Ruchy

Sławomir Shuty
Ruchy
  • W.A.B.
    Warszawa 2008
    ISBN 978-83-7414-404-9
    123 x 195
    264 strony

Do tej pory Sławomir Shuty dał się poznać jako prozaik, który, posługując się głównie konwencją realistyczną, przedstawiał blaski i cienie (przede wszystkim jednak cienie) współczesności, pisał o rozbuchanym konsumpcjonizmie, niedolach pracowników korporacji, śmieszno-smutnych losach ludzi żyjących poniżej średniej krajowej. Dlatego najnowsza propozycja autora, powieść Ruchy, na pewno zaskakuje. Jest to szalona groteska, istna feeria dziwacznych, "przegiętych" obrazów i sytuacji. Na pozór rzecz dzieje się przede wszystkim w niewielkim miasteczku, w środowisku młodych ludzi, trzeciorzędnych aktorów, drobnych pijaczków, ciem barowych, ludzi, którzy chcieliby dokonać czegoś istotnego, ale nie bardzo wiedzą, co to miało by być. Szwendają się po lokalach, imprezują, uprawiają seks z kim popadnie, aranżują dziwaczne sytuacje. Pozostają w ciągłym, nerwowym ruchu, poszukując sensu, jakiegokolwiek celu, do którego warto by było dążyć, ale jedynie powiększają chaos świata, w który zostali wrzuceni. Zdaje się, że Shuty postanowił opisać chaos, w którym pogrąża się współczesny świat, chaos, który ogarnia wszystkie sfery życia, również język, który w nowej prozie autora Zwału jest śmietniskiem zużytych fraz, słów odartych z treści, na którym wzniosłość pomieszana jest z kiczem. W Ruchach jednak nic nie jest do końca jasne i jednoznaczne. Być może kreowany w powieści świat jest jedynie projekcją wyobraźni jednego z bohaterów, który ma ambicję, aby być zwariowanym demiurgiem. Shuty pisze: "spinające rzeczywistość haczyki rozluźniły się na amen i wszystko stało się jednym wielkim akcydensem, zbieraniną sytuacyjnych fragmentów, które tasują się z sobą i mieszają wedle sobie tylko znanych prawideł". Poszukiwanie owych prawideł, podążanie krętymi narracyjnymi ścieżkami, z których część prowadzi na manowce, może być dla czytelnika bardzo interesujące.

