pytanie stawia sobie Krystyna Jałowiczor. I odpowiada: jeśli tamtego wieczoru nie było tu żadnego beżowego fiata, żadnego obcego samochodu, to oznacza, że Ani zrobił krzywdę ktoś stąd.
– Przestań – upomina ją teściowa. – Tutaj wszyscy są porządni, tutaj nie ma złych ludzi. Ty jesteś nie stąd, ty nie wiesz, że tu nigdy nic złego się nie stało. Czasem tylko Bóg ludzi doświadcza złym losem, karze za grzechy. Trzeba się modlić, słabo się widać modlicie. Nie trzeba się buntować.

Krystyna Jałowiczor nie buntuje się. Nie jest stąd, mało kogo tu zna. Do Simoradza sprowadzili się dopiero po zaginięciu Ani. Tutaj matka postanowiła na córkę poczekać. Albo na tę najgorszą wiadomość, która jest lepsza od braku jakiejkolwiek wiadomości.
Zamieszkali u teściowej, dostali od niej kawałek ziemi, zbudowali nieduży dom. Patrzą sobie z teściową w okna i obie nie lubią tego widoku.
Nie pyta teściowej, dlaczego wtedy nie poszła po Anię. Teściowa nigdy nie powiedziała synowej, że i ona cierpi, tęskni, wini się.
Nie pyta męża, dlaczego nigdy nie miał do swojej matki żadnych pretensji, cienia żalu, jednego złego słowa. W ogóle już mało z mężem rozmawia. I on się niewiele odzywa.
Nie pyta, dlaczego nikt ze szkoły nigdy po zaginięciu Ani do niej nie przyszedł, nie porozmawiał. Ani ówczesny dyrektor (nazywa się Stanisław Trzciński), ani wychowawczyni córki (nazywa się Janina Kajzer), ani nauczyciel, który wtedy opiekował się dziećmi, a od roku jest nowym dyrektorem szkoły (nazywa się Krzysztof Błaszczak).
– Nie przyszło mi to do głowy – mówi dzisiaj nowy dyrektor. – Nie czułem się wtedy na siłach.

Do dzisiaj nikt we wsi nie czuje się na siłach, by przyjść do matki dziewczynki zaginionej osiem lat temu i wypić z nią herbatę. Dać jej jakieś wsparcie, porozmawiać, choćby o chmurach na niebie. Albo tylko być razem, pomilczeć przez godzinę, dopić herbatę i wyjść. To jest ważne, człowiek w cierpieniu tego potrzebuje. Ale nie wiadomo, czy Krystyna Jałowiczor tego sobie życzy. Nie spaceruje dużo po wsi, nie daje wielu okazji, by ją zaczepić. Ludzie tu się znają z podwórek, ze szkoły, ona jest obca, nieznana. I nie daje się poznać. Nigdy nie była na wywiadówkach w sprawie syna, nie chciała przekroczyć progu szkoły. Wysyłała tam męża. Codziennie dojeżdża do pracy w Bielsku, gdzie rysuje – klatka po klatce – filmy dla dzieci. Kiedy wraca autobusem do Simoradza, patrzy w szybę, jakby nie chciała, by ktokolwiek ją zaczepiał.
Nie chodzi do tutejszego kościoła. Boi się, że usiądzie obok mordercy. Powie mu: dzień dobry, na znak pokoju uściśnie mu dłoń.