Bez końca

Adam Kaczanowski
Bez końca
  • Prószyński i S-ka
    Warsaw 2005
    140 x 200
    168 stron
    ISBN 83-7469-138-7

Opowieść o biznesmenach – tak mogłaby brzmieć nazwa podgatunku współczesnej sztuki, poświęconej ludziom bogatym, najczęściej młodym, ciężko zapracowanym i ciężko uzależnionym. Schematy dla takich historii bywają dwa. Pierwszy pokazuje, że można zachować pracę i sens – ale pod pewnymi warunkami. Widzimy więc, jak w życiu bohaterów następuje przełom – związany z miłością czy dostrzeżeniem absurdalności pracy na okrągło – który powoduje, że bohater wychodzi z pozycji niewolnika komputera, pieniędzy, władzy i na powrót staje się człowiekiem. Schemat drugi mówi, że pracy i sensu pogodzić się nie da. Trzeba ją porzucić, aby zastanowić się nad życiem, albo trzeba zejść do podziemi, aby odzyskać prawdziwe emocje.
Powiastka Adama Kaczanowskiego mieści się pomiędzy tymi wariantami. Przedstawia ludzi sukcesu, którzy przejedli się sukcesem, ale nie potrafią odnaleźć ścieżki powrotu. Zdobyli pieniądze i dopiero w tym momencie uświadomili sobie, że ich biografia nie ma sensownego końca. Młodzi, świetnie wykształceni, wcześnie osiągnęli w pracy zbyt wiele – stanowisko, władzę nad ludźmi, wysokie zarobki – i teraz na gwałt szukają odpowiedzi na pytanie, o co właściwie im chodziło.
Nie jest to jednak – na szczęście – powiastka pocieszycielska dla ubogich, którzy przeczytawszy historię o wyjałowionych bogaczach oddychają z ulgą i zaczynają chwalić swoje ubóstwo. Jej wartość w tym tkwi, że, po pierwsze, opowiadając o japiszonach, w gruncie rzeczy pokazuje, jak bardzo są podobni do nas. Po wtóre, książka Kaczanowskiego ironicznie dobiera się do skóry literaturze. Autor sugeruje, i odnosi to również do własnej książki, że dzisiejszy pisarz stał się pracownikiem „agencji reklamowej”: jest do wynajęcia przez bogatych (by pokazywać, jak strasznie im ciężko z pieniędzmi) albo biednych (by pokazywać im, że bogaci mają fatalne życie). Ani to służba, ani posłannictwo, ani misja. Ot, praca bez końca, zagrożona zniknięciem sensu. Jak wybrnąć z tej pułapki? Uświadomić ją sobie. Nazwanie tej pułapki jest dobrym początkiem w świecie, który łudzi nas, że istnieją rzeczy bez końca.

- Przemysław Czapliński

Adam Kaczanowski (1976) – poeta, prozaik, autor czterech książek poetyckich (w tym jednej o Batmanie). Bez końca jest jego debiutem powieściowym.

Fragment

Upał

Kiedy był mały, widział na tym rondzie wypadek. Olbrzymi, jadący na budowę dźwig nagle zjechał z ulicy, złamał barierki i zatrzymał się na chodniku. Podobno jego kierowca miał zawał. Czekając w samochodzie na zielone światło, patrzył w tę stronę. Co za cholerny upał - pomyślał. Cholerny środek lata. Wzrok Andrzeja zatrzymał się na kierowcy w aucie stojącym na pasie obok. Facet mówił coś, właściwie krzyczał przed siebie, gestykulował. Wymachiwał rękami, chociaż nikt przed nim nie stał, przejście o tej godzinie było puste. Jego samochód też. Andrzej miał w aucie włączoną klimatyzację, ale teraz, obserwując wyczyny tamtego, opuścił boczną szybę. Mężczyzna obrócił się w jego stronę, nie przestając mówić. Rozmawiał przez aparat głośnomówiący. Ich spojrzenia się spotkały. Od tego gorąca można zwariować - przyszło do głowy Andrzejowi.

Drzwi do jego gabinetu lekko się uchyliły.
-Pani Butny przyszła, była umówiona w sprawie raportu - powiedziała sekretarka do Andrzeja, a uśmiech posłała prezesowi.
-Przeproś ją i powiedz, że pamiętam, ale musi chwilę poczekać...
-Oczywiście. - Kobieta zaczęła już się wycofywać.
Zamykając za sobą drzwi, ciągle się uśmiechała.
-Powiedz, że sam prezes mnie ochrzania! - krzyknął za nią Andrzej.
-Nikomu nie odpuścisz - zauważył, także z uśmiechem, starszy, pucołowaty mężczyzna.
-Taki mam urok... Nie każdy go kocha... - No właśnie... - Prezes uciekł wzrokiem przed spojrzeniem Andrzeja.
-Do dupy z taką pogodą...
-Upał leje się z nieba - przytaknął prezes.
-Bogu dzięki za klimatyzację.
-Wiesz, jakie ja mam zdanie...
Andrzej nie odpowiedział, tylko kiwnął głową.
-Ci, którym przeszkadza twoje poczucie humoru, to miernoty. Beztalencia, które trzęsą się o stołek...
Andrzej rozłożył ręce w geście bezradności.
-Są tak tępi, że myślą, że robisz z nich tępaków. Że się naśmiewasz. -Teraz Andrzej chciał coś dodać, jednak prezes pokazał gestem ręki, żeby dać mu skończyć. - Z takimi ludźmi pracujemy... Na własnej skórze doświadczyłem twoich ciętych żartów... Ale ja lubię inteligentny humor...
-Więc?
-A oni nie. Robisz sobie wrogów. Oni drążą... Przyłażą do mnie... na skargę...
-Więc? - powtórzył Andrzej.
-Więc proszę cię, żebyś wziął to pod uwagę. Przychodzą i proszą, żebym cię przystopował. Bo robisz im wstyd przy ludziach z zewnątrz.
-Robię im wstyd? Tak to określają?

