Zaplecze

Marta Syrwid
Zaplecze
  • W.A.B.
    Warszawa 2009
    123 x 195
    224 strony
    oprawa miękka 
    ISBN 978-83-7414-662-3

Dwudziestoparoletnia Klara Wiśniewska jest anorektyczką. Zna wszystkie swoje rozmiary i umie określić wartość kaloryczną wszystkich produktów żywnościowych. Karmi się głównie fasolką, marchewką, ryżem i słodzikiem, przy czym od czasu do czasu zmienia dietę, by sprawdzić, która z nich daje najlepsze efekty. Mogłaby zrobić habilitację z obserwacji zmian w swoim organizmie i na skórze. Bohaterka powieści Marty Syrwid rzadko zdaje sobie sprawę, jak głód rzutuje na jej umysł, ale właśnie postanawia coś z tym zrobić. Staje więc twarzą w twarz z samą sobą, a raczej rozdziela się na dwie Klary: Klarę, która choruje oraz Klarę, która ocenia stopień zaawansowania choroby i próbuje dociec, co ją spowodowało. Zważyć cały psychiczny bagaż, jaki dźwiga. Ujawnić zaplecze.
Syndromy cechujące anoreksję są już znane, pisarka chce skupić się tylko na jednym, konkretnym, drobiazgowo zanalizowanym przypadku. Szczegółowo opisuje więc sytuację w rodzinie Klary. Przygląda się relacjom łączącym rodziców bohaterki, koncentrując się na postaci ojca, który nie tylko nie potrafi okazywać miłości, ale psychicznie i fizycznie pastwi się nad Klarą, a później nad jej młodszym bratem. Dzieci są bowiem słabsze i praktycznie bezbronne. Nie lepiej wygląda stosunek Wiśniewskiego do żony, ta jednak nie daje się podporządkować i stawia mu czoło, domowe awantury wybuchają niemal codziennie. Nie mogąc nijak wpłynąć na domowe piekło i od niego uciec, Klara pragnie utrzymać kontrolę nad tym, co od niej zależy. Nad swoim wyglądem. Diagnoza, którą stawia Syrwid jest więc jednoznaczna – choroba dziewczyny to efekt życia w toksycznej rodzinie, a nie efekt bezkrytycznego zapatrzenia w lansowane dziś wzorce piękna.
Precyzyjny psychologicznie, osadzony mocno w realiach społeczno-ekonomicznych opis rodziny Wiśniewskich to najbardziej oryginalny element tej powieści. Opis codziennych zmagań z głodem także jednak zasługuje na uwagę. A to ze względu na poetycki, ale wolny od egzaltacji styl, jakim posługuje się autorka. Wysokoartystyczny język i niezwykłe „rozdwojenie jaźni” konsekwentnie zastosowane w narracji świadczą o dojrzałości młodej autorki. Syrwid już ma wiele do powiedzenia i wie, jak chce mówić.

- Marta Mizuro

Marta Syrwid (ur. 1986) studiowała etnologię i filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, od 2008 roku studiuje w Krakowskiej Szkole Scenariuszowej. Na koncie ma publikacje w prasie młodo literackiej i nowelę zatytułowaną Czkawka.

 

Fragment

Chwilami są wyczekiwane i wspaniałe dni. Kiedy Ojca nie ma. Ja jem niezdrowe mleko z tubki, mama bierze wolne. Pozwala nie iść do przedszkola, do szkoły. Kilka lat później trzyma Olka na kolanach i gra ze mną w Monopol. Jemy popcorn i oglądamy bajki na wideo. Późno chodzimy spać. Kiedy Ojciec wraca, robi się cicho i strasznie. Czuję zaduch przez zamknięte usta. Jakbyśmy wszyscy chowali się w szafie przed potworem. I starali się nie oddychać, bo on nas wyczuje.
Boję się Ojca, kiedy siedzę z nim przy stole. Mam kilka lat.
Teraz nie. Teraz nie, bo go nie spotykam. Od dawna nie rozmawiamy. Nie widziałam go ponad tydzień. Mieszka w pokoju obok. On i ja mamy niepisaną umowę. Kiedy Ojciec słyszy, że jestem w kuchni albo w przedpokoju, nie wychodzi od siebie. Żeby mnie nie spotkać. Kiedy dzwoni telefon, jest nieprzyjemnie. Zderzamy się przy słuchawce.
 
