Warsztat pracy: Piotr Paziński

#
  • Piotr Paziński / fot. Krzysztof Dubiel dla Instytutu Książki

Marcin Wilk: Odwiedzasz często sklepy papiernicze?

Piotr Paziński: Chyba rzadziej niż kiedyś. W dobie komputeryzacji papierniczy nie jest sklepem pierwszej potrzeby. Poza tym jako uczestnik sympozjów i konferencji dostaję mnóstwo teczek, notesów i długopisów. Nie są dobrej jakości, ale to spora oszczędność. Jedyna rzecz, której pilnuję, to moleskiny. Używam kalendarza XS. Można go nosić wszędzie.

- Maluśki, faktycznie.

- Mnie się wydaje, że wystarczający. Pozwala dużo zapisać, a jednocześnie jest poręczny. Potrzebuję do niego specjalnych cienkopisów. Poza tym nie jestem fetyszystą. Mogę bazgrać na czymkolwiek, nawet na odwrotach starych korekt. Potrafię robić notatki na kwitach czy czymkolwiek innym.

- Ale chyba notesy same w sobie to fajna sprawa?

- Owszem. Lubię notesy, zwłaszcza małe i te, w których się zapisuje ułamki zdań. Jak większość osób piszę na komputerze, chociaż rodniki lądują w notesach właśnie albo na kartkach. Uważam, że zapisywanie uruchamia wyobraźnię oraz pamięć, i w tym sensie jest bardzo pomocne.

- Co to są rodniki?

- Wziąłem to słowo od Juliana Tuwima. To zbitka dwóch-trzech słów, czasem pomysł, początek. Wokół tego można budować ciąg dalszy. Gdy piszę tekst eseistyczny albo publicystyczny, jednego dnia zrzucam takie rodniki na komputer. Jeśli jest tego sporo, to potem szybciej pracuję. Taki zrzut to jest jedna piąta objętości tego, co ma być gotowe.

- Mówiłeś o cienkopisach. Jaka grubość?

- Najlepsze są naprawdę cienkie i to takie, które się nie leją. A w Polsce o to jest bardzo trudno. Te żelowe często zostawiają ślad. Utrapienie. Czekam wtedy, ażeby każda strona wyschła. Nie cierpię, kiedy pismo się odbija.

- Widzę, że faktycznie drobne te litery w tym XS kalendarzu.

- Ale ten cienkopis już jest troszeczkę za gruby. Powinien być cieńszy. Kiedyś pisałem piórem. Teraz nie lubię zwykłych długopisów, bo one często ryją kartki. To bez sensu.

- Czemu przestałeś pisać piórem?

- Nie pamiętam już dokładnie. Ale chyba było to zbyt niewygodne dla mnie. Trzeba napełniać, mieć naboje. Zbyt dużo fatygi, żeby się tym zajmować.

- Podoba mi się ten Twój kalendarz, aczkolwiek spodziewałem się, że będziesz robić notatki gdzieś w sieci.

- Prowadziłem kiedyś kalendarz w komórce, ale potem zarzuciłem to. Kiedy wszystko tak szybko się zmienia, papier okazuje się trwalszy.

- Szybko się zmienia?!

- Param się składem komputerowym książek, więc przerabiam to na bieżąco. Nagle, paradoksalnie, okazuje się, że rzeczy, które zrobiłem 8-10 lat temu, są nie do otwarcia, bo pewne programy wyszły z użycia. Pod tym względem papier jest trwalszy.

- A to prawda.

- Komórkę wymienia się na ogół co dwa lata. Z większości komórek nie da się przenieść danych, bo nie pasują, nie ma kabelka, są inne powody. A te zapisy papierowe - bez zarzutu.

- Lubisz porządek, z tego wnioskuję.

- A skąd! Jestem straszliwym bałaganiarzem. Nie wiem, gdzie jest mój dyplom magisterski czy doktorski. Papiery schowałem w szafie. Jestem alergikiem, więc staram się trzymać wszystko pod zamknięciem. Wiem, że one tam gdzieś są, aczkolwiek mam je w straszliwym nieładzie.

