Fabryka muchołapek

Andrzej Bart
Fabryka muchołapek
  • W.A.B.
    Warszawa 2008
    123 x 195
    248 stron
    oprawa twarda
    ISBN 978-83-7414-513-8

We wrześniu 1939 roku Niemcy wyznaczyli na prezesa łódzkiego Judenratu Chaima Rumkowskiego. Rumkowski – żydowski przedsiębiorca, świetny administrator – w szybkim tempie przekształca biedne i przeludnione łódzkie getto w perfekcyjnie, choć nieludzko, zorganizowaną przestrzeń produkcyjną. Prezes walczył o przetrwanie większości, więc zawsze wybierał „mniejsze zło”: kiedy Niemcy żądali zwiększenia produkcji, zwiększał; kiedy zażądali oddania chorych do transportu – oddał; kiedy zażądali wydania dzieci do 10 roku życia – wydał. Sądził, że ekonomiczna przydatność Żydów będzie jedyną kartą przetargową – silniejszą od niemieckiego antysemityzmu i holokaustowych planów.
Getto łódzkie istniało więc, gdy wszystkie pozostałe dzielnice żydowskie w Polsce już dawno zlikwidowano. Uratowało się z niego około dziesięciu tysięcy Żydów – więcej niż z jakiegokolwiek innego na terenie Polski. Rumkowski osiągnął zatem wiele, choć trzeba pamiętać, za jaką cenę. Zmuszał do nieludzkiej pracy wszystkich; nie potrafił oprzeć się własnej pysze i pokusie bogactwa, więc korzystając z pozycji, pozostawał niesolidarny względem bliźnich, którzy przymierali głodem.
Powieść Andrzeja Barta finezyjnie skonstruowana relacja z procesu Chaima Rumkowskiego. Wszyscy uczestnicy procesu – sędzia, oskarżyciel, obrońca, ławnicy – są Żydami. Wyrokiem sądu Rumkowski zostaje skazany na „wieczne zapamiętanie go takim, jakim był” – nadętym głupcem, któremu próżność kazała uwierzyć we własną wyjątkowość i w misję ocalenia Żydów.
Oczywiście, proces taki nigdy się nie odbył. Ale Bart doszedł do wniosku, że wszyscy, którzy z Rumkowskim się zetknęli, ci, którzy żyli w getcie łódzkim i którzy odjechali do Treblinki, mają prawo wypowiedzieć swoje zdanie na temat Prezesa. Dzięki temu groteskowy  proces stał się okazją do konfrontacji pamięci i do odsłonięcia ambiwalencji moralności w czasach Zagłady. Co dla jednych współpracowników Rumkowskiego było zdradą, dla innych okazało się ocaleniem.

