Brzytwa

Wojciech Chmielewski
Brzytwa
  • Czytelnik
    Warszawa 2008
    123 x 195
    168 stron
    ISBN: 978-83-07-03165-1

W swoich opowiadaniach Wojciech Chmielewski portretuje ludzi znajdujących się na różnych etapach życia.  Jedna z bohaterek dopiero je zaczyna, jak kilkuletnia cygańska dziewczynka (Cyganka), inna, emerytowana malarka po zawale serca (Zasypana wieś), chce się pięknie pożegnać ze światem. Większość z portretowanych  to jednak ludzie w sile wieku, których pisarz chwyta w momencie, gdy stoją przed życiowym zakrętem. Są samotni, zrezygnowani, przemęczeni, tracą kogoś bliskiego, cel albo sens istnienia – i próbują wydobyć się ze stanu marazmu, uciec przed depresją. Znacznej części się to udaje. Zapracowany menedżer w dniu urodzin wraca do swojego ulubionego miejsca, baru, który kojarzy mu się ze młodzieńczą beztroską i brakiem zobowiązań (Urodziny). Jeszcze inną drogę wybiera bohaterka opowiadania Pyza, dawniej  aktywna, zaangażowana w opozycję studentka, która spokój uzyskuje kupując dom w małym miasteczku i ciesząc się tam wolnością, o jaką niegdyś walczyła. Młody wdowiec z kolei (Opowiadanie) wie, że pociechę przyniesie mu miłość do kilkuletniego synka. Ale są też inni, którzy ukojenia szukają poprzez bardziej desperackie gesty –  jak bohater tytułowej Brzytwy, energiczny specjalista od szkoleń, odreagowujący stres poprzez samookaleczanie się. Z kolei autor zapisków odtworzonych w opowiadaniu Brulion, rzuca studia, zatrudnia się w byle jakiej pracy i wdaje się w romans ze sporo od niego starszą szefową. Ciekawe są przy tym okoliczności tej ucieczki od życia: jest rok 1989 i zmienia się ustrój polityczny, czego dwudziestoletni bohater, zaabsorbowany sobą, właściwie  nie zauważa.
Galeria portretów budowana jest w odmienny sposób: zmieniają się narratorzy,  obrazowanie i język, odmienny jest czas akcji – od kilku chwil do całej egzystencji, którą wspomina kobieta ciężko ranna w wypadku (Przy drodze). Swego rodzaju podsumowaniem, krótką impresją na temat tego, co stymuluje i osłabia człowieka, a zarazem dowodem na mistrzostwo pisarza jest opowiadanie Słońce, gdzie postaci zmieniają się jak w kalejdoskopie: każda z nich inaczej reaguje na upał.
Wojciech Chmielewski potrafi chwytać życie na gorąco. Nie jest przy tym specjalistą od wciągających intryg, lecz czułym analitykiem ludzkiej natury. Chodzi więc o życie wewnętrzne. Pisarza interesuje człowiek nie w działaniu, lecz w pozornym bezruchu, w zawieszeniu, które miewa różne przyczyny. Pokazuje on swoich bohaterów w momentach bardzo intymnych i w sytuacjach, jakie postronny obserwator, uznałby właściwie za banalne. Ta lektura udowadnia, że nie można spieszyć się z oceną.

- Marta Mizuro

Wojciech Chmielewski (ur. 1969) jest absolwentem historii i dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Jego opowiadania i eseje ukazują się na łamach prasy literackiej; pisuje też recenzje.