-To bzdury. - Ale trzeba ich trochę uspokoić.
-Mnie czy ich?
-Ich. Mam do ciebie prośbę...
-Tak?
-Prośbę. Nie polecenie.
-Rozumiem...
-Chciałbym powiedzieć, że zapisałeś się na psychoterapię...
-Co?! - Andrzej wstał z fotela, wzburzony podszedł do okna.
-Że walczysz z tą cechą swojego charakteru, że chodzisz na terapię, po której nie będziesz już tak błaznować...
Prezes przerwał, czekając na reakcję Andrzeja. Ten stał bez słowa.
-Tylko to powiemy. Nie będziesz się nigdzie zapisywał...

-Straszny upał - powiedziała, mijając się w drzwiach z wychodzącym prezesem.
-Przepraszam, że przeze mnie musiałaś czekać, Agnieszko - rzucił w jej stronę.
-Agato. Mam na imię Agata.
-No to już w ogóle podpadłem! - krzyknął szef, zamykając drzwi.
Zostali sami. Andrzej siedział za biurkiem. Agata odwróciła się do niego plecami.
-Nie mam plam?
-Nie.
-To dobrze. Wiesz, jak się pocę w taką pogodę...
Chociaż narzekała na gorąco, nie wyglądała na zmęczoną. Ruchy miała energiczne, pełne swobody. Usiadła naprzeciwko Andrzeja, położyła przed nim dokument.
-Raport.
Andrzej nie zareagował.
-Zapoznaj się. - Otworzyła mu go przed nosem.
-Analiza wydatków reklamowych za dwutysięczny drugi rok w porównaniu z wydatkami konkurencji - przeczytał tytuł; beznamiętnie, bez najmniejszego zainteresowania.
Kobieta odsunęła trochę dekolt swojej bluzki. Dmuchnęła w niego, potrząsnęła materiałem. Andrzej przerzucił kartki na ostatnią stronę.
-Co z niego wynika?
-Że można coś zmienić. Ale ogólnie jest dobrze...
-W porządku... - Zamknął raport i odsunął go od siebie.
-Mam już sobie iść?
Kiwnął głową twierdząco.
-Jak chcesz... - skomentowała oschle.
-Chyba zapiszę się na terapię...
Agata już zdążyła wstać i wziąć dokument z biurka. Teraz zatrzymała się w pół ruchu.
-Zostawić ci egzemplarz?

Pokręcił głową, że nie. Skierowała się w stronę drzwi.
-Na pewno nie ma plam?

Kiedyś Andrzej poprzyklejał przy guzikach na panelu sterowania windy znaczki, jakie zawiesza się na dziecięcych szafkach w przedszkolu. Kasztanek na piętrze cukierków. Pszczółka tam, gdzie miód. Muchomorek na poziomie zarządu. Marketing był najwyżej. Wsiadając do windy, był sam, ale już piętro niżej weszło do niej trzech młodych menedżerów. Jeden skinął w jego stronę na powitanie, ale żaden się nie odezwał.
-Świnia - powiedział Andrzej bardzo głośno.
Zmieszali się. Jeden odruchowo sprawdził, czy ma zapięty rozporek.
-Co ty wyprawiasz? - kontynuował, nie patrząc na żadnego z pasażerów windy. - Możesz się wytłumaczyć?
-Nie wiem, o co chodzi... - wydusił z siebie przerażonym głosem ten od rozporka.
-Dlaczego nic nie mówisz? - Andrzej ciągle mówił, patrząc przed siebie.
Menedżer zorientował się, że to nie do niego. Rozejrzał się po kolegach. Ci milczeli.
-Dzisiaj nie mam czasu, ale porozmawiamy jutro. To będzie poważna rozmowa...
Jeden z nich niespodziewanie nacisnął guzik, tak że natychmiast zatrzymali się na najbliższym piętrze. Cała trójka wysiadła.
-To nie jest poważne... - Andrzej przerwał w momencie, kiedy zamknęły się za nimi drzwi. Przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrzanej ścianie. Zrobił zeza i się uśmiechnął.
W holu zaroiło się od ludzi. Wszyscy wracali do domów.