Przymierzalnia

Jerzy Franczak
Przymierzalnia
  • Korporacja Ha!art
    Kraków 2008
    110x180 stron
    232 strony
    oprawa miękka
    ISBN 978-83-89911-71-1

Bohater książki Jerzego Franczaka jest – jak autor książki – młodym, zdolnym poetą i pisarzem mieszkającym w Krakowie. Autor jednak wyraźnie dystansuje się od swej postaci literackiej, biorąc jej egzystencję w ironiczny nawias. Głównym kłopotem Jurka z Przymierzalni jest brak wyrazistej tożsamości i skrystalizowanych planów życiowych, bycie pisarzem jest bowiem dziwaczną profesją: skazuje na nieustanne opracowywanie własnego życia przy pomocy środków literackich, opowiadanie go, co oznacza zawsze – przenoszenie z domeny realności w świat fikcji, gdzie za nic nie trzeba do końca brać odpowiedzialności, a rzeczy i ludzie w każdej chwili mogą zostać poddani korekcie, karykaturującemu przerysowaniu lub wręcz anihilacji.
Jurek żyje wśród kolegów i koleżanek równie jak on borykających się z nierzeczywistością otaczającego ich świata i z sztucznością ról, które odgrywają. Można powiedzieć, że wszyscy przebywają w tytułowej "przymierzalni". Wypróbowuje się tam gotowe osobowości-maski, które wymienia się w daremnym poszukiwaniu tej, która by "pasowała” do twarzy. Jest to w jednej chwili problem egzystencjalny – i przednia zabawa literacka, bo maski to jednocześnie czynne w środowisku literatów i miłośników literatury zbiory języków i cytatów. Dlatego Jurek, znalazłszy na pewien czas pracę w wydawnictwie, może "poprawiony" przez Gombrowicza w prowokacyjnej książeczce O Dantem tekst Boskiej Komedii "poprawiać" na nowo – przywracając mu poprzedni kształt.
Nie zawsze jednak zabawy literackie i przebieranie w maskach są tu działalnością jedynie ludyczną: Jurek, jego dziewczyna i koledzy borykają się z autentycznym głodem rzeczywistych wartości i z niemożnością przeżywania świata na serio, a jeśli nawet Przymierzalnia skojarzy się komuś z książkami nurtu "banalizmu", to pytania, jakie się w niej zadaje, do banalizmu nie przystają – bliżej już od nich do bardzo starej i bardzo poważnej filozoficznej kwestii: "jak żyć?".

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Dla kogo piszę te słowa? Trochę jakbym mówił do siebie albo cudownie podzielił się na dwoje, na mnie i na niego – jakiegoś innego mnie, dziwnie znajomego, jak prezenter „Wiadomości”. Za każdym słowem kryje się jakiś „ty”, ale nie mogę zaczepić go i poprosić o ogień. Mogę tylko mówić o sobie, krygować się, przymierzać mniej lub bardziej niewygodne stroje. Zawierać przymierza z tymi, którzy we mnie wierzą. Sporządzać za każdym razem inny testament.
„Wszystkie moje dobra ruchome i nieruchome przekazuję fabryce ręczników Jutrzenka w Oświęcimiu oraz Zakonowi Księży Misjonarzy w Sobiborze”. Kilka słów skreślonych niezdarnie, po omacku, i już moje życie ma sens. Jestem wybawiony od  nieporządku, wyzwolony z zamętu – wszystko, co robię, jest ofiara dla ludzkości.
Ale ludzkość śpi, nie ma ludzkości. Zostały po niej parki pełne trutek na szczury, budki telefoniczne, puste ulice i mieszkania ukryte przed światłem Księżyca za zatraśniętymi okiennicami.
Pusto i cicho, jakby nie wymyślono jeszcze człowieka.
Czas zaczynać.
 
