Lidia z Kamerunu

Wojciech Albiński
Lidia z Kamerunu
  • Wydawnictwo Książkowe Twój Styl
    Warszawa 2007
    110x185
    248 stron
    ISBN: 978-83-7163-446-8

Lidia z Kamerunu jest już czwartym zbiorem afrykańskich opowiadań Wojciecha Albińskiego. Pisarz konsekwentnie odkrywa kolejne fragmenty tworzonego przez siebie obrazu współczesnej Afryki. Jednak ci czytelnicy, którzy w tego rodzaju prozie szukają przede wszystkim egzotyki, mogą po lekturze Lidii z Kamerunu czuć się zawiedzeni. Albiński w dużej mierze skupia uwagę na uniwersalnych problemach, z którymi borykają się ludzie mieszkający nie tylko na południowych krańcach Afryki, ale także na innych kontynentach. Pisze o inżynierze w średnim wieku, który po zwolnieniu z pracy musi zapanować nad lękiem o swoją przyszłość i na nowo ułożyć sobie życie (opowiadanie “Nowa, nieoczekiwana kariera”) czy o młodym architekcie, który poddając się naciskom ambitnej, lubiącej wygodne i wystawne życie narzeczonej, aby zdobyć pieniądze, wikła się w układy z podejrzanymi, niebezpiecznymi ludźmi (“Antylopa szuka myśliwego”). Co - oczywiście - nie znaczy, że pisarz całkowicie rezygnuje z prób przybliżenia czytelnikowi specyfiki i problemów Czarnego Lądu. Przedstawiając losy prezydenta małego afrykańskiego kraiku, przybliża mechanizmy władzy (opowiadanie tytułowe). Pisze również o krwawych waśniach plemiennych i ich smutnych konsekwencjach (“Kto z państwa popełnił ludobójstwo?”). A w opowiadaniu “Czekając na Rosjan” - chyba najlepszym w całym zbiorze - stara się - by tak rzec - dotknąć duszy rdzennych mieszkańców Afryki, opisując wstrząsającą historię samozagłady plemion Xhoza. Przy czym, co warte jest podkreślenia, Albiński nie ocenia, nie poucza, nie moralizuje, przedstawia jedynie rozmaite ludzkie przypadki, starając się ukazać afrykańską rzeczywistość w całym jej pokomplikowaniu. A wszystko to w prozie pozbawionej wprawdzie językowych fajerwerków, ale za to niezwykle klarownej i zdyscyplinowanej. Rzecz ujmując krótko - kawał dobrego pisarstwa.

- Robert Ostaszewski


Fragment

To właśnie na tych wzgórzach urodził się Jerry Fox. Dwie gliniane chaty stały na zamiecionym klepisku, goły chłopiec bawił się z psem, a nad nim zwieszały się liście bananowca.
Jego ojciec był sierżantem w kolonialnej armii. Chodził w szortach koloru khaki i w tropikalnym hełmie. Odniósł dwie rany, otrzymał dwa krzyże, witał rekrutów krótkim przemówieniem, które kończyło się komendą: padnij. Dumny był ze swojego munduru z surowego płótna, mosiężna klamra zdobiła wyświecony pas. W salonie, na kredensie, błyszczała zastawa do herbaty. Matka Jerry'ego raz na dwa dni nadawała filiżankom świeży połysk.
Edukacja chłopca zaczęła się wcześnie, posłano go do szkoły St Mark. Była to szkoła prowadzona przez misjonarzy, uczniami byli hindusi i biali, przeważali Afrykańczycy. Dzieci wyższych urzędników wysyłano do szkół do Anglii, lecz St Mark w Kolonii był także wysoko ceniony. Rugby, tenis i ćwiczenia charakteru były równie ważne jak lekcje fizyki. Po maturze ojciec dyrektor zapytał chłopca, jaką karierę chciałby obrać. Jerry przyjął postawę na baczność i odpowiedział: „Wojskową”. Jego własne świadectwa, a także długa służba ojca, spowodowały, że opłacono mu studia.
Pierwsza podróż okrętem, nowe otoczenie, mgliste ranki spędzane na ćwiczeniu musztry. Potem lekcje taktyki, nowe metody dowodzenia plutonem, automatyczna broń. Z punktów dowodzenia kadeci widzieli, jak palą się czołgi na polach prawdziwych bitew.
W szkole oficerskiej żywe były snobistyczne wątki, które Jerry Fox sprawnie wychwytywał. Dla potrzeb towarzyskich swą rodzinę przedstawiał jako hacjenderos, a ojca mianował pułkownikiem.
Gdy przygnieciony ekwipunkiem, obwieszony bronią, piął się na błotniste pagórki, napadały go uczucia zniechęcenia i wściekłości. I cały czas przychodziły listy z domu: ,,Synu, musisz wytrzymać''.
Jerry Fox wrócił do Afryki w randze porucznika. W miesiąc później był już kapitanem. Przydzielono mu kompanię czwartą, w całości złożoną z czarnych ochotników. Ćwiczeni od pół roku przez sierżanta Foksa, nie kryli radości, że wyjadą w pole.
W pałacu Gubernatora, w czasie narady wyższych oficerów, Jerry Fox otrzymał teczkę z rozkazami. To, co przeczytał, zdziwiło go. Spokojna na pozór Kolonia żyła w stanie ostrego zagrożenia. Począwszy od nastrojów wśród miejscowej elity... Ludzie, którzy Imperium zawdzięczali swój dobrobyt, należeli do klubów, pełnili odpowiedzialne funkcje, teraz chwiali się w lojalności do Korony. Śledzili wydarzenia w sąsiednich krajach, marzyło im się Uhuru. Na upomnienia odpowiadali: ,,Po swojemu będziemy się rządzić... Mamy prawo do własnych błędów''.
W tysiącu egzemplarzy rozchodziło się pismo otwarcie nawołujące do buntu. Jego redaktor, niejaki Gomo, trzy razy stawał przed sądem. Dzięki Sprytowi i lukom w prawie wykręcał się od poważniejszych kar.
Ale to nie nastroje wśród zamożnej elity stanowiły największe zagrożenie dla Kolonii. Północne prowincje opanowała Armia Pana Boga. Kto ją tak nazwał? Dlaczego Pana Boga? Może dlatego, że Chrystus kochał dzieci, a przywódcy tej armii także mieli słabość do maluczkich. ,,Dzieci to dobry żołnierz”, „często powtarzali. ,,Sprytny i zdyscyplinowany".

