Kotka Brygidy

Joanna Rudniańska
Kotka Brygidy
  • Wydawnictwo Pierwsze
    Lasek 2007
    130 × 180
    160 stron
    ISBN: 83-923288-8-9

Warszawa, lato 1939 roku. 6-letnia Helena żyje szczęśliwie z rodzicami, właścicielami browaru i dość nieodpowiedzialną nianią. Jedynym problemem dziewczynki jest brak rodzeństwa, cieszy się więc, gdy pewnego dnia znajduje bezdomną kotkę. Choć nowa towarzyszka zabaw jest mądra i potrafi mówić, trafia do innej dziewczynki, Brygidy, siostry pracownika wytwórni. Ojciec Heleny prowadzi interesy między innymi z Niemcami (łączy go z nimi także rodzinne pokrewieństwo), a jednocześnie utrzymuje dobrosąsiedzkie stosunki ze wszystkimi, także z Żydami. Niejeden z nich pracuje w jego fabryczce. Wybuch wojny i antysemicka nagonka nie jest w stanie naruszyć starych przyjaźni. Kiedy więc przyjaciele rodziny zostają uwięzieni w getcie, rodzice bohaterki spieszą im z pomocą. Akcja trwa przez całą wojnę i obejmuje nie tylko znajome osoby. Oczywiście bywa niebezpieczna i nie zawsze skuteczna.
Helenka dorasta i stopniowo przestaje wszystkiemu się dziwić. Odwiedza z ojcem getto, styka się ze śmiercią i sytuacjami śmiertelnego zagrożenia, intuicyjnie wyczuwa stopień ryzyka i odrzuca z niechęcią objawy antysemityzmu okazywanego przez Polaków. Relacjonuje tragedię na swój dziecinny sposób: naiwnie, ale wiernie, nie pomijając drastycznych szczegółów. W jej opowieść włączony zostaje jednak element magiczny, za sprawą kotki, która wyprowadza Brygidę z getta. Cała historia ma swój powojenny epilog, w jakim przedstawione zostają dalsze losy postaci, w tym spotkanie zaawansowanych już wiekiem Heleny i Brygidy oraz śmierć głównej bohaterki.
Joanna Rudniańska zastosowała chwyt używany dość rzadko, polegający na przedstawieniu wojny i holocaustu z perspektywy dziecka. Nie dziecka żydowskiego, lecz polskiego, którego masowa zagłada nie dotyka bezpośrednio, ale jest ono jej bliskim świadkiem. Przede wszystkim jednak świadkiem cichego heroizmu. Dziecięca perspektywa, jaką przyjęła autorka, posłużyła przede wszystkim temu, by to bohaterstwo uzwyczajnić, ukazać jako odruch naturalnej życzliwości i wierności swoim przekonaniom.

Marta Mizuro

Joanna Rudniańska (ur. 1948) z wykształcenia matematyk, zaczynała od opowiadań science-fiction dla dzieci, laureatka międzynarodowej nagrody imienia Janusza Korczaka.

