Gesty

Ignacy Karpowicz
Gesty
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2008
    148x210
    240 stron
    ISBN: 978-83-08-04260-1

Do tej pory Ignacy Karpowicz dał się poznać jako prozaik, który przede wszystkim wyspecjalizował się w pełnych groteski, ironii i specyficznego humoru opowieściach o współczesnej Polsce (mam na myśli powieści Niehalo i Cud). W najnowszej książce, powieści Gesty, całkowicie zmienił konwencję i tonację - na zupełnie serio. I udowodnił - zaznaczę to od razu - że jest pisarzem niezwykle wszechstronnym, który radzi sobie świetnie z rozmaitymi stylami. Książka zawiera zapiski czterdziestoletniego bohatera, ukazujące głównie ostatnie miesiące jego życia, opatrzone krótką glosą (to także tytuł ostatniego rozdziału) przez jego licealną miłość, praktycznie jedyną kobietę, którą kochał i którą jeszcze jako nastolatek zostawił w chorobie. Grzegorz wchodzi w “wiek męski, wrota klęski”, jest wprawdzie wziętym reżyserem teatralnym i scenarzystą, ale zupełnie nie radzi sobie w życiu. Dręczy go bezsenność, dokuczają rozmaite traumy i fobie, ma toksyczne relacje z najbliższymi, nie potrafi zbudować trwałych związków z kobietami - w ogóle, zdaje się być typem mocno aspołecznym. Główny jego problem tkwi chyba jednak w tym, że nie wie, po co i jak ma żyć. Tak to między innymi tłumaczy: “Jestem dzieckiem moich rodziców, co oczywiste, oraz deficytu. Brakowało podstawowych produktów: mięsa, cukru, drożdży, papieru toaletowego, ale również zabrakło autorytetów i przykładów”. W innym miejscu zaznacza: “Moje życie wydaje mi się pozbawione treści. Dlatego staram się nadać mu formę” - reagując na to, co przynosi mu codzienność, wykonuje jedynie wystudiowane gesty, niczym aktor w kiepskim serialu (nie przez przypadek bohater pod koniec życia namiętnie ogląda tandetne seriale telewizyjne). Życie Grzegorza zmienia się nagle - i całkiem niespodziewanie dla niego - gdy, zaniepokojony telefonami od mieszkającej samotnie po śmierci męża matki, po latach postanawia odwiedzić ją w rodzinnym Białymstoku. Okazuje się, że matka jest ciężko chora, Grzegorz zostaje z nią. Próbuje przemyśleć, przepracować swoją przeszłość, uporządkować własne życie. Nie będzie mu jednak dane zbyt wiele czasu, dowiaduje się bowiem, że ma raka. Precyzyjna psychologicznie, poruszająca wiwisekcja “mężczyzny po przejściach”. W dwóch słowach: mocna rzecz.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Gdy

