Gajcy. W pierścieniu śmierci

14.11.2016 Stanisław Bereś
#
  • Czarne
    Wołowiec, październik 2016
    ISBN: 978-83-8049-377-3
    133 × 215
    712 stron
    okładki: twarda

Tadeusz Gajcy (pseudonim konspiracyjny Karol Topornicki), którego jasna gwiazda świeci na niebie polskiej poezji, zginął tragicznie w powstaniu warszawskim, mając zaledwie 22 lata. Ocalało po nim niewiele, a jednak Zbigniew Herbert i Czesław Miłosz nadzwyczaj zgodnie oceniali tę lirykę jako najwybitniejszą z twórców „pokolenia dramatycznego” (czy – jak wolą inni – pokolenia Kolumbów), choć ten drugi z zadziwiającą konsekwencją atakował – jak ich ironicznie nazywał – „poetów warszawskich”. Autor Pana Cogito na dwa miesiące przed śmiercią konstatował jednoznacznie: „Najbliższy krewny Norwida, najpewniej chyba ów późny wnuk, który nie minie obojętnie pisma. Materia jego poezji z ognistego proroczego snu”. Dowodem na swoistą popularność autora Wczorajszemu jest to, że jego wiersze trafiły do kultury masowej, ukazały się albumy muzyczne z piosenkami do jego słów (Gajcy! oraz Gajcy Szyc Pierończyk), a ostatnio pojawiła się imponująca (712 stron!) monografia Stanisława Beresia Gajcy. W pierścieniu śmierci (Wyd. Czarne, Wołowiec 2016).

Wrocławski badacz z prawdziwą kompetencją i rzetelnością relacjonuje nie tylko dotychczasowy (imponujący) stan badań, poddaje wnikliwej analizie utwory poety, ale też pokazuje z dystansem, czasami polemicznie, skrajne sądy krytyków, pisarzy, poczynając od krzywdzących epitetów o nacjonalizmie (czytaj: faszyzmie) młodego autora, a podstawą do tego stały się związki Gajcego i jego kolegów (Stroińskiego, Bojarskiego czy Trzebińskiego) z Konfederacją Narodu oraz publicystyka zamieszczana na łamach bodaj najważniejszego dwumiesięcznika w okresie okupacji „Sztuka i Naród”.

Temat jakże aktualny, bo i dzisiaj pojawiają się głosy publicystów, którzy stawiają znak równości między patriotyzmem, nacjonalizmem i antysemityzmem. Wiele do tych dyskusji oraz do właściwego rozumienia tzw. sztuki zaangażowanej, wnosi obszerny rozdział poświęcony publicystyce zamieszczanej na łamach tegoż dwumiesięcznika. Istotę tych zgoła manifestów i tekstów programowych stanowi przekonanie, że sztuka nie może się uchylać od obowiązku wzięcia na siebie odpowiedzialności za współczesność; sztuka winna być niepodległa duchowo, wolna od „katastroficznego porażenia” i „cierpiętniczo-martyrologicznej tonacji, dojrzała etycznie i artystycznie…”, realizująca wzorzec kultury „wysokiej”.

Ważne światło na najgłośniejszy spór między młodymi literatami Warszawy a Miłoszem rzuca odniesienie tego sporu do bodaj najgłębszej opozycji w polskiej literaturze: opozycja między „wieszczem” a „artystą”, między „obowiązkiem narodowym” a „powinnością sztuki”, między wspólnotowością a prywatnością, między „służbą społeczną” a indywidualizmem. Ciekawe, że Gajcy i cała jego grupa opowiadała się za modelem literatury tyrtejskiej, jednak – jak zauważa krytyk – autor Widm podążał konsekwentnie drogą artystyczną, wierny pozostawał powinnościom sztuki.

Pierwszą fazę dyskusji nad grupą poetów skupioną wokół „Sztuki i Narodu” rozpoczął już w 1946 roku marksistowski prof. Stefan Żółkiewski wprost mówiąc o „akcentach faszystowskiego imperializmu”, powtarzali to za nim twórcy i badacze, np. Wiktor Woroszylski czy też Jan Józef Lipski. Zaskakujące będzie pewnie, że młodych poetów, swoich rówieśników, bronił lewicowy Tadeusz Borowski. W środowisku historyków literatury pozytywną i ważną rolę odegrały prace Zdzisława Jastrzębskiego czy Tomasza Burka.

Warto powrócić do konsekwentnych ataków Miłosza wymierzonych w poetów „Sztuki i Narodu”, bo Bereś poświęca temu sporo uwagi i szukając przyczyny tej zapiekłości autora Doliny Issy, stawia, jak sądzę, przenikliwą diagnozę, proponując trzy możliwości:

„wierna pamięć Polaków o poetach-powstańcach podważała pewność Miłosza co do bezsensowności ich ofiary (co uważał za pewnik), rosnąca popularność ich poezji zaprzeczała przekonaniu noblisty o jej niskiej wartości, pamięć zaś o bohaterskiej śmierci Kolumbów stanowiła dla poety żywy wyrzut sumienia”.

Autor Ostatniej wileńskiej plejady, jak przystało na rasowego krytyka, nie unika wyrazistych ocen, jego pisanie jest nacechowane aksjologicznie, stawia tezę, że tomik Widma Gajcego z 1943 roku to bodaj najoryginalniejszy spośród wszystkich, jakie wówczas powstały. Badacz rewiduje obiegowe opinie na temat katastrofizmu, który nie zamykał się w „czarnej rozpaczy” i bezruchu intelektualnym, „poeci uzbrajali swoich czytelników przeciwko grozie dziejowego kataklizmu i kreślili wizje utopii po katastrofie”. O ile w Widmach katastrofizm stanowi jeszcze dominantę, to w tomie Grom powszedni (maj 1944), zostaje ostatecznie przezwyciężony.

„Pisarz – czytamy tu – jasno opowiada się po stronie miłości przeciwko nienawiści, po stronie przebaczenia przeciwko odwetowi, po stronie ‘dłoni bezbronnej unoszonej jak struna’, przeciwko ‘błyskowi żelaza’”.

Omawiana twórczość nie daje się zamknąć w prostych formułach, jak udowadnia monografista, podlega znamiennej ewolucji, katastrofista stając wobec pytania o „sprawy ostateczne” (eschatologia to ważny porządek tej poezji) poszukuje osobowego kontaktu z Bogiem, naturalna jest tu potrzeba odnalezienia „przewodnika” w okupacyjnej udręce i wobec świadomości, że to, co nieuniknione (śmierć), czai się na każdym kroku. Obcy autorowi poematu Do potomnego jest lament nad światem naznaczonym cierpieniem, to raczej postawa duchowej walki o człowieczeństwo, o ocalenie w sobie uczuciowości metafizycznej, z której wyrasta ludzka nadzieja.

W tej poezji łączy się katastrofizm, baśniowość, groteska, uniwersalizm i eschatologiczna nadzieja. Książka napisana została żywym i komunikatywnym stylem, jest skierowana nie tylko do badacza twórczości okupacyjnej, studentów, nauczycieli języka polskiego, ale do wszystkich miłośników twórczości poety, w którego losie skupił się „dramat całego pokolenia”.

Stanisław Dłuski