Wycieczka do muzeum

Tadeusz Różewicz
Wycieczka do muzeum
  • Biuro Literackie
    Wrocław 2010
    244 strony
    160 x 225
    ISBN: 978-83-62006-57-1
    oprawa miękka

Tadeusz Różewicz – sławny jako poeta i dramaturg – nieco mniej jest znany jako autor prozy, choć niektóre z jego opowiadań należą do klasyki gatunku w literaturze polskiej XX wieku. Przedstawiony przez Biuro Literackie wybór opowiadań prezentuje Różewicza jako pisarza bardzo mocno uwikłanego w zdarzenia historyczne i własną biografię. Jego bohater jest najpierw dzieckiem przeżywającym pierwsze doznania, potem młodym chłopcem zapatrzonym w starszego brata, który ginie zabity przez nazistów, dalej partyzantem w lesie, po wojnie studentem filozofii próbującym dać sobie radę z naruszonym przez wojenne okrucieństwa poczuciem sensu świata i egzystencji. Następnie odwiedza z polskimi przyjaciółmi Paryż, ale nie potrafi w nim „zamieszkać” i doznać jego piękna, przywiązany na wieczność do swego polskiego losu i pamięci. Zarazem pokazuje – w tytułowym opowiadaniu – jak niewiele pamięć ta znaczy dla uczestników współczesnej wycieczki do Oświęcimia, którym grozy przeżyć lagrowych w istocie przekazać się nie da.
W dalszych opowiadaniach narasta poczucie obcości jako podstawowe doświadczenie współczesnego człowieka: starej chłopki, która nie umie dostosować się do „wysokich sfer”, w których żyje jej syn-dyplomata, Polaka w Nowym Jorku, Dostojewskiego w Paryżu. Bohaterowie Różewicza czują się wydziedziczeni ze świata Zachodu, mają z nim kłopot i czują się w nim niewygodnie, choć zdają sobie sprawę, że świat ten jest im potrzebny aby uwierzytelnić ich potrzebę ładu i hierarchii wartości. Pielgrzymkę do źródeł tradycji i kultury podejmuje w Śmierci w starych dekoracjach jej prosty bohater, Polak, który udaje się z podróżą życia do Rzymu. Swemu spotkaniu z (zamąconymi) źródłami cywilizacji śródziemnomorskiej nie umie jednak ani fizycznie, ani duchowo sprostać, a „spuścizna wieków” przemienia się w nim w natrętny monolog wewnętrzny złożony z komunałów. Opowiadania Różewicza to przegląd traum i psychicznych okaleczeń, jakie XX wiek przyniósł mieszkańcowi europejskiej prowincji, a jednocześnie wyraz jego osobistego votum separatum wobec cywilizacji Zachodu.

