Julita i huśtawki

Hanna Kowalewska
Julita i huśtawki
  • Zysk i S-ka
    Poznań 2003
    130 x 200
    310 stron
    ISBN 83-7298-460-3

Julita i huśtawki to atrakcyjna powieść obyczajowa obliczona na kontakt z szerszą publicznością czytającą. Przedstawia bowiem historię pewnej niespełnionej miłości oraz przynosi opowieść o polskiej prowincji i przemianach społeczno-politycznych, które miały miejsce w latach 1956-1989. Wielowarstwowy kształt tego utworu przesądza właśnie o szerokim adresie czytelniczym. Oto niemłody już i raczej niespełniony pisarz (powieść wyposażona została w męską narrację) zmaga się ze świadomością życiowej porażki. Najbardziej dramatycznym węzłem tej popękanej biografii jest niespełniona miłość do szkolnej sympatii. To bardzo stare dzieje, gdy tymczasem mamy lata dziewięćdziesiąte: do rodzinnego miasteczka przyjeżdża ów pisarz, aby nawiązać duchowy kontakt z epoką swej młodości. Postanawia napisać powieść o swoim pokoleniu, o grupie rówieśników urodzonych w okolicach roku 1956. W ten sposób otwiera się najszersze pole tego utworu – obyczajowe, chwytające zwykłe zdarzenia i niezwykłe perypetie będące udziałem kilkunastu osób reprezentujących najróżniejsze środowiska i typy mentalne. Tutaj z kolei zawiązują się dwie kolejne opowieści – o polskiej (głębokiej i typowej) prowincji oraz o Polsce Ludowej. Jest jeszcze jedna warstwa tego utworu. Można by ją nazwać magiczną. To dzieje i czyny tytułowej bohaterki, Julity, dziewczyny-anioła, postaci obdarzonej nadprzyrodzonymi właściwościami.

- Dariusz Nowacki

Książka nominowana do nagrody literackiej NIKE.

Fragment

Zielnik
System pęka w szwach jak stare gacie – i to nie tylko w Peerelu. Najlepiej o tym świadczy wybuch w Czarnobylu w kwietniu 1986. Władza nie potrafi utrzymać tajemnicy, mimo że katastrofa wydarzyła się w Wielkiego Brata, który jest poza wszelkim podejrzeniem. A tu stało się! Podgląda go cały świat, w dodatku we wstydliwym momencie, gdy truje własny naród, czy może raczej narody.
Rok później Karolina siedzi na leżaku pod gruszką, wśród zieleni, przekonana, że jest w najcudowniejszym i najbezpieczniejszym miejscu, w jakim mogłaby być. Przeciąga się leniwie, a chwilę później jej wzrok pada na czterolistną koniczynę. Jest to pierwsza czterolistna koniczyna, którą znajduje. Zrywa ją z uśmiechem i nawet sobie myśli, że to może los chce dać jej znać, iż przewidział dla niej jakiś okruch szczęścia, którego się nie spodziewała. Zamyka na chwilę oczy i zastanawia się, co by to mogło być. Mężczyzna? Nie, w takie cuda Karolina nie wierzy. W Rodzinnym nie ma zresztą mężczyzny, który mógłby ją zainteresować, przecież zna ich wszystkich. Wszystkich! A nie planuje żadnej podróży. Więc to nie to. Przyjaźń? Ale i w to nie wierzy. Wygrana w toto-lotka? Ale przecież nigdy jeszcze nie wypełniła kuponu. I nie zamierza tego zrobić. Może w takim razie to dobre spotka ojca, a ona się tylko tym pośrednio ucieszy?
No tak, Karolina nie ma zbytniego zaufania do swego losu. Wkłada koniczynę między przeczytane już stronice i zamierza wrócić do lektury. I wtedy kolejna roślinka przyciąga jej wzrok. Znowu? – dziwi się. Ale okazuje się, że ma ona nie cztery, tylko pięć płatków. A po krótkim poszukiwaniu Karolina znajduje jeszcze jedno takie samo koniczynowe dziwactwo. Nigdy nic nie słyszała na temat pięciolistnych koniczyn. To szczęście, czy nieszczęście? – zastanawia się zdziwiona, wkładając jednocześnie rośliny do książki, by pokazać je ojcu.
I tak już będzie tego lata – na małym skrawku pod gruszą znajdzie w sumie ze czterdzieści zmutowanych koniczyn i zasuszy w powieściach, które czyta. W końcu zrozumie, że to nie los usiłuje do niej przemówić, tylko właśnie tu, gdzie tak lubi siadać, też dotarło radioaktywne promieniowanie i wniknęło w gruszę, w trawę, w koniczynę, w mlecze, w ziemię, a pewnie także i w nią. Więc i w niej być może zachodzą jakieś mutacje, w tarczycy, wątrobie, trzustce albo w jakimś innym egzotycznym miejscu. Ale o dziwo nie napełnia jaj to lękiem. Bo cztero-, pięcio- i nawet sześciolistne koniczyny nie są ani odrażające, ani straszne. Myśli o nich ciepło, bo są jak kiedyś ona po wypadku. Nawet z nieszczęścia może wyniknąć coś dobrego, jakieś rozmnożenie, choćby tylko płatków. I tylko nie wie jeszcze, co dobrego wynikło z tego, że kiedyś wpadła pod samochód. Albo z tego, że urodziła się w Rodzinnym, a nie w Paryżu czy Rzymie. I w dodatku w czasach Peerelu. Ale czuje, że z czasem się dowie. Wszystkiego się dowie. Sens życia ujawnia się wolno, dzień po dniu, aż do ostatniej odsłony. Sens lub bezsens...

