Warsztat pracy: Marek Bieńczyk

#
  • fot. Krzysztof Dubiel dla Instytutu Książki

Marcin Wilk: Co się dzieje, gdy Marek Bieńczyk pisze?

Marek Bieńczyk: Wszyscy w domu wariują.

Dlaczego?

Z pokoju, w którym siedzę, dochodzą straszne odgłosy. Na przykład kaszlę histerycznie, jakbym się dusił, przeklinam, szuram, drzwi zamykam, drzwi otwieram, idę po herbatę. Idę po kawę, idę po yerba mate, idę po drugą kawę.

To faktycznie. A ten pokój, w którym pisze?

W tym miejscu, gdzie teraz mieszkam, są właściwie dwa pokoje. Jeden, gdzie powinienem siedzieć, to mój gabinet. Ale siedzę w drugim, tym niewłaściwym. Bo mogę się tam zamknąć. W moim gabinecie to zamknięcie jest niedoskonałe, bo drzwi są przesuwne. Z drugiej strony nie powinienem narzekać, bo ten właściwy gabinet ma więcej światła. To niby dobrze, ale z kolei słońce wpada na komputer, a ja wolę zamknąć się w ciemnym kokonie.

Kokon jest ważny.

Teraz to już nie tak bardzo jak kiedyś. Dziś mogę pisać przy otwartych drzwiach. Jakiś czas temu to było nie do pomyślenia.

Czyli przeszkadzać piszącemu nie należy?

Nie należy, ale i tak sam sobie przeszkadzam. Komórką na przykład. A teraz, gdy dysponuję wersją z Internetem, to jest już bardzo źle. Na przykład na 10 minut lecę, dzięki komórce, do Quebecu, na zimową wycieczkę na nartach śladowych albo patrzę na hotele w Hiszpanii, ile by mnie one kosztowały i jak tam się dostanę, dajmy na to z Sevilli.

Dostrzegam tu brak dyscypliny.

U mnie jedyna dyscyplina, jaka obowiązuję, to taka, żeby usiąść. Siadam więc rano, jak się obudzę. Gdy to jest ósma, to o wpół do dziewiątej już siedzę przy komputerze.

Dosyć szybko.

Raczej tak. Czasem jest jeszcze szybciej.

Kawa do pisania?

Albo kawa, albo już nawet po kawie. No i coś musi być zjedzonego. Te śniadania zawsze z gazetą to już raczej przeszłość. Obecnie się śpieszę. Teraz jest pół śniadania, potem, po dwóch godzinach, druga połowa. Ale chyba muszę to zmienić. Taka moja nowa obsesja: zmienić system i obietnica, że zjem porządne śniadanie, i nie będę się śpieszył, i każdą kruszynę docenię.

Rzeczywiście nerwica.

Tak, panie doktorze. I obsesje. Na przykład kiedyś pisałem na papierze tylko małym ołówkiem, takim ogryzkiem. Wyleczył mnie z tego Kundera. Raz opowiadałem mu o tym ołówku, a on wtedy: „Wiesz, ja nie mam żadnych nerwic".

Trochę ściął. Ale skoro przy tym jesteśmy - teraz, jak rozumiem, pisanie odbywa się na komputerze?

Co gorsza, nie umiem inaczej. Czasami jestem w podróży, ale i wtedy noszę ze sobą małego laptopa, mam też kalendarzyki, moleskiny, ale mało są przydatne. Gdy powstawały „Tworki", potrafiłem pisać na fotelu w samochodzie na skrawku papieru śniadaniowego, po tym, jak zwlokłem się z namiotu.  

Julia Hartwig stwierdziła, że stanowczo nie umiałaby pisać w podróży.

Rozumiem ją. Ale w niektórych hotelach udaje mi się pisać. Niektóre miejsca obce wytwarzają dobry nastrój.

Wystarczy chwila, żeby coś napisać, czy raczej trzeba takiej większej cząstki: trzech-pięciu godzin skupienia.

Mogę zrywami. Są teksty, które są zrzutami z głowy, że tak powiem, a są takie, które muszą bardzo długo wysiedzieć. Takich jest więcej.

Ale każdego dnia trzeba coś zapisać?

Raczej tak. Inaczej czuję niepokój. Zawsze jest zresztą coś do napisania. Dlatego próbuję nie umawiać się rano, denerwuję się, gdy ktoś zawraca mi głowę.

Popołudniem nie da rady?

Raczej nie. Wieczorem też nie.

Czyli do pisania ranki.

Przeważnie. Popołudniami mogę robić tłumaczenia. Ale też zdarza się, że ciało się w pisaniu rozgrzeje. Wtedy mogę dociągnąć do trzeciej, czwartej po południu.

Co znaczy „ciało się rozgrzeje"?

Dosłownie: czuję, że ciało jest ciepłe; że jestem w tekście. To nie są chwile natchnienia, niech pan tak nie myśli. To jest coś jak rozgrzewka w sporcie. Zdarza się tak, że po godzinie najlepiej się gra. Wtedy w gestach nie ma już żadnych kantów.

Pisanie jak sport. A to ładne!

Gdy piszę, jestem niemalże spocony. Wtedy zapominam o głodzie.

