Good night, Dżerzi

Janusz Głowacki
Good night, Dżerzi
  • Świat Książki
    Warszawa 2010
    318 stron
    135x220
    ISBN: 978-83-247-2135-1

Czy nowa książka Janusza Głowackiego jest fabularyzowaną opowieścią o Jerzym Kosińskim? Odpowiedź twierdząca byłaby najprostszą z możliwych, ale zarazem - bałamutną, bo Good night, Dżerzi to powieść skomplikowana, wielowątkowa, fragmentaryczna. Choć oczywiście w głównym jej wątku umieszczona została postać Kosińskiego, to osią fabularną tekstu jest historia pracy narratora, powieściowego alter ego Głowackiego, nad scenariuszem filmu o autorze Malowanego ptaka, przygotowywanym dla niemieckiego producenta. Wokół tej osi rozwijane są kolejne wątki. Narrator oprowadza czytelnika po współczesnym Nowym Jorku, daje mu zajrzeć za kulisy literackiego biznesu w Stanach, ukazując targowisko próżności pełne bezwzględnych agentów literackich i goniących za sławą pisarzy, kreśli historię toksycznej relacji, która połączyła niemieckiego producenta, jego młodą żonę Rosjankę i Kosińskiego, zapisuje sny bohaterów...
Czemu Głowacki zainteresował się właśnie Kosińskim? Czy celem było tylko i wyłącznie przypomnienie postaci skandalizującego polsko-żydowsko-amerykańskiego pisarza, przez jednych uznawanego za świetnego, bezkompromisowego prozaika, przez drugich - za hochsztaplera i mitomana, umiejętnie manipulującego ludźmi po to, by zrobić karierę? I tak, i nie. Do pisania o autorze Wystarczy być Głowacki przymierzał się już dużo wcześniej, najpierw tworzył sztukę teatralną na ten temat, potem pracował nad scenariuszem filmowym, koniec końców żaden z tych projektów nie został zrealizowany, a ich odpryski weszły do Good night, Dżerzi. Tym razem domknął opowieść o tytułowym Dżerzim, choć zrobił to na swój sposób: mnożąc punkty widzenia, ukazując rozmaite, często sprzeczne opinie na temat autora Malowanego ptaka, powstrzymując się jednak przed jednoznacznymi ocenami, stawianiem wyrazistej kropki. Głowacki stworzył portret pisarza, który zmaga się z prywatnymi demonami, gubi w tworzonych przez siebie autokreacjach, jednocześnie rozpaczliwie próbując utrzymać się na powierzchni życia i ocalić swoją karierę.

