Rasa mystica

Piotr Ibrahim Kalwas
Rasa mystica
  • Prószyński i S-ka
    Warszawa 2008
    142 x 202
    176 stron
    ISBN: 978-83-7469-693-7

Piotr Ibrahim Kalwas - jedyny w Polsce prozaik-muzułmanin - dał się do tej pory poznać, jako autor prozy podróżnej będącej opisem jego peregrynacji głównie po krajach Afryki. Tymczasem najnowszą książkę poświęcił - niespodzianka! - Indiom. Co sprawiło, że wyprawił się do tego wielkiego i pełnego kontrastów kraju? Nie skusiła Kalwasa tania mistyka, spreparowana na użytek zachodnich turystów, ani sławne indyjskie zabytki. Rasa mystica nie jest książką przeznaczoną dla tych czytelników prozy podróżnej, którzy chcą w niej widzieć alternatywne, literackie przewodniki turystyczne. Znamienne jest, że autor w większości przypadków nie podaje nawet nazw miejsc i miejscowości, które odwiedza. Podróże po Indiach stanowią jedynie pretekst do wyprawy w głąb samego siebie, bo Rasa mystica to - jak pisze autor - “reportaż wewnętrzny bardziej niż zewnętrzny”. Indie są dla pisarza czymś w rodzaju lustra, w którym próbuje się przejrzeć, a w centralnym miejscu owego lustra zawsze znajdują się inni (może powinienem napisać - Inni). To właśnie spotkania z ludźmi dostarczają autorowi Drzwi najistotniejszych doświadczeń. W Indiach styka się z rozmaitymi ludźmi, na krócej i na dłużej: z trzema “Najświętszymi z Najświętszych”, którzy od lat tkwią w bezruchu, w tych samych pozach, z ulicznym sprzedawcą książek, z rodziną muzyka, którego spotkał w pociągu... Sporo jest tych spotkań. Podczas wielu z nich nie padają nawet żadne słowa, albo autor wymienia z innymi (Innymi) jedynie konwencjonalne zwroty. Ale też nie o rozmowę chodzi Kalwasowi, lecz o stanięcie twarzą w twarz (Twarz) z innym (Innym). Nie przez przypadek przecież w nowej książce pisarz raz po raz odwołuje się do klasyków filozofii spotkania i dialogu, Martina Buber i Emmanuela Levinasa. Czemu służą te spotkania? Kalwas próbuje zobaczyć w ich twarzach swoją twarz, poza fundamentalnymi - zdawać by się mogło - różnicami odkryć coś, co ich łączy. I dzięki temu lepiej zrozumieć samego siebie.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Tak, to była nieduża świątynia. Kamienna, ale tym razem nie niebieska. W ogóle niepokryta farbą. Usadowiona w przyjemnym, cienistym gaju palmowym, w którym znajdowało się także kilka grobowców. Przed wejściem siedział tłum osowiałych, przysypiających żebraków i dwa dziwaczne jakby skrzydlate lwy rzeźby z wyłupiastymi oczami i śmiesznymi, wystającymi kłami, jak u komiksowych wampirów. I oczywiście rój skrzeczących małp. Moją uwagę zwrócił także jakiś sadhu, który stał obok świątynnego muru, zatopiony w modlitwie. Przed nim, tuż przed jego stopami, leżał biały kamień.
Obok wejścia do świątyni wisiał duży billboard z uśmiechniętą kobietą i mężczyzną oraz trójką dzieci. Napis nad ich głowami głosił: „Family planning - small family, happy family!".
Pod billboardem, na plecionych krzesełkach siedziało dwóch starszych mężczyzn, którzy za pomocą igły i nitki wyszywali jakieś skomplikowane ornamenty na kolorowych materiałach, przypominających poszewki na kołdry. Tuż obok kilka kobiet zalewało rozpalonym asfaltem wielką dziurę w drodze, a dwie młode dziewczyny raz po raz donosiły im, w miskach na głowach, parujący asfalt ze stojącej na poboczu metalowej beczki. Panowała cisza, ta dziwna tutejsza cisza. Słyszałem brzęczenie much.
Zdjąłem sandały i wszedłem na dziedziniec świątyni. Jak spod ziemi wychynął na mnie bosy dziadek z białą brodą i metalową miską. Potrząsnął naczyniem i zaśpiewał po angielsku:
- O venerable traveller, may your ways of life be clean and straight,
o, immaculate stranger, please offer some charity for the holiness of holiness,
who are praying for you...
To był niesłychany śpiew! To było zupełnie z innego, nie z tego, tropikalnego świata. Starzec zaintonował swoją pieśń w stylu angielskiego średniowiecza albo może renesansu. To brzmiało jak piękne, poetyckie strofy anglikańskiego chorału. Ten zasuszony, czarny staruszek, przepasany białą opaską, w turbanie na głowie, śpiewał jak mnich z jakiegoś średniowiecznego brytyjskiego opactwa. Zauważył moje zdumienie i wysunął w moją stronę miseczkę, zwracając się do mnie w nienagannej angielszczyźnie:
- Potrafię także zaintonować prośbę jako francuski trubadur, niemiecki minsanger, średniowieczny chrześcijański mnich, japoński komuso czy rosyjski pop. Dwieście rupii, mister. Nasze baby potrzebują nieustannej opieki... - to był elegancki angielski
z wyszukanym akcentem.
Dwieście rupii. Dużo. Bardzo dużo, ale i miejsce, i ludzie, i sytuacja była wyjątkowa. Ekstraordynaryjna, po prostu. Wyciągnąłem z kieszeni dwa wymięte banknoty, wrzuciłem do miski i poprosiłem cicho:
- Jeszcze tylko jako chrześcijański mnich, mister, please...
Hindus   uśmiechnął   się   bladym   uśmiechem   Savonarołi, wzniósł oczy do nieba i zaintonował:
- Ave Maria, gratia plena, Dominus tecum, Virgo serena...
I już wchodziłem do tej małej, pachnącej kwiatami i kadzidłem, aśramy witany wzniosłym, arcypoważnie mistycznym, cudownym, żarliwym śpiewem półnagiego starca, jakbym wkraczał w bramy Monasterio benedictino de Santo Domingo de Silos. Nad wejściem wisiał napis: „Under no circumstance, Do not touch the babas! One photo-shot = 50 rupees".