Podczas pracy głodu się nie czuje?

Wręcz przeciwnie. W tej robocie się spala bardzo dużo kalorii. Je się nieprzytomnie. Ale gdy zaskoczy, zapomina się o głodzie.

A na czym pisze się najwygodniej?

Mam takie krzesło komputerowe. Ekran położony jest na podwyższeniu, właściwie stoi on na albumach po to, bym się nie schylał. Wie pan, kręgosłup mam pokiereszowany. Ale to wszystko i tak nie działa. Kiedyś działał klęcznik. I znowu obsesja, by do niego wrócić. Niedawno widziałem gdzieś jakieś super norweskie krzesło.

No i?

Wykupili.

Niedobrze. Ale wróćmy do tego małego laptopa.

W podróży mam go bardzo często. Zawsze coś mogę zapisać. Ale nie noszę go non stop ze sobą.

Kopie zapasowe dokumentów, mam nadzieję, są?

Nie za bardzo. Przed dłuższym wyjazdem wysyłam do siebie maila z tekstem. W najgorszym wypadku ściągnę go z poczty.

Co leży na biurku?

Z grubsza rzecz biorąc, jest tam bajzel. Czasem je oczyszczam, ale po 48 godzinach bałagan i tak powraca. Poza ekranem stoi skaner, leżą jakieś wizytówki, karteczki, na których zapisane są telefony, hasła i loginy, których zawsze oczywiście zapominam. Co tam jeszcze jest? Oczywiście książki, papiery, talerzyki po filiżankach, dziesiątki wyschniętych długopisów.

Ale słyszę, że bałagan mentalnie jest opanowany.

Gdy mam odnaleźć jakąś książkę, wolę pójść do biblioteki. Najgorsze, że muszę swoje książki zamawiać, bo nie wiem, gdzie się podziały. Tak się dzieje całkiem często.

Z napojów tylko kawa?

Kawa lub herbata. Najczęściej zielona lub yerba mate. I nie więcej niż dwie kawy. Bez mleka i bez cukru. Poza tym schodzi dużo czekolady.

Pitnej?

Panie, ja jestem dorosłym człowiekiem. Gorzkiej. Lubię słodycze. Codziennie mógłbym jeść ciasto. W ogóle dużo jem. Pierwsze, drugie, czasem trzecie śniadanie. To nie są wielkie porcje. Ale nie jem przy komputerze. Idę do kuchni i tam, przy jedzeniu, czasem czytam winiarskie pismo. Dziesięć minut raju, żeby o wszystkim zapomnieć.

Muzyka może lecieć podczas pisania?

Żadnej muzyki. W ogóle żadnych dźwięków. Przy muzyce nie mogę nawet degustować wina. Nie potrafię się skupić.

Czyli, podsumowując, w pokoju, gdzie pracuje Bieńczyk, jest rozgardiasz.

Jest Pan bardzo łaskawy, są gorsze słowa. Książki są wszędzie: na łóżku, na oparciu łóżka, na podłodze. Poza tym torba do tenisa. Plecaki. Dalej, książki które mam oddać profesor Kowalczykowej, żeby zawiozła do wiejskich bibliotek, ale jej nigdy nie ma w domu. No i porozrzucane ubrania. Nie jestem dumny z tego.

A tam! Ale przynajmniej światło przez okno wpada?

Okno jest jedno. Mieszkam na wysokim parterze. Okno jest na wpół zakryte, widzę kawałek drzewa, przechodzących ludzi. Sąsiad znowu kupił bagietkę, niech go, przecież ciemny chleb jest lepszy.

W drugim pokoju też panuje bałagan?

Tam jest trochę lepiej. Choć też jest pełno książek. Stoją w podwójnych, potrójnych rzędach. Ale za to na podłodze nic nie ma. Czasami.

No to odrobinę lepiej.

W głowie żywię ciągle pewną utopię, bo myślę cały czas o tych innych biurkach, które mają inni ludzie i na których nic nie ma; są piękne, duże i czyste. I taka oto myśl nachodzi mnie wtedy: „O gdybym miał takie posprzątane, fajne biurko, to bym dopiero pisał!".

Ale przy tamtych biurkach nie ma Marków Bieńczyków!

Wie Pan, niekiedy myślę, że oddałbym kawałeczek siebie za porządek. Moi bliscy oddaliby mnie całego.  

Ten sport mnie zafrapował, więc muszę spytać, czy w czasie tenisa zdarza się „pisanie"?

No pewnie. Gdy są dłuższe wymiany, przerwy, to zdania przychodzą dosłownie podczas gry. Mówię wtedy, że rodzą się one na korcie. To w ogóle tak jest, że gdy się zaczyna pisać, to tekst zaczyna wchodzić w życie: pojawia się podczas jazdy samochodem, w snach. Przy stole, podczas wspólnego posiłku, często słyszę karcące: „Przestań pisać!". Bo siedzę i bujam w obłokach, nie ma mnie tutaj. To bywa złe. Niehumanitarne. Z drugiej strony, gdy tekst mnie zżera, raczej to oznacza, że może powstanie coś niezłego. Gdy tekst mnie nie zżera, czuję, że pisanie idzie mi gorzej.