Jerry Fox przesunął swoją brygadę na północ. Rozesłał tajnych wywiadowców. Na mapę nanosił pozycje wroga, opuszczając namiot choćby na minutę, zwijał tę mapę i zamykał ją w żelaznej skrzynce.
Szybko odkrył, że partyzanci popełnili błąd. Zamiast roztopić się wśród miejscowej ludności i zakopać broń, utworzyli jedno, silne zgrupowanie. Zapadli w grząskich rozlewiskach, liczyli, że tam ich nikt nie wytropi. Rozumowali, że to jest ich kraj, i tylko oni znają strategiczne przejścia. A poza tym czekali na dostawy broni, podobno transport już wyruszył z Libii. Dla zabicia czasu ćwiczyli dzieci w sztuce wykręcania zapalników i rozbrajania przeciwpancernych min.
Obozowali w zakolu rzeki, pod koronami wysokich drzew zbierała się poranna mgła i dymy z ognisk. Prowadziła tam kręta, błotnista droga, zamknęli ją systemem wzmocnionych pozycji. Szybkostrzelne działka zamontowali na land-roverach, wykopali doły-pułapki i wypełnili je prętami bambusa. Nie wiedzieli, że nad ich głowami już latał samolot, a w laboratoriach wywołano zdjęcia.
Jerry Fox sam opracował plan ataku. Nocą mieli popłynąć łodziami i po cichu wydostać się na zarośnięty brzeg. Odległość trzech mil do obozowiska wroga przebędą szybkim, ubezpieczonym marszem. Zawezwał do swego namiotu angielskich doradców, majora Wrighta i kapitana Warrena. Oficjalnie nie podlegał im, ani oni jemu, spełniali rolę oficerów łącznikowych.
Naftowa lampa kołysała się nad stołem, Jerry Fox wskazał na rozłożoną mapę. Przypadli do niej, jak do cennej zdobyczy, rozpoznali znaki i symbole. Gospodarz przedstawił im swój plan.
- Jezus! - zawołał Warren. - To się nie może nie udać!
Zderzyli się szklankami czystej whisky, pewność sukcesu uderzyła im do głowy. Pochylili się nad mapą, studiując szczegóły.
- Ci w zakolu zostaną odcięci – zauważył Wright.
- Zniszczymy im łodzie.
- Nie przepłyną rzeki pełnej krokodyli?
- Na to liczę.
- Złożą broń? Czy zmienią front?
Jerry Fox podejrzliwie spojrzał na Anglika.
- Co zrobisz z tymi, którzy się poddadzą? - pytał Wright. - Chyba ich nie potopisz?
Wyszli przed namiot, noc była ciepła. Długa gałąź leżała przepalona w środku i Jerry oba końce wrzucił do ogniska.
- I ja bardzo cenię cnotę pojednania - rzekł. - Ale wy wsiądziecie na swoje okręty, a ten kraj będzie musiał żyć.