Bambino

Inga Iwasiów
Bambino
  • Świat Książki
    Warszawa 2008
    130x214
    350 stron
    ISBN: 978-83-247-1261-8

Bambino jest  opowieścią o ludziach i miejscu. Właściwie - miejscach. Jednym z nich jest bar mleczny "Bambino", w którym spotyka się czwórka głównych bohaterów powieści. Drugim - cały Szczecin i okolice, miasto mocno przeorane przez historię, do którego ściągali po wojnie ludzie z rozmaitych miejsc Polski. Losy czwórki bohaterów możemy śledzić począwszy od czasów przedwojennych aż po rok 1980. Marysia urodziła się na Kresach południowo-wschodnich w wielodzietnej rodzinie. Po wojnie wraz z całą rodziną repatriowała się do Polski. Osiedli na pomorskiej wsi, ona jedyna zdołała wyrwać się do miasta, gdzie została pielęgniarką. Tam poznała Janka (i wyszła za niego za mąż), bękarta z poznańskiej wsi, porzuconego przez matkę, który później próbował zrekompensować sobie lata poniżeń, decydując się na pracę w bezpiece, co koniec końców doprowadziło do rozpadu jego małżeństwa. Anna pochodzi z Gorlic, skąd właściwie uciekła przed nazbyt surową matką i obojętnym jej ojczymem. Z trudem ukończyła studia, w późnym wieku wyszła za mąż, wyłącznie z rozsądku, za starszego od niej kapitana marynarki handlowej. Ula jest z pochodzenia Niemką, jako jedyna z głównych bohaterów urodziła się w Szczecinie. Wojna sprawiła, że praktycznie straciła kontakt z rodziną, co spowodowało, że została w mieście, próbując żyć jak zwyczajna Polka. Jej niezbyt ognisty związek ze Stefanem, Żydem ocalonym z Zagłady, jedynym mężczyzną, z którym chciała być, przerwała brutalnie historia, bo Stefan zostaje w roku 1968 zmuszony do opuszczenia kraju.  
Iwasiów kreśli historie życia konkretnych ludzi, mocno osadzone w społeczno-historycznym tle, które jednak układają się w jeden wzorzec ludzkiego losu: ludzi pokaleczonych, bezskutecznie zmagających się z traumami, bolesnymi wspomnieniami z przeszłości, które w efekcie powodują, że wszyscy oni ponoszą klęskę, tracą swoje życiowe szanse, czują się niespełnieni i zwyczajnie nieszczęśliwy. Bambino jest przede wszystkim powieścią o bolesnych konsekwencjach wykorzeniania i rozchwiania tożsamości. To rodzaj sagi rodzinno-miejskiej, która pozwala czytelnikowi lepiej zrozumieć Polskę i Polaków, a także samego siebie.