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Nowa szkoła filozoficzna

Był koniec października, a może koniec listopada 1945 roku. Zastukałem do białych drzwi. Odezwało się za drzwiami jakby mruczenie, pochrząkiwanie grubego zwierza. Wszedłem do gabinetu filozofa. Był to najwybitniejszy polski filozof współczesny, zdaje się, uczeń Husserla.
Zapisałem się jesienią na uniwersytet. Profesor wykładał na naszym roku: wstęp do teorii poznania. Płonęła we mnie dziwna ambicja, aby pomijając wszelkie pośrednie stopnie wtajemniczenia naukowego, zapisać się na seminarium.
Ukłoniłem się filozofowi, objaśniłem krótko, kim jestem, skąd się wziąłem w jego gabinecie, i poprosiłem o przyjęcie na seminarium. Profesor uśmiechnął się. Chrapliwym, ciepłym głosem wyjaśnił, że muszę przedtem zapisać się na proseminarium. Skrzywiłem się. Profesor przyjrzał mi się uważniej i powiedział: „No cóż, proszę pana, co pan czytał z filozofów, co pan zna? Proszę mi opowiedzieć”.
Zacząłem sobie gorączkowo przypominać.
Bardzo mi się podobała piękna głowa uczonego. Była to precyzyjna maszyna, skonstruowana przed pięćdziesięciu chyba laty w sławnych uczelniach niemieckich. Mimo zniszczeń wojennych pracowała świetnie. Było to niezwykłe zjawisko. Czasem tylko w czasie wykładu profesor spoglądał w okno i milczał chwilę. Za oknem był kawałek muru, listopadowe niebo.
Stałem przed nim w saperkach przyniesionych „z lasu” i przypominałem sobie filozofów.
– Czytałem Sokratesa – powiedziałem stanowczo i zamilkłem. Profesor uśmiechnął się i przechylił głowę.
- Właściwie nie Sokratesa, tylko Platona o Sokratesie - poprawiłem się. - Czytałem Platona, Nietzschego...
Profesor znów się życzliwie uśmiechnął.
– Czytałem też Ewolucję twórczą Bergsona – dorzuciłem z dumą.
Nie mogłem sobie przypomnieć więcej nazwisk ani książek, a profesor jakby na coś jeszcze czekał... Powoli zaczęły mi się przypominać jakieś nazwiska ze sztubackich czasów. Nazwiska „filozofów” i kolegów, z którymi mówiło się o sensie życia, o celu naszych działań, o Bogu.
– Czytałem jeszcze Spencera i Drapera – oba te nazwiska wymówiłem niezbyt pewnie, bo już nie pamiętałem, o czym oni pisali. Jednak jednego z nich czytaliśmy ze Zbyszkiem w parku. Na rok przed wybuchem wojny. Była to książka, a raczej broszura, w podartej zielonej okładce. Była napisana przez Spencera albo przez Drapera. W tej chwili nie pamiętałem jednak ani tytułu książki, ani jej treści. Zapomniałem w czasie okupacji hitlerowskiej. Może zresztą książkę napisał ktoś inny. Teraz przypomniałem sobie jeden fragment, była tam mowa o dogmatach wiary katolickiej i autor zapytywał uszczypliwie: „Czy ktoś widział palec Ducha Świętego?”. Pamiętałem o tym palcu, ale nie wiedziałem, o co chodziło tamtemu filozofowi, więc dałem spokój i nic o tym wszystkim profesorowi nie mówiłem. Po chwili milczenia znów wymieniłem nazwisko: Freud. Profesor poruszył się. Tu dziwnie wyraźnie pamiętałem jakieś żarty na temat pewnego snu, w którym śpiący otwierał dolną szufladę komody i załatwiał się do tej szuflady; miało to oznaczać stłumioną w dzieciństwie chęć stosunku płciowego z nianią. Ale to były żarty. Natomiast jeśli chodzi o nogę, to byłem pewien, że czytałem o roli nogi w życiu seksualnym w książce Freuda. Wywody uczonego wydały nam się takie śmieszne, że wyuczyliśmy się ich ze Zbyszkiem na pamięć. Jeszcze w tej chwili mogłem wyrecytować profesorowi fragmenty dotyczące nogi: „Noga jest odwiecznym symbolem płciowym już w mitach, odpowiednio do tego but lub pantofel jest symbolem niewieścich części płciowych; stosownie do tego w perwersji  odpowiadającej fetyszyzmowi tylko brudna i niemile woniejąca noga jest przedmiotem płciowym... Noga jest pojmowana w miejsce członka u kobiety, którego brak przez dzieci bywa silnie odczuwany...”. Oczywiście pewne logiczne człony tych naukowych wywodów były przez nas opuszczone i wychodziły z tego takie idiotyczne historie, że pękaliśmy ze śmiechu.
Profesor pochylony w moją stronę czekał jakby na nowe nazwiska. Niestety, wymieniłem prawie wszystkie znane mi pozycje z filozofii. Wspomniałem o pesymiście Schopenhauerze. Z wielkiej jakby ciemności, z głębokiej studni, z mgły dzieciństwa wydobyło się jeszcze jedno nazwisko. Ale nie powiedziałem tego nazwiska profesorowi. Nazwisko miało obce brzmienie i nigdzie już o nim nie czytałem od czasu, jak wyszedłem z dzieciństwa: Mulford. Tak nazywał się ten tajemniczy filozof. Mulforda nie czytałem, bo nie znałem jeszcze wtedy liter alfabetu, czytał go w dębowym łożu starzec, który miał żonę z czarnymi, palącymi oczami. Niestety, o Mulfordzie wiedziałem bardzo mało. Nie pamiętałem już, czy pisało hipnotyzmie, czy o higienie, może pisało hipopotamach, a może o haszyszu. W każdym razie był on prawdopodobnie Anglikiem.
Było to ostatnie nazwisko, jakie wymieniłem, a właściwie pomyślałem. Mulford mylił mi się zresztą z muflonem. Ale nigdy nie byłem zupełnie pewien, jak wygląda muflon. Gdzie to zwierzę żyło i czym się żywiło? Jednak co do muflona miałem jakąś pewność, że ma zakręcone rogi i długą, wełnistą sierść. Być może, daje mleko. Ale to są już domysły. O Mulfordzie nie wiedziałem nic.
Oczywiście słyszało się też i o Kancie, ale tylko w żartach. Podobno Kant powiedział: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. To było chyba wszystko. Czekałem teraz, co mi powie profesor.
Szare oczy profesora zapaliły się na chwilę i zgasły. Był znużony, ale chyba w środku bawił się doskonale; a może był tylko zmęczony i zdziwiony.
– Wy walczyliście z bronią w ręku, my chroniliśmy myśl ludzką. Wy w lesie, my, gdzie się dało... jest pan przyjęty do mnie na proseminarium. Czytamy tam teraz Hume'a Traktat o naturze ludzkiej. – Podał mi rękę. Ukłoniłem się i wyszedłem z gabinetu filozofa.