Jak wiadomo, aby napisać książkę swojego życia, trzeba przede wszystkim umieć pisać. Trzeba wiedzieć, jakimi słowami przekonać czytelnika, że się istniało. – No dobrze – powiesz – a gdybyś tak zapomniał na chwilę o wszystkim i zdał się na własną pamięć? – Mogę się zdać – ja na to – ale poradź mi łaskawie, jak mam opowiedzieć zakamarki mojego pokoju, w które wpychałem przewiązaną czepkiem głowę? Albo galop cienistym korytarzem pomiędzy podkowami światła? Albo mój strach, kiedy ciemność, czająca się jak dotąd pomiędzy kratami łóżeczka, spada na pościel ciężkimi, wężowymi splotami? Jak to możliwe, że nie pamiętam chwili, w której dokonałem największego mojego odkrycia: że ja to ja? Pamiętam taką scenkę: idziemy, zdaje się, wzdłuż morza. Co chwilę podnoszę do góry obie nogi, a ogromne dłonie, których się trzymam, przenoszą mnie nad kałużą albo rozpadliną. Przyznaję: nie wiem, kiedy to się działo, nie wiem gdzie i czy w ogóle, nie wiem też, czy ma to jakiekolwiek znaczenie.
– Jakie jest moje najstarsze wspomnienie – o to chciałeś zapytać? Co było najpierw? Najpierw był wyjazd ojca. To najstarsze wspomnienie, jakie potrafię przywołać i ubrać w słowa. Trudno powiedzieć, czy naprawdę pamiętam tamten wieczór, czy wmówiłem go sobie, słuchając opowieści mamy. Z pewnością jest to jedno z tych w pełni już uświadomionych przeżyć, które potrafię ułożyć w spójną historię: nocna jazda taksówką, żółte, rozkołysane latarnie rozmywające się na szybie, do której przyklejam czoło, szarady szklanych drzwi, lotniskowych antresol, taras, wychodzący na płytę startową – stoimy na tarasie i machamy wzbijającym się w powietrze samolotom. Chce mi się spać – jest zimno – mama trzyma mnie za rękę silniej niż zwykle, tata podnosi mnie z przeciągłym sapnięciem, całuje w oba policzki i odstawia na ziemię. Siedzę na poręczy i patrzę: samolot robi dwa kółka i odlatuje, maleje, niknie, mruga jeszcze przez czas jakiś, aż ginie pośród innych gwiazd. Na jego miejscu świeci jasno ogryzek Księżyca – ręka boli od machania – mama szamocze się z torebką, szuka chusteczek.
Powiesz, że to niewiele, zaledwie garść obrazów niepewnych, rozmydlonych, zdrobnionych częstym ich przywoływaniem i korygowaniem. Pamiętam jednak dobrze: byłem przekonany, że tata poleciał na Księżyc. – Poleciał tam pracować – mówiła mama. – Żebyśmy mieli co jeść. Od tej pory na Księżyc mówiłem „Kanada”. Gdy wyglądałem nocą przez okno, czułem się obserwowany – wyobrażałem sobie, że tata leży w hamaku i patrzy na mnie z góry. Wkrótce jednak zapomniałem, jak wyglądał. Księżyc niczym wielkie oko turlał się po niebie i patrzył na mnie nadal, ale jakoś inaczej, powiedziałbym: sam za siebie, choć stała za nim siła, obca i dziwnie znajoma. Innym razem wydawało mi się, że ta świetlista tarcza kryje za sobą jakieś lejkowate głębiny, korytarze – słyszałem niemal, jak huczy za nią czarna kręgielnia! To znowu nabrałem pewności, że gdybym otworzył okno, wspiął się na czubki palców, dosięgnął Księżyca i obrócił go – zobaczyłbym jego prawdziwy czworoboczny kształt.
Nie zdziwi cię chyba, że ledwo składałem litery, już pokochałem astronomię. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczęło się jakiegoś samotnego popołudnia, kiedy to, szukając zaginionej resorówki, zbłądziłem do domowej biblioteki: w oczy rzucił mi się grzbiet potężnej książki. Na połyskliwej, oprószonej gwiezdnym pyłem obwolucie widniał wybity masywną czcionką tytuł: Niebo na dłoni. Wziąłem ją na kolana i wertowałem z przejęciem. Czułem, jak po raz pierwszy budzi się we mnie wielkie uczucie. Zachwyciło mnie rozpasanie supernowych, rozmach opasanych pierścieniami planet olbrzymów, polot komet, błądzących po nikomu nieznanych ścieżkach, pstrokacizna mgławicowych rozlewisk, wielokształtnych zawiesin wprawionych w nieodmiennie czarne passe-par-tout... Była w tym magia, jakieś czarnoksięstwo, które natychmiast zajęło miejsce mitu o tacie. Teraz tak to widzę – wtedy wszystko mi się mieszało: nie starałem się nawet tego pojąć, zgłębiałem tajemnice galaktyk spiralnych, podczas gdy Kanada świeciła mi w okna, srebrząc zasłony falujące w wieczornej ciszy...