- Robert Ostaszewski   

Fragment

- Może być - westchnął Roger, dolewając nam chilijskiego czarnego wina. - Może być, tylko co ty właściwie chcesz o nim nowego powiedzieć?
Siedzieliśmy w wygodnych trzcinowych fotelach. To był październik, czyli Indian Summer coś jakby polskie babie lato. Znad Hudsonu podnosiła się mgła, statki już odpłynęły światła New Jersey stały się mniej wyraźne. Roger ostatnio trochę przytył, ale jak na siedemdziesiąt lat wyglądał świetnie. Jego wodniste, okrągłe oczy patrzyły uważnie, a usta były w ciągłym ruchu, zjadał serwetki, bilety do teatru i karty parkingowe, było z tym często sporo kłopotu.
- Bo to, że kłamał, wszyscy wiemy - dorzucił Raul. - A to, że właściwie prawie nic po nim nie zostało, też wiadmo.
Na kolana Raula wskoczył tłusty czarny kocur, szturchając go w brzuch, domagał się pieszczot. I Raul całkowicie zajął się kotem, który przeżywał ekstazę, prężył się sztywno, podnosił ogon, wypinał tyłek. A kiedy Raul posłusznie zaczął go drapać w okolicach ogona, zaniósł się bardziej psim niż kocim skowytem.
- On był na pewno inteligentny, i to bardzo. - Roger czule przyglądał się kocim wygibasom. - Może nawet inteligentny na tyle, że podejrzewał, ze większość tego, co napisał, jest nic niewarte i się rozsypie jak domek z kart przy najlżejszym podmuchu. - Wychylił się w stronę Raula i dmuchnął kotu w tyłek. - I dlatego potrzebuje jakiegoś wielkiego spektaklu ostatecznego. Pamiętasz, Raul, Dżerzi często mówił, że samobójstwo to najlepszy sposób na przedłużenie sobie życia.
Przez chwilę patrzyliśmy wszyscy na to, co działo się z czarnym kotem. Pozostałe trzy obserwowały go razem z nami. Już nie były obojętne, zaczynały przeciągać się i prężyć na swoich fotelach.
- Jak tak - zapytałem - to dlaczego wszyscy padliście przed nim na kolana? Pisaliście, że Dżerzi to skrzyżowanie Becketta z Dostojewskim, Genetem i Kafką.
- No, Michael, dosyć, dosyć. - Raul spróbował zrzucić kota na kamienną podłogę, ale ten wczepił się pazurami w jego spodnie. Dosyć, czarnuchu.
Kot w końcu zrezygnował i miękko skoczył na podłogę.
- Zobacz, Roger, krew... znów będę miał ślady pazurów - poskarżył się Raul.
- Dlaczego, dlaczego? - Roger wzruszył ramionami. - Kochanie, przemyj wodą utlenioną i przynieś jeszcze jedną butelkę. - Uśmiechnął się do Raula i odprowadził go czułym wzrokiem. Raul pochodził z San Jose, był znacznie młodszy od Rogera, poruszał się jak oswojone, ale drapieżne zwierzę. - Pewnie dlatego, że świat już dawno stracił umiejętność odróżniania talentu od beztalencia i kłamstwa od prawdy. A może z jakiegoś innego powodu. Może dlatego, ze Ameryka kogoś takiego jak Dżerzi nigdy przedtem nie widziała na oczy. Dlatego on nas wydymał. A teraz, jak rozumiemy, Dżanus, ty go zamierzasz pośmiertnie wyruchać.
- Chwileczkę - powiedziałem. - Zaraz, zaraz...
- Tylko się nie obrażaj. Pamiętasz, Raul, że on dziwnie pachniał.
- Paczuli jakby - zauważył Raul.
- Nie, nie, nie. To nie było paczuli. Czy pomyślałeś kiedyś Dżanus, że dusza ma zapach? Może pachnieć kozłem, może też różą. Napisane jest, że kiedy Bóg stworzył człowieka, tchnął mu przez usta swego ducha, ale może w tym samym czasie podczołgał się diabeł i tchnął mu w dupę swojego. Tylko mam jedną prośbę: uszanuj naszą inteligencję i nie mów, że chcesz o nim napisać prawdę.
- Otóż to - wtrącił Rani. - Pamiętaj, ze im dalej od prawdy, tym bliżej do Dżerziego.
Roger pokiwał głową.
- Tak czy inaczej, życzymy ci powodzenia. Oczywiście zaraz pojawi się tłum ludzi, którzy się na ciebie rzucą z wrzaskiem, że znali go lepiej i że to w ogóle było nie tak. Ale tobie to nie powinno przeszkadzać, bo ty dymałeś pierwszy. Z tym że na nas nie licz. Bo nie mamy pewności, czy w Nowym Jorku poza nami są jeszcze ludzie, którzy pamiętają, kto to w ogóle był Dżerzi.
- No, to już przesadzacie - powiedziałem.
Rani odkorkował nową butelkę, a pod naszymi nogami trzy koty dołączyły do czarnego i zbity się w kłębowisko pełne miauczenia i skowyczenia, drapania i gryzienia. Zaczynała się orgia kastratów.

Następnego dnia pogoda się popsuła, nagle zaczęło lać. Ale poszedłem do Barnes & Noble - ogromnej kilkupiętrowej księgarni na Broadwayu naprzeciwko Lincoln Center - i poprosiłem o monografię Kosińskiego.
- Kogo? Czy mógłbyś przeliterować to nazwisko? - zapytał młody sprzedawca.
Przeliterowałem raz, potem jeszcze raz i jeszcze raz, ale już przez zęby. Postukał w komputer, pokręcił głową i powiedział:
-Nic.
-Nic?
-Nic!
Oklapłem, nabrałem wątpliwości i dałem sobie z Dżerzim spokój.