- Robert Ostaszewski

Fragment

– Tak długo żeśmy się nie widzieli, żeśmy się wreszcie zobaczyli, co? – powiedział Bulsza, trzymając miłosne ściśnięcie serca w cuglach – co robiłaś, kiedy mnie nie było?
– Och kochanie.... – szepnęła czule Lilka –  mamy dla siebie tylko kilka chwil, nie rozmieniajmy ich na rozpatrywanie okoliczności przypominających drobne monety.
Przepełniona ciepłem uczuć przywarła do jego ciała, po czym odsunęła się na odległość parsknięcia i spojrzała z oddaniem w oczy. – Będę za tobą strasznie tęskniła.
Kierowany iście aktorskim instynktem otarł łzę, jaka pojawiła się na jej policzku.
– Najdroższa, przez pamięć wspólnie spędzonych chwil zaklinam cię, dbaj o siebie!
– Najdroższy!
I jeżeli nawet wcześniej pojawił się między nimi jakiś chłód niewiadomego pochodzenia, to teraz wszelakie kry lodowe zostały stopione, rzucili się sobie w ramiona, jakby się mieli już nigdy nie zobaczyć, wydawało się, że pocałunkom, pieszczotom i długim spojrzeniom nie będzie końca. Czas odjazdu zbliżał się jednak nieubłaganie, wreszcie Bulsza ucapił dziewczynę wpół, wpił się nieporadnie w jej zapraszająco rozwarte usta, usiłując przy tym zapamiętać ich niepowtarzalny smak wiśni na spirytusie, zarzucił plecak i kierowany bóg wie czym odszedł bez oglądania się za siebie.
Rozkazujący ton sygnału elektronicznej wiadomości wyrwał ją z miłosnej zadumy. „Czy przygotowałaś już kreację na piana party?” Lilka nie zdążyła odpowiedzieć, kiedy telefon przyjemnie zawibrował w jej dłoni.
– No cześć, co tam?
– No cześć, tak sobie trąbię, co słychać?
– Nic, a u ciebie?
– Też nic, wybierasz się jakoś gdzieś dziś?
– Dzieje się coś?
– A więc ty nic nie wiesz? Świętujemy dziesięciolecie kunsztu aktorskiego pewnej nad wyraz legendarnej postaci.
– Och – westchnęła Lilka przyciskając telefon do piersi.
Na wieść o tym wydarzeniu w jej organizmie doszło do zaburzenia gospodarki hormonalnej, ale zaraz niczym oparzona święconą woda ocknęła się i postanowiła, że nie będzie mącić cudownej melancholii dzisiejszego wieczoru, który w całości miał być dedykowany kontemplacjom szczęśliwych chwil z Bulszą.
Długo dawała się namawiać, długo pozwala się błagać, nakłaniać, prosić, wreszcie postanowiła, że wpadnie na chwilę spotkać się z Martą, z którą miała do pogadania, a która również zapowiedziała krótką wizytację lokalu.
I dzięki bogu, że podjęła taką decyzję!
Obchody dziesięciolecia kunsztu aktorskiego pewnej legendarnej postaci okazały się wspaniałym przeżyciem. Nigdy jeszcze nie bawiła się tak dobrze, zupełnie jakby wszystkie wizualizacje dobrej zabawy zmaterializowały się tego przypominającego seans filmowy wieczoru. Tańczyła, śpiewała, śmiała się i poklepywała przelotnych znajomych, słyszała różne dziwne historie i opowiadała różne dziwne rzeczy o swoich koleżankach i kolegach, takie, które w stereotypowych warunkach nie przeszłyby jej przez usta.
Ale też, trzeba powiedzieć, przyznała się do paru ciekawych spraw, które od dawna czekały na publiczny debiut. Na przykład do tajemniczej historii z Bordą, znajomym Paciuły, z którym notabene miała także pewne zagadkowe ustalenia, czy też do intrygujących sytuacji z Tyrpakiem i jego ludową dziewczyną. Pytaniom i odpowiedziom nie było końca, a kiedy tak opowiadała i opowiadała, w lokalu pojawił się Błachut, z którym swego czasu brała udział w specyficznych warsztatach tańca towarzyskiego, przypominających raczej warsztaty medytacyjne dziwnej religii, której naczelnym rytuałem jest wypowiadanie pewnych tajemniczych słów w nad wyraz misternie uformowanych okolicznościach.
Błachut był znajomym Skakuja, dekoratora niewyszukanych wnętrz, któremu coś najwyraźniej zalegało w wątpiach, bo zawsze był skitwaszony i zamknięty, do którego jednak, z racji zajmowanego w strukturach stanowiska, wzdychały wszystkie zdrowe dziewczęta, ponieważ, po pierwsze, podtrzymywał relacje towarzyskie z podziwianą w mieście i poza jego granicami, krzewiącą kulturę lokalności trupą aktorską, po drugie, był przyjacielem opuchniętego Bordy, a ten znał wszystkich, których powinno się znać.
Wszyscy pamiętali, że podczas ostatniej potańcówki Borda przyszedł do lokalu ubrany w strój wysokiej rangi urzędnika religijnego sprawującego władzę w miasteczku, następnie w porywie namiętności rzucił się na barowy stołek i rozpoczął z nim symulowaną kopulację. Zebrani byli tak zaskoczeni jego aktorską interpretacją znanego motywu muzycznego, że nikt nawet nie zdążył nacisnąć spustu migawki.
Borda, jak wieść gminna niosła, pozostawał w enigmatycznym związku z Mariolą. O ich wzajemnych relacjach mówiło się i słyszało bardzo dużo, tym bardziej, że ostatnio różnie się między nimi układało, a takie różne ułożenie jest bardzo smakowitym kąskiem dla towarzyskiej wymiany poglądów. Podczas pamiętnego wieczoru, kiedy Częczek z Luptą wtoczyli przez szklane drzwi lokalu wielką oponę z traktora, kompletnie dewastując instalację artystyczną Paciuły, Mariola pochwaliła publicznie swojego partnera za jego zamiłowanie do rozgardiaszu.
– Borda jest wspaniale zbudowany – mówiła, uśmiechając się nad kontuarem – posiada też kilka cech, które predestynują go do bycia prawdziwym aktorem, jest roztrzepany, nieporządny i używa dobrych wód. – Na pytanie, czy jest prawdą, że Borda sypia z psem, odpowiedziała, że owszem, zdarza mu się od czasu do czasu taka ekstrawagancja, na co sam zainteresowany, który widać słyszał, co się o nim mówi, dodał, że nie ma to nic wspólnego z życiem płciowym.
Przyjaciele byli odmiennego zdania.