Pytasz, czy chcę cię nastawić do niego źle? Że brzydka ta charakterystyka. Że się wyżywam. Wiesz, co ci powiem. Może? Mów, Klara, ciszej, Ojciec zauważy, że siedzisz obok przy stole. Wygoni cię, a ja dostanę, że zapraszam do domu obcych. Przy okazji. Przynieść ci coś z zewnątrz? Siedzisz sama w tym sklepie. Nie?
 
Trzaska maggi. Skończył jeść.
– No dalej, jedz to! Mówi, jakby krzyczał.
Nienawidzę rosołu. Mama wie. Ale nalała i postawiła na stole moją porcję. Jak tylko Ojciec wszedł do mieszkania. Krzyknął.
– No Helka, dawaj zupę!
Umył ręce i ochlapał twarz, wytarł się ręcznikiem mamy. Zawsze się kłócą, bo Ojciec nie pamięta, który ręcznik jest jego.
Gdyby mama podała zupę tylko jemu i zamknęła się ze mną w pokoju. Wzbudziłybyśmy podejrzenia Ojca. Zacząłby do nas pukać. Warczałby. Żebyśmy się przyznały. Co się stało?
Mama powtarzałaby, że nic się nie stało.
On by nie wierzył.
Oboje wybuchliby.
Mama by płakała.
 
Dlatego dostałam rosół i siedzę nad talerzem, naprzeciwko Ojca.
On wstaje. Staje nade mną. Kładzie dłoń na mojej głowie. Obejmuje łapą wszystkie moje włosy. Nie głaszcze. Wzdrygam się. Czuję, że mnie przyłapał. Na tym, że się go brzydzę. Całą sobą.
Patrzę na Ojca, z dołu. Nie zadzieram wysoko głowy. Czekam.
Rusza ustami. Nie otwiera ich. Przesuwa złączone wargi, z lewej na prawą. Oblizał. Odwraca się. Idzie.
Mam gęsią skórkę od środka.
 
Taką samą, jak kiedy Ojciec każe mi wyrzucić do kibla gaszone śliną papierosy. Ze szklanej, ciężkiej, granatowej popielniczki. Będę nieść ją na otwartej dłoni. Trząść się. Starając się nie dotykać brzegów. Ostatniego zgaszonego papierosa opluje. Mamy nie będzie w mieszkaniu. Ślina zacznie skwierczeć na gasnącym pecie. Zwymiotuję śniadaniem. Na dywan. Dostanę po buzi. Dłonią. Z boku. W głowę. Przewrócę się na tapczan. Dostanę w dupę. Zarzygana, zapłakana. Będzie mi zimno, bo będę przeczuwać, że zrobi jeszcze coś. Uderzy. Roztłucze na głowie tę popielniczkę. Ale tylko zabroni mi płakać. Powie, żebym stuliła ryj. Jeszcze raz mnie popchnie.
– I żebym cię nie musiał oglądać, ty ścierwo jedne. Umyj ręce i twarz i nie rycz jak zwierzę. Świnio jedna, patrz, co zrobiłaś, wszystko zarzygane, to teraz umyjesz. Posprzątasz, zliżesz własnym językiem.
Pobiegnę do łazienki, zamknę się na zameczek. Włożę zaciśniętą pięść do ust. Będę gryzła, aż przestanę płakać. Najciszej, jak umiem. Usłyszę przejeżdżające za oknem autobusy. I domofon kilka lat później, pół minuty później, spóźniona mama. Ojciec nie będzie mógł mi już nic zrobić.
Wpuszczę mamę do łazienki. Zobaczy mnie siedzącą pomiędzy pralką a koszem na brudy. Z pięścią w zębach. Będę śmierdzieć rzygami. Mama przygładzi moje włosy, obliże swoje usta i ściśnie zęby.
– O Boże, kochanie.
Kucnie przy mnie. Jedną ręką wyjmie mi pięść z ust. Drugą zacznie czesać. Da mi buziaka w czoło, jakby sprawdzała, czy mam gorączkę. Wciąż będzie mieć miękkie i wilgotne usta.
Nie jem rosołu. Wstaję cicho od stołu. Biegnę do mamy. Patrzy na mnie zza szybek w ciemnej kuchni. Cały czas obserwowała mnie i Ojca zza tych brudnych firanek. Wtulam się w jej nogi. Pachnie. Ciepłem i potem.
Ojciec poczuł, że go nie znoszę. Stoi między nami wrzące powietrze.
 
