Lawendowy pokój

31.10.2016 Nina George
#
  • Nina George, Lawendowy pokój, tł. z niemieckiego Paulina Filippi-Lechowska, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2014

Pewnego jesiennego dnia postanowiłam odkurzyć książki w domowej biblioteczce, uporządkować je według klucza, którego jeszcze nie wymyśliłam, i odłożyć część w celu doposażenia „Wędrującej Biblioteki” zainicjowanej w naszym mieście. Brałam  do ręki kolejne pozycje, oglądałam obwoluty, sprawdzałam daty wydania i… zamiast książek porządkowałam wspomnienia.

Jak kadry z filmu przewijały się przed moimi oczyma miejsca, ludzie i okoliczności związane z pojawieniem się kolejnej książki w moim domu. Poszczególne pozycje układałam "w sterty obok regału. Sterty zamieniły się w drzewa. Wieże. Czarodziejskie góry".
We wspomnieniach odżyła postać nieżyjącego już, miejscowego księgarza,  rozmowy o liryce w poezji Władysława Broniewskiego na zapleczu księgarni i pożegnalny prezent Nowy atlas świata – z dedykacją: „na tęsknotę za podróżami”.
I w tym momencie przypomniałam sobie, skąd  wzięła się potrzeba porządkowania biblioteki i kto układał książki w „czarodziejskie góry”!

Tak, to wyobrażenie księgarni na wodzie, pływającej apteki literackiej, a w niej pana Perdu, leczącego ludzi za pomocą książek. Nina George, Lawendowy pokój. Zachwycająca historia o miłości, która przywraca do życia.

O miłości napisano już prawie wszystko, pomyślałam. Ciekawe, jak autorka ujęła opisany na wszystkie sposoby temat?

Przeniosłam się w wyobraźni do księgarni na Sekwanie, z widokiem na wieżę  Eiffla, rozsiadłam w wygodnym  fotelu z podnóżkiem, odłożyłam na stoliczek torebkę. Brakuje mi tylko zapachu i smaku świeżo zaparzonej kawy – pomyślałam i zagłębiłam się w treść Lawendowego pokoju.

Sposób kreacji głównego bohatera zapowiadał oryginalne podejście do wątku miłości. Zastanawiałam się, czy nietuzinkowy księgarz będzie leczył z nieszczęśliwej miłości, czy też radził, jak znaleźć, pielęgnować i zatrzymać miłość na całe życie?
Tymczasem narracja zaczęła układać się w schemat znany z romansów i melodramatów, z czytania których próbował wyleczyć mnie mój nauczyciel, wychowawca i przewodnik po literaturze.
Negatywną notę z języka polskiego otrzymałam nie za to, że zamiast zgłębiać tajniki chemii, czytałam pod ławką książkę, ale za to, że Trędowata Heleny Mniszkówny, w ocenie mojego polonisty, reprezentowała literaturę niewysokich lotów. Od tej pory z zawstydzeniem sięgam po pozycje, słusznie i niesłusznie zaliczane do tego gatunku, podobnie jak „amatorki likierów degustowanych podczas spotkań książkowego klubu dyskusyjnego” z kart Lawendowego pokoju, poszukujące literatury o tematyce erotycznej, którym dyskrecję zapewniał pan Perdu, zakładając na wypożyczane książki kamuflujące okładki.

Rozczarowałam się nieco treścią początkowych rozdziałów, ale nie wyszłam z niezwykłej księgarni, do której przybywali kolejni klienci. Charyzmatyczny księgarz najwięcej uwagi poświęcał stałym bywalcom, dla których książki były „niczym świeże powietrze pośród zaduchu codzienności” Tym, których przyciągała wyłącznie nazwa księgarni, oferował zabawne pocztówki z sentencjami: „Czytanie grozi utratą stereotypów; Kto czyta, nie kłamie – przynajmniej w tym samym czasie”, czy też miniaturowe książeczki w brązowych flakonikach po lekarstwach i inne gadżety. Z chłodną uprzejmością i świadomością, że  trzeba zwiększyć dochód, aby utrzymać księgarnię, obsługiwał klientów, „którzy mieli się za arystokrację, choć w najmniejszym stopniu nie przypominali jej swoimi manierami (…). Obmacywali każdą książkę swoimi tłustymi paluchami, którymi wcześniej jedli pewnie frytki, zadawali pytania pełnym pretensji tonem: - A nie ma pan plastrów z wierszami? Albo kryminałów na papierze toaletowym?”. Sprzedawał im nalewkę franciszkańską i rajstopy na żylaki. „I bywały dni, że rajstopy sprzedawały się lepiej niż literatura piękna”.

Z zaciekawieniem i przyjemnością czytania iskrzącego ironią i humorem tekstu poznawałam historie kreowanych ze znajomością ludzkiej psychiki bohaterów – ludzi epoki wszechobecnej reklamy, kultu urody, wiecznej  młodości i  samotności w tłumie. Zgłębiałam  tajemnice mieszkańców kamienicy, w której chciałabym zamieszkać, i zastanawiałam się, dlaczego „świat zbudowany ze słów nigdy nie może być prawdziwy”?