Bumerang

Bezsens Peerelu ujawnił się w ten sposób, dzień po dniu, aż do ostatniej odsłony. Tylko czy ostatniej?
Tak czy owak, to przez Bąka rozwaliła się w Polsce Komuna. Jak się przyjmuje w swoje szeregi kogoś takiego jak o n, faceta, który miał sześć palców, to trzeba się przygotować na wszystko. Nigdy mu nie wychodziło, czemu miałoby mu wyjść teraz, nawet jeśli podpierała go Przewodnia Siła Narodu? Partia jednak jż dawno straciła czujność i przyjmowała jak leci, mocnych i słabych, fartownych i niefartownych, cwaniaków i życiowe ofermy – okrągły milion tylko w końcówce lat siedemdziesiątych. Co ciekawe tyle samo odeszło w ciągu następnych pięciu lat, w czasie Solidarności i stanu wojennego. Statystyki nie mówią jednak, czy byli to ci sami ludzie.
Bąk jednak, mimo wątpliwości, a czasem i strachu o własną przyszłość, nigdy się nie wypisał. Potem się tylko razem z innymi rozwiązał i znowu zawiązał. Jemu wyszło to w ostateczności na dobre, ale czy Partii?
A może Komuna rozwaliła się przez takich jak Waldek. On też pozostał wierny Partii. I pieniądzom. A tak się ładnie złożyło, że Partia już nie miała nic przeciwko forsie. Jeszcze powtarzała dla niepoznaki stare bzdury, ale pozwalali na to i owo – zwłaszcza swoim. No i w końcu zasmakowali w liczeniu forsy, w tym, że mają więcej. Równość i sprawiedliwość i braterstwo nijak się miało do ich interesów. Z czegoś trzeba było zrezygnować, więc zrezygnowali z idei.
Ale z władzy rezygnować nie zamierzali. Ta jednak wymykała im się z rąk niepostrzeżenie przez całe lata osiemdziesiąte. I wreszcie przyszedł koniec, po Okrągły Stole i wyborach, gdy naród odwrócił się od nich plecami i jeszcze oddzielił grubą kreską. Oni też musieli się oddzielić tą samą kreską od własnych biografii, od samych siebie jeszcze z wczoraj i przedwczoraj. Tak ładnie żarło i zdechło – myśleli z niedowierzaniem i popłochem. Niektórym zawalił się świat.
Bąkowi tez by się pewnie zawalił, gdyby nie Basiuk.
– Każda rewolucja ma swój kres. Popatrz sobie zresztą na tych czarno-białych – mówił w 89. – W dupie byli, gówno widzieli! Długo to nie potrwa. Ludzie sobie o nas przypomną . Zobaczysz! W środku są czerwoni. Może zresztą nie czerwoni, ale różowi. A jak się człowiek raz zaróżowi, to koniec.