- No nie wierzę.

- Mam jedną teczkę, w której pieczołowicie przechowuje recenzje ze swoich książek - to z próżności. Przy czym te wycinki nie są opisane czy odatowane. Tyle że są one przynajmniej w jednym miejscu. Poza tym wszystko jest naprawdę w bałaganie.

- Nadal nie wierzę.

- No dobra. Jestem zawodowcem, który żyje ze zleceń, więc czasem muszę się sprężać i organizować. Wydaje mi się, że jestem w stanie napisać tekst na termin i jakoś się ogarnąć.

- Następuje pełna mobilizacja.

- Nie ma rady. Czasem jestem potwornie zmęczony, a muszę oddać tekst na pojutrze. Wtedy trzeba coś zrobić, żeby się zmusić do roboty. Na przykład: wypić litr coli i zjeść paczkę landrynek.

- Bardzo, bardzo niezdrowo.

- Kiedyś tak często robiłem. Teraz już rzadziej.

- To były skandaliczne warunki. Mam nadzieję, że masz tego świadomość.

- Wiem, więc teraz staram się nie zostawiać nic na ostatnią chwilę. Piszę na szczęście w nocy. Nie umiem zresztą w ogóle funkcjonować rano. Substancje wspomagające są niezbędne.

- W nocy?

- Staram się usiąść do roboty około 11-12 w południe. Raczej nie później. Staram się, by mi się dzień nie rozlazł. Wcześniej nie potrafię. Nie byłbym w stanie nic wyprodukować o 7 rano. Bywa natomiast, że pracuję wieczorem, do późna, i jestem w stanie siedzieć nawet do świtu.

- Umiesz pracować non-stop?

- Potrafię to robić, gdy mam coś do tłumaczenia. Bywa, że siedzę nad takim tekstem i z 10 godzin. Rozpoznaję też, kiedy robota przestaje iść. Od razu wtedy kończę pracę, bo można nad takim nielepiącym się zdaniem ślęczeć ze dwie godziny i nic nie napisać. To nie ma sensu.

- 10 godzin to bardzo długo, ale przeciętnie to pewnie mniej?

- Na ogół siedzę 4-5 godzin. Więcej jednak nie. Poza tym robię dużo przerw. Wstanę, przejdę się, zrobię siedemnastą herbatę, kota nakarmię.

- Kot nie przeszkadza?

- Nawet nie. Lubi być w pobliżu, ale niekoniecznie na człowieku.

- Koty zawsze ciekawe, ale wróćmy do roboty.

- Mam problem z rozkręcaniem się. Czasem potrzebuję zmarnować cały dzień. Gdy mam większy tekst, to umiem nawet przez dwa dni snuć się, karmić kota kilka razy, robić kanapki po raz szesnasty, wychodzić pod byle pretekstem z domu. Potem oczywiście mam potworne wyrzuty sumienia, ale to i tak nie wszystko. Na końcu przychodzi bowiem ogromna zapaść, że już nigdy więcej nic nie napiszę. Dostaję wtedy histerii, załamuję się i postanawiam zostać motorniczym.

- Są przygody, jak słyszę.

- Ale ostatecznie się odblokowuję. A następnie znowu jest nowy cykl. Nie ma reguł. Pogodziłem się z tym.

- Czasem trzeba.

- Podziwiam ludzi, którzy robią codziennie. Wydaje mi się, że tak powinno się pracować. Tyle że kompletnie tego nie umiem i nigdy tego nie potrafiłem. Żadnej książki tak nie napisałem. Jest to dla mnie wielką tajemnicą, że ludzie tak potrafią. Ciekaw jestem, czy oni tak mają naprawdę, czy jednak ściemniają.

- Któreś teksty łatwiej Ci się pisze?