Fragment

Zasypana wieś

Ulica pnie się w górę. Duży na niej ruch, samochody i motocykle. Po obu stronach pawilony handlowe i knajpki. Zapach smażonej ryby, spalin, rozgrzanego trotuaru. Nie ma siły podejść pod górę, czoło zalewa pot. Siada przy kawiarnianym stoliku i nawet nie zastanawia się, czy jest to lokal samoobsługowy, czy może ktoś do niej podejdzie.
Bursztyn. Zalśnił w pierścionku odbijającym ostre słoneczne światło. Zapatrzyła się w kamień, tak długo już z nią. Pierścionek nosi od rozwodu, zamiast obrączki, ze trzydzieści lat. Są w bursztynie zatopione jakieś paprochy, dziwne jakby łuski, drobinki, które przetrwały setki tysięcy lat. I będą trwały, kiedy jej nie będzie.
- Słucham? - miły głos kelnerki.
Zamówiła wodę z lodem i cytryną. Na tej uliczce ruch jak na Marszałkowskiej. Nie lubi. Żałuje, że wybrała się na plażę właśnie tędy, ale z pensjonatu najbliżej. Po raz pierwszy przyjechała tu z małym Mikołajem na rok przed rozwodem. Miał cztery lata. Już wtedy jej eks wolał spędzać wakacje osobno, choć wierzyła, że do niej powróci. Starała się, nawet codziennie się z nim kochała, ale nie przekonała go tym wcale. Żałosne, prawie zupełnie wyblakłe wspomnienie, śmieszne nawet. Więc kiedy przyjechała tu po raz pierwszy, uliczki były cichsze, jeszcze wtedy nie przyjeżdżało tu tak wiele osób z Warszawy. Stare dzieje. Teraz ruch, ludzie tłoczą się na chodnikach, dużo wózków z dziećmi.
Najbardziej lubiła wyciągać się na ręczniku i zasypiać, poddając się działaniu słońca. Nie musiała myśleć, nie musiała planować kolejnych dni pobytu, martwić się, czy jutro będzie pogodny dzień. Nasmarowana, w jednoczęściowym kostiumie, ukryta za parawanem. Nad nią niebo, morze spokojne, drobne fale. Słyszy szum. Można pływać.
Białe ściany pokoju w pensjonacie prowadzonym przez księży werbistów. Pokoje, a właściwie cele, w których ci misjonarze wypoczywają po pobytach w różnych miejscach na całym świecie. Ostatnio jeden z nich podczas kazania na mszy w kaplicy opowiadał o swoim pobycie w Kolumbii. Kartele narkotykowe i lewacka partyzantka w górach. Księży zabijają tam tylko wtedy, gdy któryś miesza się do polityki. Ale zwykli ludzie, mówił ten młody chłopak w sutannie, podobno wspaniali, kochani, wdzięczni za pracę takich jak on ochotników-straceńców.
Po powrocie z plaży wpatruje się w sufit. Wczoraj wyszedł duży czarny pająk. Strzepnęła go koszulą. Cisza. Z okna ma widok na Zalew. Na ścianie krucyfiks. Jej syn Mikołaj też pracuje w obcym kraju, buduje drogi w Jordanii. Już trzeci rok tam siedzi z całą rodziną, nawet zapraszał ją na wakacje, ale nie chciała. Za daleko, za gorąco, dziękowała, ale nie ruszyła się z kraju i przyjechała tu. Z dziesięć lat nie odwiedzała tej miejscowości, wybierała inne. Coś ją skusiło, może tania oferta księży werbistów, dobre warunki, spokój, kultura, bez wrzasków za ścianą, bez dyskoteki. I plaże są tu piękne, szerokie i czyste, bez szkła z porozbijanych butelek po piwie, zużytych prezerwatyw.
Szczególnie polubiła miejsce tuż za portem, w zakolu naturalnie utworzonym przez wydmy. Nie przeszkadzał jej krzyk kołujących mew, patrzyła na ich nierówny lot i podświadomie zapamiętywała układającą się na niebie kompozycję. Odkąd zamknęła, a potem sprzedała pracownię, nie chciała malować, ale obrazy i tak ogarniały wyobraźnię, wyłaziły w różnych chwilach dnia, nęciły. Korzenie wystające spod warstwy piachu w okolicznych lasach, dokąd chodziła na spacery po obiedzie, wierzchołki drzew i zamglony brzeg za Zalewem, na który patrzyła z balkonu, zaciągając się pierwszym porannym papierosem, chociaż w pensjonacie księży palenie było zabronione.
Wczoraj spotkała jednego z nich. Mieszka w pokoju naprzeciw. Długi czysty korytarz wyłożony szarą terakotą. Na ścianach oprawione w ramki mapy krajów afrykańskich, azjatyckich i południowoamerykańskich, do tego portrety misjonarzy, niektórzy z nich byli błogosławieni, także święci. Człowiek o zmęczonej twarzy i kilkudniowym zaroście zajmujący jeden z pokojów w jej korytarzu też zapewne myśli o świętości. Na co dzień ksiądz Dariusz, jak się kiedyś przedstawił w stołówce, chodzi po cywilnemu, rozpięta koszula polo, przeciwsłoneczne okulary, ale kiedy pewnego ranka spotkała go sunącego cicho ich korytarzem, miał na sobie sutannę przepasaną szerokim czarnym pasem. Udawał się do kaplicy, by odprawić mszę świętą. W kącikach ust jak zawsze cień uśmiechu, który ostro kontrastował ze zmęczeniem szarych oczu.
Niezwykłe były pofałdowania mierzei. Porośnięte mieszanym lasem, tworzyły prawdziwe wąwozy, można było jeździć po nich rowerem, spacerować i wygrzewać się na polankach, a potem zejść nad morze i ochłodzić się na plaży. Popołudnia spędzała właśnie tu, spotykała innych ludzi, całe rodziny, ale była zawsze sama. Przed laty wybrała się z Mikołajkiem na wyprawę do miejscowości oddalonej o jedenaście kilometrów, ostatniej przeci granicą przecinającą wąski pas lądu pomiędzy morzem i Zalewem. Zjedli rybę i wykąpali się, była tam szeroka czysta plaża. Wrócili autostopem. Który to był rok? Nic nie zostało w pamięci. W domu przechowywała kilka czarno-białych fotografii z tamtego pobytu. Wtedy źle jej się nie powodziło, sprzedawała dużo obrazów, głównie wazony z różami, regularnie otrzymywała alimenty.