- Przemysław Czapliński

Fragment

– O smutnych sprawach będę dzisiaj przemawiać. Dlatego życzę sobie, aby słowa moje trafiły głęboko do przekonania nowej gettowej ludności. Jeżeli nowo przybyli nie zechcą czy też nie potrafią przystosować do wymogów życia w getcie, to będę zmuszony zastosować wobec nich środki, które ich do naszych warunków dostosują. Nie pozwolę, by wniwecz poszły osiągnięcia syzyfowej pracy półtorarocznej autonomii getta. Chcę, abyście dobrze sobie zapamiętali, że wszystko zrobiłem, aby zapobiec możliwości przelewu krwi, a mimo to ciągle prowadzi się ze mną bezmyślną walkę. Nie rezygnuje się z żadnej okazji dokuczenia mi, choćby półsłówkami czy szeptem. Nigdy nie przypuszczałem, że wygnańcy, którzy do nas przybyli i zastali nas w tak strasznie ciężkiej sytuacji, zdobyć się mogą na tak nieprawdopodobną butę i bezczelność...
Regina zobaczyła na ekranie zdjęcia przemawiającego Chaima. Była wtedy przy nim i pamiętała, że nie wyglądał tak strasznie, jak na tych fotografiach.
– ...Ci, którzy przybyli, chcieliby może uczynić z nas swoich niewolników, a my dosyć tutaj mamy własnych naszych przedwojennych inteligentów. – Wilski prawie krzyczał. – Ten „artykuł” tu w getcie nie jest aktualny. Tu trzeba wziąć się do pracy potrzebnej ogółowi, do rzemiosła i do prostej fizycznej roboty. Rozumiem doskonale, że od tych perspektyw wolelibyście przyjemne popołudniowe spacerki dorożką. Pamiętajcie, że takiego stanu rzeczy tolerować nie będę!
Z niechęcią musiała przyznać, że miał zdolności aktorskie, bo przemawiał tak sugestywnie, że kilka osób zaczęło się chować jeden za drugiego.
– Panie sędzio, proszę o wzięcie w obronę publiczności. Oskarżyciel straszy, a oni dość już się bali w życiu. – Bernstein uniósł się w krześle.
– Oskarżyciel tylko cytuje pańskiego klienta. Proszę dalej...
– Dziękuję, panie sędzio. –  Wilski zaczął czytać jeszcze groźniejszym tonem: – Tu w getcie radcostwa dworskie trzeba sobie raz na zawsze z głowy wybić. Siostry i bracia, przyznaję się do winy wobec was. Okazuje się, że byłem niepoprawnym marzycielem. Raczej nie przed Cyganami w getcie trzeba mi się było bronić, lepiej było umieścić ich tutaj chociażby ze dwadzieścia tysięcy zamiast przybyłych Żydów. Opamiętajcie się! Przed opresją nie uchroni nawet tytuł tajnego radcy. W dzisiejszych czasach tytuły nie odgrywają najmniejszej roli. Wielu z was ustosunkowuje się do pracy negatywnie. Mówicie sobie: po cóż mamy pracować, kiedy można żyć ze sprzedaży rzeczy lub z przywiezionych zasobów pieniężnych. A ja was nauczę pracować i przyzwoicie się zachowywać, a przede wszystkim odzwyczaję was bezczelności!
Na sali zrobiło się cicho, nie na długo jednak, bo obrońca zerwał się na równe nogi i wykrzyknął:
– I cóż ma wynikać z tego aktorskiego popisu? Nie sądzę, aby przysięgli po tych ojcowskich ostrzeżeniach uwierzyli w złe intencje pana prezesa. Owszem, widać kompleksy, a nawet pewną chęć odegrania się na tych ludziach. Jednak czy pan prezes nie miał racji, obawiając się, że wsiedlenie Żydów z Europy zaszkodzi jego wizji przetrwania?
– Kiedy kilka miesięcy później, na początku 1942 roku – oskarżyciel nie zwlekał z odpowiedzią – Niemcy zaczęli wywózkę do gazu, Rumkowski wybrał na pierwszy ogień element przestępczy i pobierających zasiłki, a potem blisko dziesięć tysięcy nowo przybyłych, a wśród nich profesorów, tuzy nauki światowej, ich żony i dzieci, a zatem ludzi, którzy może nie umieli robić butów albo czapek, ale mogliby być wzorem dla swoich łódzkich braci.
– Do tego jeszcze dojdziemy – powiedział sędzia.
– Przepraszam, panie sędzio, ale muszę odpowiedzieć teraz. Pan oskarżyciel raczył sobie zażartować. Chciałby, aby najpierw wysłać z Łodzi ludzi ciężkiej pracy, dzięki którym getto trwało, a oszczędzić przybyszów wykształconych. Zapytam teraz tych z państwa, którym los nie dał możliwości nauki, czy według nich powinni iść do gazu w pierwszej kolejności.
– Dosyć. Proszę mi tu nie robić głosowania. – Sędzia zarecytował stanowczo. – Poproszę teraz na świadka doktora Ulricha Schulza z Pragi.
Do pulpitu przecisnął się starszy elegancki mężczyzna w binoklach, który siedział trzy rzędy za Reginą. Nigdy o nim nie słyszała, więc była ciekawa, co powie. Sędzia chyba także, bo wskazał na ekran z prześcieradła, na którym ukazał się plakat oznajmiający po niemiecku i hebrajsku o zastrzeleniu doktora Ulricha Schulza z Pragi za stawianie oporu policji.
– Czy to o pana zastrzeleniu donoszą te obwieszczenia?
– Wątpię, aby w getcie był inny Ulrich Schulz z Pragi.
– Proszę opowiedzieć, jak do tego doszło.
– To proste, nie chciałem się dać wywieźć z getta.
– Dlaczego? Przecież nie mówiono ludziom, że jadą na śmierć.
– Rozumowałem prosto. Jeżeli jako nieproduktywnych wyrzucano nas razem z przestępcami, to należało się spodziewać pogorszenia naszej sytuacji. A gorszą sytuacją mogła być według mnie tylko śmierć. Dlatego nie zgłosiłem się do punktu zbiorczego. Policja niemiecka znalazła mnie i zaczęła szarpać. Aby to jak najszybciej zakończyć, spoliczkowałem najstarszego stopniem. Strzelił więc...
– Jak wszyscy widzimy, komunikat o tym zajściu podpisał prezes Rumkowski. – Obrońca wstał i udawał, że przygląda się podpisowi. – Czy pan prezes był obecny przy tym zajściu?
– Skądże, po prostu do jego obowiązków należało podpisywanie wszelkich niemieckich komunikatów.
– A więc nie obwinia go pan za swoją śmierć?
– W najmniejszym stopniu.
– Nie mam więcej pytań.
– Dziękuję panu i przepraszam, że fatygowaliśmy na tak krótko – powiedział obrońca nie wiadomo w czyim imieniu.
– Z przyjemnością stawię się na każde żądanie. – Schulz ukłonił się i ruszył w kierunku drzwi zamiast wrócić na swoje miejsce.
Wilskiemu coś się nagle przypomniało, bo uderzył się w czoło i krzyknął: – Jeszcze tylko jedno pytanie! Pan przebywał w getcie niecałe trzy miesiące. Wiem, że to mało, aby wyrobić sobie opinię, lecz sytuacja była szczególna. Czy mimo tak krótkiego czasu, mógłby pan w jakiś sposób scharakteryzować pana prezesa?
Schulz dość długo zastanawiał się nad odpowiedzią, ale w końcu poprzestał tylko na jednym słowie, po którym skłonił się raz jeszcze i wyszedł.