- Publicystyczne, usługowe czy jakieś inne teksty dziennikarskie jestem w stanie zrobić szybko. Sporo też redaguję cudzych tekstów.

- Lubisz to?

- Zależy od tekstu. Bywają takie, które trzeba uporządkować. Fajnie jest na przykład redagować cudze książki.

- Chodzisz do czytelni?

- Staram się wszystkie książki mieć w domu. Odwiedzam Bibliotekę Narodową w Warszawie, ale nie pracuję tam.

- A to czemu?

- Mam strasznie stary laptop. Trzeba zawsze go włączyć do prądu, a potem czekać aż się uruchomi. To jest bardzo niewygodne.

- W tej sytuacji muszę zadać to pytanie: robisz kopie zapasowe?

- Obsesyjnie.

- Uf.

- Mam kopie nawet na dwóch różnych dyskach. No i zapisuję prawie ciągle. Znam przypadek osoby, która nie naciska Ctrl-S, tylko robi to raz na tydzień. Ja bym tak nie umiał.

- Na pulpicie porządek?

- Raczej tak. Nie mam oczywiście jednolitych tytułów do wszystkich tekstów, ale jestem w stanie z grubsza wszystko znaleźć.

- A program do pisania jaki? Word pewnie?

- Stara wersja. I to bywa straszny problem, bo połowę tekstów, jakie dostaję - od autorów „Midrasza", którego redaguję - muszę konwertować przez trzeci komputer. Z drugiej strony, jeśli wymienię komputer na nowy, to będzie znowu problem, bo stare pliki nie otworzą się na nowym komputerze.

- Ten postęp Cię wykończy.

- Postęp mi się podoba, ale niektóre zmiany są niedorzeczne. Na przykład masz w miarę dobry edytor tekstu, a potem - bo jacyś progarmiści tak zdecydują - dostajesz nagle poodwracane funkcje i już musisz inne klawisze naciskać. Czuję się wtedy, jakby ktoś zmienił mi miejsce, w którym od zawsze trzymałem szczoteczkę do zębów. Po co to?

- Przypomnijmy, mówi to posiadacz 10-letniego laptopa.

- Bardzo dobrego. Nie zmieniam go, bo to dla mnie fatyga. Jak kupię coś nowego, to trzeba będzie przekonwertować, a to męczące. Dostanę na przykład Worda, w którym wszystko będzie na odwrót. Do tego dojdą inne techniczne problemy, które się będą wiązały ze stratą czasu. No nie.

- Przejdźmy zatem do biurka.

- Mam zwyczajnie biurko zawalone papierami i śmieciem. Niczym szczególnym się nie wyróżnia. Nie mam też, od razu powiem, specjalnych rytuałów. Nie muszę zaparzać specjalnej herbaty w specjalnym czajniczku. Biorę pierwszy kubek z brzegu, wrzucam herbatę, zaparzam, siadam i pracuję.

- Już wiem, że w czytelni nie, ale może na przykład w kawiarni umiesz pracować?

- Nie. Głównie ze względów praktycznych, no bo ciężko z tym staruszkiem wyjść. Nie widzę zresztą zupełnie takiej potrzeby, choć wyobrażam sobie, żeby pracować na przykład w hotelu. Nie miałbym z tym problemu.

- Spóżniasz się?

- Jeśli idzie o deadline'y, staram się nie spóźniać. To jest jednak praca i od tego zależy moje honorarium. Poza tym sam jestem redaktorem i nie znoszę, gdy się ktoś inny spóźnia.

- Ale Internet chyba masz otwarty, gdy piszesz?

- Mam. I to jest oczywiście kolejny problem, bo jestem dość aktywny na Facebooku, nawet być może za aktywny. Zdarza mi się często sprawdzać komentarze, wrzucać jakieś posty o polityce, zwłaszcza jak nie idzie robota. Internet jest złodziejem czasu.

- No właśnie.

- Nie patrz tak na mnie. Raczej nie złożę teraz obietnicy, że przestanę siedzieć na Fejsie.