Gdy brat musiał przejść przez moje wyciągnięte nogi, mówił: „Zabierz te przeszczepy".
Gdy matka czegoś się bała, zaczynała jeść. Bardziej bała się o innych niż o siebie. Przed śmiercią ojca zbliżyła się do setki.
Gdy ojciec miał dobry humor i czas, brał mnie na barana.
Gdy miałem dobry humor, w myślach spędzałem czas z rodziną i przyjaciółmi.
Gdy Zuza zaczynała kogoś lubić, stawała się niemiła: na wszelki wypadek.
Gdy odwiedzałem babcię jako student, ona płakała ze szczęścia. Umarła z  odwodnienia. Nie przyjechałem na pogrzeb, byłem na stypendium za granicą.
Matka uznała, że nie należy mnie informować.
Gdy brat widział własną krew, mdlał.
Gdy matka widziała czyjąś krew, zaczynała precyzyjnie działać, zero paniki. Prowadziła jedną czynność do drugiej zimnym skalpelem, nacinającym tkankę rzeczywistości.
Gdy uświadomiłem sobie, że nie jestem bardzo zdolny, a tylko w porywach pracowity, chciałem skończyć z pracą.
Gdy umarł ojciec, pomyślałem, że zaczęli odchodzić moi przyjaciele. Zawstydziłem się: ojciec nie był moim przyjacielem. Przyjaciół można wybrać.
Gdy po raz pierwszy odwiedziłem Kasię w szpitalu, myślę, że ona już wiedziała.
Gdy patrzę w przyszłość, widzę tylko nagrobek rodziców.
Gdy patrzę w przeszłość, widzę przyszłość.
Gruczoły
Pot, łój i mleko, ślina, śluz i żółć. Chyba nic ponad ludzkie ciało, kompletne i zamknięte, nie potrafi z siebie wykrzesać. Jeszcze dźwięk ze strun głosowych. Czasem krew z nosa, z płuc, w moczu; wybrańcom otwierają się stygmaty. Jeszcze łzy.
„Kogo zaprosisz na urodziny?", zapytała matka następnego dnia powtórnie. Nie wiem, jak rozumieć to pytanie. Czy jest machinalne (grudniowy udar)? Bezrefleksyjne (matka zapomniała, że w Białymstoku nie mam przyjaciół)? A może złośliwe („Brata” - brzmiałaby najwyżej punktowana odpowiedź)?
„Pawła", odpowiadam.
„Pawła", powtarza matka jak echo. Cierpkie echo.
Już w szpitalu, po drugiej stronie, złapawszy gumę, postanowiłem, że będę myśleć krótko, nie więcej niż zalecana dawka. Nie dam porwać się zdaniom, uprowadzić słowom: pozostanę wierny pierwszej miłości, wymuszonej - sobie. Potem, nie wiem kiedy, niedługo, przymuszę się do podsumowania. Treść podsumowania znam. Pozostają wnioski. Wniosków nie znam. Na wnioski już za późno.
Człowieka rozbierano na różne sposoby. Najprostszy rozbiór ograniczał się do odzienia (gra w butelkę, na przykład). Nieco bardziej skomplikowany wprowadzał dwójpodział: dusza i ciało. Nieco starszy i szlachetniejszy rozbiór, zbyt skomplikowany w konsumpcyjnym świecie, zaprojektowanym (na własną zgubę, co stwierdzam z Schadenfreunde) przez rzymski katolicyzm, upadł, bo wymagał giętkiego, scholastycznego umysłu. Myślę o trójpodziale człowieczym: ciało, dusza i duch.
Duch jest najbardziej tajemniczy, jest oczywistością i koniecznością przenikającą każde ciało. Duch jest większy niż osoba, ale kształtowany na jednostkowy sposób. Ducha nie widać. Przypomina powietrze, stale obecne. Nieobecność ducha prowadzi do bezdechu, śmierci bolesnej i pozbawionej prawa do kasacji wyroku: Niebieski Trybunał się nie zbierze.
W XX wieku rozbieranie człowieka postępowało: najpierw do bikini, potem ze skóry, totalitaryzmy puściły duszę z dymem, milionami. Zwyciężyli holiści: mistrzowie intelektualnego puddingu, panowie uproszczenia. Duszę wygoniono z ciała. Przetrwała w zdaniach, jako podmiot, na przykład, jako rzeczownik archaiczny. Duszy się nie używa, nawet ta widzialna, z żelazka, stoi na strychach i w muzeach.
Obok skłonności hipochondrycznych wykazywałem inklinacje do solipsyzmu. Solipsyzm, weryfikowany przez osoby i zdarzenia, przez rachunki i stan konta, nie mógł rozwinąć się w stopniu przynoszącym nosicielowi ulgę. Solipsyzm pozostał kuszącą wizją, nieosiągalną i - bywało - skłaniającą ku melancholii.
Chyba jedyną pozostałością solipsyzmu jest przekonanie, dość absurdalne, że ludzkie ciała produkują nie tylko energię elektryczną niby dwunożne baterie - myśl nie istnieje bez prądu: totalne zaciemnienie to doskonałe pustkowie, pustynia, na której urządzenie braknie pomysłów - ale także czas. W ludzkim ciele musi istnieć jakiś organ, po trzydzieste siódme, organ ciągle czekający na odkrywcę, gruczoł, który produkuje czas. Ciała produkują czas. Im więcej ciał, tym więcej czasu. Im więcej czasu, tym mniejsza szansa na spożytkowanie czasu. Ów temporalny gruczoł w moim ciele zaczął szwankować jakiś czas temu. Nie zauważyłem momentu, jeśli taki moment w ogóle wystąpił, gdy coś z czasem zaczęło być nie w porządku. Płynie skokami, od zdarzenia do zdarzenia, zawiesza się jak system operacyjny na długie tygodnie: widzę wtedy niebieski ekran śmierci - błąd krytyczny, nie ma praktycznie żadnych szans na odzyskanie danych z pamięci RAM; co dowcipne, akronim RAM oznacza pamięć o dostępnie swobodnym. Trzeba zresetować świat. Reset jest słowem, które wyparło starsze-reinkarnację.