I nożyczki. To największe osiągnięcie z dzieciństwa. Kolejna warstwa tortu.
 
Mam niecałe osiem lat. Jestem z Ojcem w mieszkaniu. Nalewa zupę. Krupnik. Nienawidzę krupniku. Gotowane mięso, kasza, brązowo, żółtawo, ohydnie. Pływający seler i ziemniaki. Wiem, że nie mogę. Po prostu nie zjeść. Ojciec daje mi chleb do krupniku. Stary.
 
– Masz, maczaj sobie.
 
Wyjął ten chleb z lnianej torebki. Mama zbiera w niej resztki pieczywa dla łabędzi. Z parku obok nas. Wyjadam z zupy gotowane ziemniaki. Nie mogę więcej.
Mama nie wraca.
Ojciec wchodzi do kuchni po latach machania nogami pod stołem. Po godzinach dmuchania w okruszki, z lewej i z prawej. Chleb nieruszony. Zupy tyle samo, tylko bez ziemniaków.
 
– Zjadłam same ziemniaki, bo nie mogę tej zupy jeść.
 
– Jedz, natychmiast. Masz zjeść. Już ja dopilnuję, nie ruszysz się stąd. Dopóki tego nie zjesz!
 
Nos, oczy, uszy, włosy, wszystko w nim jest takie samo jak słowa, jednostajny ton. Opiłowane z miękkości.
Siada obok mnie. Nie jem. Wiem, że cisza się skończy. Spadnie bomba.
 
– Nie będziesz żreć?
 
– No nie mogę, no...
 
– To ja ci pomogę zaraz... Masz zjeść wszystko, do czysta, krowo jedna!
 
Zabiera mi łyżkę, nabiera zupę. Drży mu ręka. Wsuwa mi zupę między dziąsła.
 
O nie! Na pewno nie dam mu się karmić na siłę. Żeby jeszcze się uśmiechnął? Tymi zębami. Obleśnymi, żółtymi. Od kawy i papierosów. Żeby pokazał, jaki jest zadowolony i silny. Bo potrafi mnie zmusić. O nie.
 
Wciska mi kilka łyżek. Mocno i wciąż silniej. Naciska łyżką na moje zęby. Kiedy otwieram usta, przekrzywia łyżkę. Zupa oblewa mi brodę. Trzonek łyżki odskakuje. Ekscytuje mnie to. I boję się. Że Ojciec wreszcie uderzy. Rośnie ciśnienie rozgrywki.
Mam już bluzkę w zupie. Kapie na spodnie. Ojciec wstaje.
 
– W takim razie drugie danie zjesz, ścierwiaku. Albo ci tak złoję dupę, że popamiętasz. Ja nie jestem mamusia. Ze mną nie ma fanaberii!
 
Przykłada palec wskazujący do czubka mojego nosa.
Do talerza z zupą nakłada ziemniaki z obiadu. Kotlet. Smażone buraczki. Uwielbiam ten zestaw. Biorę widelec. Zgarniam z wierzchu. Ziemniaki i buraczki. Omijam kotlet umoczony w krupniku i resztkę buraczków zmieszaną z kaszą z zupy.
Ojciec stoi za plecami. Patrzy. Czuję jego wzrok zza okularów.