- Robert Ostaszewski

Fragment

MARIA, URODZONA 1940
Maria to w sobie nosi, zakładam. Obraz drogi, ale nie tylko. Coś, co stało się w trakcie. Coś pozostawionego daleko za sobą. Jak wszyscy inni, ma to coś w sobie, nitki zbiegają się, geny, przecinają, z kombinacji mogą wynikać różne rzeczy, a ja chcę się dowiedzieć, kim są oni, być może to właśnie moja historia, ale równie dobrze nie moja i niczyja. Pogrzebać w obrazkach, przebitkach, odpadkach. Nie ma się czego trzymać, żadnego albumu, żadnego dziennika.
Żadnej idei przewodniej, poza potrzebą. Opowieści raczej niezborne. Co sobie kto na swój temat wymyśli. Na temat postaci, którą jest. I życie, ot po prostu, ich albo czyjekolwiek. Przeszłe i trwające. Nic więcej nie mamy na ten temat. Ruch odśrodkowy, zachodzenie od tyłu, to samo, jednak bez widoków na tak samo. Matka wszystkich takich straconych złudzeń, Maria.
Zaczynam od Marii, bo pociąga mnie jej imię. Wszystkie kobiety mają na imię Ewamaria. Ta tym bardziej. Jakby z imienia została postawiona na początku i od razu, bardziej niż Ewa, mniej, oczywiście, wyznaczona, wybrana z tłumu, a przecież nikt jej tego nie obiecywał. Nikt, nazywając dziewczynkę, a właśnie tego pragnie, naznaczenia. Kusi i zaklina los, tak dając, bezmyślnie, dziewczynce na imię. To znaczy wyznaczona na pewno, jednak nie zapominajmy: Maria to w tej sytuacji pospolite imię. Tak zapewne ma na imię co trzecia bohaterka poczęta w interesujących mnie okolicznościach. Tych, które uważam za fragment obrazu drogi. Po prostu, nasze babki często tak miały na imię. Nie mam czym się chwalić, bo zobaczmy, co będzie z imionami i z nimi dalej.
Przywieźli ich dopiero w 1957 roku. Przywieźli. Wiózł ich pociąg, a najpierw ktoś pozwolił, wydał dokumenty, podstemplował im ich decyzję. Ich i tamtych wahanie, już, już podejmowaną decyzję, ale potem cofnięta ręka, odwrócone koło, stanie dalej przy tym samym płocie. Aż do tego, ostatniego momentu. I nie było wcale śmiesznie i bohatersko w tych – jasne, dziś mówimy „bydlęcych” – wagonach.
Ale wszyscy nimi jeździli, czego się spodziewać, wciąż było po wojnie. Cały tabor zużyty, salonki zużyte na co innego. Na wożenie ważnych ludzi, którzy podejmowali ważne decyzje. I nawet wagony 4 klasy. Wagony każdej klasy. W końcu do czego mieli ludzi ze wszystkim upakować? I jakie – kto, gdzie – woził bydło? Co oznaczało „bydło” w czasie, gdy te wagony opuszczały niemieckie, zwykle niemieckie, fabryki? Rosyjskie, radzieckie fabryki, inny rozstaw szyn, więc i osi, co mogłoby, co służyło wielu sentymentalno-symbolicznym wywodom. Więc podkreślanie, powtarzanie tego, że w bydlęcych... Do miasta, dalej, do większego miasta każde z nich, każda i każdy, jakimś kiedyś pociągiem jeździło. Gdyby porównać, co innego zaczyna znaczyć „bydlęcy”. Oni też podjęli swoją decyzję. Decyzję, której nie można traktować jako w pełni suwerennej. Trudno w ogóle mówić o decyzji. Tak, niech od tego się zacznie – trudno mówić o decyzji. Ona zaczyna się potem, można ją dorobić do zdarzeń. Palą ci dom, znów przyjdą po zboże, a nawet ziemniaków nie ma, od dawna nie ma też, jako takiej, pracy (może pracy, jako takiej, akurat nigdy nie było; praca, owszem, jako manifestacja tego, że jest, kiedyś nawet była), ogródek zryty do ostatniego ogórka, w szkole dzieci oduczają języka (przynajmniej tak o tym mówią, bo niedokładnie wiadomo, czy właśnie nie uczą, co też delikatne, języka, właściwego języka na przyszłość), sąsiadka z naprzeciwka coś musiała powiedzieć kochankowi enkawudziście, ma złość za jakieś dawne sprawy, może za obmowę, sąsiad z lewej coraz głośniej mówi, że to dziwne. Może złość z młodości, wracają z tańców, ona nie z tym, na którego miała ochotę. Za to ta... owszem, z tym, na którego ona... Jakieś normalne, wiejsko-podmiejskie, sprawy, każdy je zna, każdy doznaje, nie wiedząc w chwilę potem, co znaczą, tylko z odpowiedniego oddalenia mają wagę.
Że ich nie wywieźli na wschód, to dziwne. Że nie zabrali się stąd, to dziwne. Że sami nie wiedzą, czego chcą, to dziwne. Że tak siedzą tu, to dziwne. Że... Nie wiadomo najlepiej co lepiej. Jakiego używać języka. Z jakiego mieliby wywozić powodu. Gdyby spodobała się komu ich zagroda. Powody są zawsze z jakiegoś powodu. Więc od lat czekają na decyzję i sami muszą zdecydować, kim są bardziej. Którego dziadka raczej ukryć, którego wyeksponować. Który dziadek mógłby dać alibi, okazać się kapitałem.
Chociaż obaj, wstecz, pradziadkowie, rozgałęzieni aż po prawie mityczną przeszłość, wspomnijmy tu i o mitycznych pra-prababkach, jednak one zawsze umiały pożyczyć, mąki lub języka, czyli to dziadkowie zwykle okazują się decydujący, opoka epok badanych wstecz, nawet gdy legendarnie milczą, bo w milczeniu miałby być namysł, a naprawdę był zwykły autyzm, normalna, najnormalniejsza głupota, co parę pokoleń, albo w bocznych liniach poprzetykana talentem do opowieści, które jak zły gen służą gorszemu przetrwaniu, bo kto mówi, sam się może skazać. Dla pamięci synów i wnuków bezsprzecznie najważniejsi ci autystyczni i ci wymowni dziadkowie, także u córek tata to ho, ho! Dopiero był gościu. Nie wiemy dlaczego, co takiego tata mianowicie robił, przyjmujemy tę wiedzę od przeszłych pokoleń. Kim był ojciec i kim była matka. I oni, niespecjalnie pielęgnowana w chłopskiej czy podmiejskiej okolicy przeszłość, nagle wydobyta na światło dzienne. Języka uczymy się od matek, tylko co one nam mogły opowiadać w tych chatach z niską powałą i pamiątkowym oleodrukiem z Matką Boską-skądś tam? Co mogły mówić? Wolę nie słyszeć tych opowieści.
Spłowiałe zdjęcie prababci z pradziadkiem, sztywne pozy, a w tle, widoczna w zażółconej sepii, bieda. Przez tę zażółconą sepię biedę, a właściwie liszajowatość okolicy pokrytej bujną zielenią, jeszcze bardziej widać. Liszajowatość życiorysu. Biedę okolicy i ludzi, ich uroda należy nie wątpliwie do przeszłości, kiedy pozują do zdjęcia, lecz zakładać należy, że zawsze mogła być wątpliwa. Przez biedę, która nie dodaje niczego dobrego sylwetkom i rysom. Uroda może ujawniać się w dzieciach, dlatego tak często się mówi: „to cały tata”, „to mama jak była młoda”. W sprawie zasadniczej zaś nie ma co ukrywać, nie ma co mówić o tradycji. Poza tradycją miski kaszy.