Z zadowoleniem przyjęłam zwrot akcji, który nastąpił po odczytaniu przez pana Perdu tajemniczego listu i obronił książkę przed schematem wyciskacza łez. Z radością dołączyłam do załogi odpływającej barki i udałam się w podróż „drogą do Awinionu kanałami południa (…), gdzie można się odnaleźć i poznać odpowiedź na nasze sny – kiedy wcześniej się zagubimy przez miłość, tęsknotę, strach (…) daleko od ludzkiej manii przemieniania natury w miasta, ulice i supermarkety”.

Chciałam poznać tajemnicę pana Perdu i zrozumieć, dlaczego opuściła go kochająca kobieta i dlaczego wybrała innego mężczyznę? Rejs pod hasłem „przysługa za książkę”, w towarzystwie filozofującego kapitana, kotów oraz  autora jednej powieści o tajnikach męskiej duszy, który utracił zdolność pisania, zapowiadał się ciekawie. W razie czego można było czytać do woli, bo wszystkie pozycje z apteki literackiej znajdowały się na wyciągnięcie ręki. Załoga barki książkami płaciła za żywność, usługi i potrzebne przedmioty, poszerzając rzesze miłośników literatury.

Piękne krajobrazy cieszyły oczy, miasto kwiatów witało przybyszów feerią barw, z krainy pachnących żywicą lasów doliny Loary wyłaniały się tajemnicze zamki. Do załogi dołączył poszukiwacz legendarnego frachtowca Księżycowa Noc, na pokładzie którego spodziewał się odnaleźć ukochaną Vivette, niespełnioną miłość młodzieńczych lat.

Żywiołowy Włoch Cueno okazał się mistrzem w przyrządzaniu potraw „z niczego”. Żywił załogę Lulu, rozsiewając wokół zniewalające zapachy przypraw i przekonywał o uzdrawiającej mocy jedzenia.
Pasażerowie barki odwiedzali tajemnicze ogrody z pergolami, gęstwiną drzew oplecionych bluszczem, jakby żywcem przeniesione z epoki rycerzy i czarownic, w których mieszkali równie tajemniczy ludzie.

Niepostrzeżenie główny wątek narracji zaplątał się w historie jakby wzięte z innej książki. Dziwne sytuacje i zachowania spotykanych przez bohaterów powieści ludzi mogłyby  posłużyć jako tematy osobnych opowieści. Nie pasowały jednak do klimatu Lawendowego pokoju i romantycznej podróży. Filozoficzne rozmowy na pokładzie barki nie wnosiły wiele do kompendium wiedzy o człowieku mierzącym się z problemami egzystencjalnymi, bezradnym wobec miłości niosącej  radość, jak też cierpienie. Wszystko już było przez kogoś, na kartach innych książek, opisane i podsumowane.

Na szczęście pan Perdu też się znudził swoim życiem i postanowił coś zmienić.
Pożegnał ukochaną księgarnię, przekazując ją pod opiekę Cueno, który zaskoczonemu czytelnikowi odkrył swoją tajemnicę i niespodziewanie zamknął wątek zagubionej miłości. Księgarz tymczasem w towarzystwie pisarza udał się w dalszą podróż lądem.

Zabrałam się z nimi z ochotą, bo mimo zastrzeżeń  nie mogłam się oderwać od książki i ciekawa byłam, co mężczyźni kochający tę samą kobietę mają sobie do powiedzenia po latach, kiedy jej już nie ma wśród żyjących?
Wypowiedziane słowa zabrzmiały mocno i poruszyły emocje, jak hymn o miłości z Ewangelii św. Pawła – najpiękniejszy tekst na temat uczucia, którego człowiek poszukuje i nie zawsze znajduje.

Tym akcentem nie zakończyła się jednak historia bohaterów Lawendowego Pokoju, według mnie ze szkodą dla całości. Innego zdania będą zapewne czytelnicy, którzy lubią baśniowe zakończenia ludzkich historii. A że z bajek się nie wyrasta  i czasami czyta w ukryciu obśmiewane romanse. Polecam Lawendowy pokój Niny George jako antidotum na utratę radości życia, odrzucenie marzeń i młodzieńczego zapału do zmiany świata na lepszy.


Z półek oznaczonych podpisami: „Literatura obowiązkowa w każdym domu”; „Biografie, przewodniki, słowniki i encyklopedie”; „Literatura fachowa”; „Książki z dedykacją”; „Albumy”; „Dla wnuków, w spadku po ich rodzicach”; „Książki zgromadzone przez synów, czekające cierpliwie na transport do ich obecnych domów” nie odłożyłam żadnej książki.


Zyta Brysacz
DKK w Zambrowie