Potem na jakiś czas zapanowała ciemność. Potknąłem się o coś. Powietrze było ciężkie od dymu. Znowu dym. I znowu śpiew. Tak, z tego mroku dobiegał cichy, spokojny, monotonny śpiew, trochę podobny do tego ze świątyni z kinkietem. Powoli moje oczy przyzwyczajały się do panujących ciemności. Słabe światło zniczy przedzierało się przez kłęby kadzidlanego dymu. Pod ścianami siedziało kilku mężczyzn, którzy, wpatrzeni w ściany, zawodzili ponurymi głosami. Wtedy dotarło też do mnie, że starzec na zewnątrz także nie przestał śpiewać:
Ave coelorutn Darnina, Maria plena gratia coelestia... - dobiegały mnie łacińskie słowa.
To było zupełnie niesamowite - połączenie benedyktyńskiego chorału w wykonaniu hinduskiego ascety i tej wibrującej, głuchej mantry, śpiewanej przez nagich mężczyzn. Podłoga wysłana była sianem i zasuszonymi płatkami kwiatów. Odgarnąłem ręką kłęby dymu i zobaczyłem pod przeciwległą do wejścia ścianą stojącego człowieka. Bosy, odziany w długą pomarańczową szatę, z długą, zmierzwioną, siwą brodą, stał. Opuszczona wzdłuż boku ciała, jedyna, jaką posiadał, chudziutka ręka wisiała absolutnie nieruchomo. Na czole wymalowany miał czerwony trójząb. Przed mężczyzną, na wysokości mniej więcej pępka, wisiała, zamontowana u sufitu, niczym dziecięca huśtawka, nieduża deseczka. Ani drgnął na mój widok. Nie ruszał się wcale. Po prostu stał. Sprzed świątyni dochodził gromki śpiew starca w białym turbanie:
Ave vera virginitas immaculata castitas, Ave praeclara omnibus an-gelkis virtutibus...
Skąd on zna łacinę? Czy powinienem o to pytać? Czy powinienem się czemukolwiek jeszcze dziwić? Oczy stojącego mężczyzny... jego oczy... musiałem przyjrzeć się jego oczom, to było dla mnie bardzo ważne. Postąpiłem krok do przodu i dopiero teraz zauważyłem rozpiętą jakieś trzy metry przed stojącym linkę z zawieszoną tabliczką z napisem: „Do not cross!"
Jego oczy absolutnie nic nie wyrażały. Były „około życia". Nieruchome, jak on cały. Wpatrzone w jakąś niewyobrażalną dla mnie, niepojętą dal. Mężczyźni pod ścianą zanieśli się wyższą frazą mantry. Jeden z nich, nie przerywając śpiewu, wyjął z leżącej przed nim torby cybuch i przysunął się do płonącego znicza. Usłyszałem kilka cmoknięć i głośnych wdechów i wydechów, a potem poczułem mdlący zapach haszyszu. Skierowałem swój wzrok ponownie na stojącego i wtedy, przez ten odurzający dym, dojrzałem w kątach, po obu stronach stojącego, dwóch siedzących. A więc, wszystko się zgadza. Tak jak mówił rikszarz: jeden stoi, dwóch siedzi. Brodaci, przepasani na biodrach kawałkami materiału, obwieszeni amuletami, z pomalowanymi na pomarańczowo brodami i długimi skołtunionymi włosami, siedzieli nieruchomo, trzymając w górze po jednej ręce.