Fragment

Helena obudziła się w środku nocy. Brakowało jej powietrza i czuła się źle. Słyszała jakieś okropne trąbienie. I wtedy przypomniała sobie, że jest w schronie. A trąbienie to było chrapanie babci Istmanowej, która nigdy się nie kładła, nawet noce spędzała w starym fotelu stojącym w rogu piwnicy. Było absolutnie ciemno. Helena wyciągnęła rękę. Obok niej na wypchanym słomą sienniku powinna leżeć Stańcia. Ale Stańci nie było. Helena przelazła na czworakach przez siennik Stańci i nie podnosząc się, podeszła do drzwi. Po ciemku łatwiej chodzi się jak pies lub kot, na kolanach i rękach, jak na czterech łapach. Nie można się potknąć i przewrócić, a głową łatwiej wyczuwa się przeszkody. Helena wstała dopiero przy drzwiach. Powoli nacisnęła klamkę i wyszła ze schronu. Dopiero wtedy usłyszała samoloty. Głuchy warkot to zbliżał się, to oddalał. Tutaj też było ciemno. Helena znów opadła na cztery łapy i po schodach wdrapała się na górę, do małego korytarzyka, skąd można było wyjść na podwórko. Wymacała drzwi i wyszła na zewnątrz.
Chyba zbliżał się świt, bo niebo było dużo jaśniejsze niż mrok na dole. Nie paliło się ani jedno światło. Księżyc, który przesuwał się za chmurami, rzucał na wszystko nikły blask. Dom Heleny i kamienica, która staja obok, były czarnymi skałami. Helena podeszła do swojego morwowego drzewa. Mogła wejść na nie z zamkniętymi oczami. I tak zrobiła. Otworzyła oczy dopiero wtedy, gdy była już wysoko. Usłyszała samoloty. Nadlatywały od strony Wisły, cztery wielkie, ciężkie ptaszyska. Zrzucały bomby. Na tle prześwietlonych księżycem chmur wyraźnie było widać małe pakuneczki wypadające z brzuchów samolotów. Helena przeraziła się, że taki pakunek spadnie na nią albo na jej dom. Jednak patrzyła. A samoloty były coraz bliżej. Gdzieś daleko, może aż na Starym Mieście, widać było czerwoną łunę. To bomby zapalające, żeby tylko nie spadły na mój dom, myślała Helena.
- Idźcie sobie! Idźcie sobie! – krzyknęła głośno.
Ale cztery samoloty powoli zbliżały się właśnie tutaj, nad podwórko Heleny, coraz większe i straszniejsze. Helena popatrzyła z góry na swój dom. Wydawał jej się taki niewielki przy wysokiej kamienicy. I nagle zobaczyła kogoś na dachu. A samoloty były już bardzo blisko. Wtedy postać na dachu podbiegła dwa kroki. To była Stańcia, Helena poznała ją. Stańcia trzymała miotłę. Na dach spadła bomba. Stańcia zamachnęła się i jednym ruchem zmiotła bombę z dachu. Potem spadła druga i znów Stańcia ją zmiotła na dół, na podwórko. Jeszcze jedna bomba spadła na ukośny dach kamienicy i stulgała się prosto na dach domu Heleny. Tę również Stańcia zmiotła na dół. Trzy bomby, rozpalone do czerwoności, leżały na podwórku. Samoloty odleciały. Na podwórku pojawiła się Stańcia, nabrała łopatą piasek ze skrzyni stojącej pod wytwórnią i zasypała bomby. Popatrzyła w niebo i poszła do domu. Helena zeszła z drzewa. Podwórko było puste. Zrobiło się prawie zupełnie jasno. Helena zobaczyła ojca i pana Kamila. Stali na dachu wytwórni. Pan Kamil palił papierosa. Rozmawiali, opierając się o kije, które trzymali w rękach. Helena pobiegła do domu. Weszła cichutko na pięterko, do swojego pokoju, do swojego łóżka. Było to bardzo przyjemne –przytulić głowę do swojej poduszki i otulić się swoją własną kołdrą. Mama ma rację, że nie schodzi w nocy do schronu. Ja też tak bym chciała, pomyślała Helena. Natychmiast zasnęła.

Rano Helena weszła do kuchni akurat w momencie, gdy Stańcia gotowała mleko. Stańcia patrzyła z napięciem w garnek, bo mleko w każdej chwili mogło wykipieć.
- Byłaś w nocy na dachu. Widziałam cię. Na drugi raz też wejdę na dach i będę zmiatać bomby – powiedziała Helena.
Stańcia odwróciła się do Heleny. I wtedy właśnie mleko wykipiało. Sycząc, rozlewało się po rozgrzanych fajerkach, a kuchnię wypełnił nieprzyjemny zapach.
- O matko! – krzyknęła Stańcia i odsunęła garnek. – Coś ci się śniło. Ja, na dachu? Co ci przyszło do głowy?

Więc jak to było, myślała Helena. Śniło mi się czy nie śniło? Jak to było naprawdę? Bała się spytać ojca, bo mógłby się pogniewać, że wyszła w nocy ze schronu. Więc spytała pana Kamila:
- Był pan w nocy na dachu wytwórni, prawda? I co pan tam robił? Zrzucał bomby z dachu? Kijem?
- A pewnie. Kijem hokejowym. Kiedyś grałem w hokeja. Dobrze mi szło, ale byłem za niski.
Tak powiedział pan Kamil, a Helena nie wiedziała, czy mówi serio, czy żartuje.
Kilka dni później przyszła Róża, najlepsza przyjaciółka mamy. Helena lubiła ją bardzo. Zwracała się do niej po imieniu, bo Róża tak sobie życzyła. Róża i mama były najpiękniejsze na świecie. Róża miała czarne włosy, a mama złote i wyglądały razem jak księżniczki z bajki. Tego dnia Róża wydawała się inna niż zwykle. Nawet nie pocałowała Heleny na przywitanie. Usiadła w kuchni i wyjęła z torebki papierosy.
- Pani Różo! Nigdy pani nie paliła! Ja to zawsze mówiłam Dzidzi, żeby brała z pani przykład! – zawołała Stańcia.
- Co się stało? Dlaczego palisz? – spytała mama i też wzięła sobie papierosa z pudełka Róży.
- A ty dlaczego palisz? – spytała Róża ponuro i zapaliła.
- Od kiedy palisz? – pytała dalej mama.
- Od zeszłej soboty. Jak dom się spalił.
- O, Boże! Że też nie wiedziałam! Twój dom? Na Wilczej?
- Zawsze spałam, jak był nalot – powiedziała Róża. – Przykrywałam głowę kołdrą i myślałam, że najlepiej będzie, jak zasnę i obudzę się po nalocie. Że wtedy nic się nie stanie. Za nic nie chciałam zejść do schronu, chociaż ojciec strasznie na mnie krzyczał.
- O, Boże! Przecież wy mieszkacie na ostatnim piętrze, pod samym dachem!
- Już nie mieszkamy.