Fragmenty z życia lustra

Joanna Szczepkowska
Fragmenty z życia lustra
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2004
    123 x 197
    235 stron
    ISBN 83-08-03536-1

Fragmenty z życia lustra to pierwsza książka w dorobku autorki, choć jej krótkie opowiadania od lat pojawiają się na łamach polskich czasopism. Książka składa się z czterech dłuższych utworów oraz krótkiej impresji zatytułowanej Pisanie nocą w obecności lustra osadzonej pośrodku zbioru. Mimo że są to klasyczne opowiadania – tak pod względem treści, jak i formy – brzmią świeżo i atrakcyjnie. Być może dlatego, że główną bohaterką tej prozy jest tajemnica, niezawodnie odnajdywana pośród płaskich, realistycznych faktów. Nadrzędna idea jest taka: trzeba zmusić postaci występujące w poszczególnych opowiadaniach, aby te zerwały ze swym racjonalistycznym światopoglądem lub przynajmniej ów światopogląd „poluzowały”. Są bowiem sprawy wokół nas, o których się nie śniło nawet zawodowym psychiatrom (Próba odlotu) i jasnowidzom (Głowa), nie mówiąc o profesorach genetyki (Gips). Tyle że Szczepkowska podchodzi do problemu z lekką ironią, z dystansem, niekiedy z subtelnym humorkiem: utwory zgromadzone we Fragmentach z życia lustra są raczej „opowiadaniami z dreszczykiem” (w starym, dobrym stylu) niż prozą metafizyczną. Dobrze rozumiana „klasyczność” tych opowiadań wyraża się choćby w tym, iż autorka odwołuje się do sprawdzonych schematów fabularnych. Oto młody lekarz odwiedza domu wariatów na odludziu, gdzie czeka na niego moc niespodzianek. W kolejnym opowiadaniu żona po śmierci męża otwiera pudełko z sekretną korespondencją zmarłego i dowiaduje się o sprawach, od których włos jeży się na głowie. W trzecim z czterech dłuższych opowiadań zwykły wypadek samochodowy zmienia banalną kobietę w genialną malarkę. Wreszcie w utworze finałowym światowej sławy uczony po długich latach przybywa do starego kraju i wpada w wir dziwnych zdarzeń. Do tego – zmyłki i fabularne niespodzianki, no i obowiązkowo przewrotna puenta w finale.

- Dariusz Nowacki

Joanna Szczepkowska – jedna z najwybitniejszych współczesnych polskich aktorek, wyróżniająca się felietonistka „Gazety Wyborczej”.

Fragment

A kiedy weszłam do pokoju i stanęłam na samym środku, zupełnie nie wiedząc , co robić, mój wzrok padł na to pudełko. Stoi na półce z książkami, niewielkie, tekturowe, w jakieś tureckie wzory. Prawdę mówiąc, intrygowało mnie zawsze. Po pierwsze nie ma żadnego podpisu, co w wypadku Marka było bardzo dziwne, a po drugie, nigdy nie odpowiadało na żadne próby odczytania jego energii. Jakby nie miało aury albo jakby zamknęło ją w środku, odgradzając się kompletnie od otoczenia. Jakoś nie miałam odwagi tak po prostu zapytać Marka, co jest w tym pudełku.
Teraz zaczęło przyciągać mnie z niebywałą siłą. Nasyciło się światłem tak mocno, że reszta pokoju wyblakła. Jednak trudno mi ruszyć się z miejsca. Jest mi głupio, że w tak dramatycznej chwili ulegam błahej słabości. Idę w tamtym kierunku, przystając co chwila, jakbym musiała pokonać niewidoczne obręcze. Najtrudniej jest dotknąć pudełka. Jeżeli Marek tu jest to da mi znać, czy mogę to zrobić. Nic się nie dzieje. Powoli otwieram tekturowe wieczko.
Leżą tu cztery listy, jedna kartka pocztowa i fotografia jakiejś dziewczyny. Nie wiem, czy je otworzę, ale chcę przyjrzeć się im bliżej. Siadam na podłodze. Jeden z listów jest dużo starszy od pozostałych. Pismo na kopercie intryguje koślawymi literami, wyraźnie wyczuwam tu energię kobiety. Oczywiście mogłabym zasugerować się dołączoną fotografią, ale przecież ludzie wysyłali do Marka zdjęcia bliskich, więc nie musiała to być osoba, która pisała listy. Ale nie ma wątpliwości, ze pisała to kobieta.
Zdjęcie jest małe, takie jakie robi się do legitymacji czy do dowodu. Twarz dziewczyny przechylona nienaturalnie na prawy bok, nie jest ładna. Dziewczyna mogła mieć jakieś dziewiętnaście lat, na jej twarzy widać ślady dzieciństwa, pewną pucołowatość, nieokreśloność rysów, właściwie jedynym objawem dorosłości są jej oczy. Jakby pochodziły od innej osoby – naznaczone smutkiem i doświadczeniem. Kładę rękę na fotografii. Marek uczył mnie długo czerpania wiedzy z przedmiotów naładowanych czyjąś energią. Więc wchodzę na podstawowe poziomy świadomości i łączę się z moim przewodnikiem duchowym. Do dziś nie jestem pewna, czy rozmowy przewodnikiem nie są po prostu projekcją moich własnych myśli, czy nie wmawiam sobie tego przewodnika, ale tyle razy byłam świadkiem niezwykłych zdolności marka. tyle razy byłam przy nim, kiedy widział rzeczy i zdarzenia na odległość, tyle razy mówił mi, że każdy człowiek może to w sobie wyrobić, więc w końcu zaczęłam wierzyć, że głosy które słyszę w myślach, nie pochodzą od mnie, a nawet jeśli tak jest, to myśl jest właśnie tą siłą, której szukam. Marek zawsze powtarzał: ”Myśl jest energią. Nie można jej niszczy. Za pomocą myśli możesz osiągnąć to, co chcesz. Wszystko mieści się w głowie”.
Ale teraz nie jestem w stanie myśleć. Ani nie myśleć. Nie „spływa na mnie spokój” i nie mogę zmienić „stanu świadomości”, więc żaden przewodnik duchowy tu się nie pojawi.
Więc mogę się dowiedzieć, tylko otwierając list. Jest zresztą otwarty. Z pożółkłej koperty wystaje kawałek kartki wyrwanej z zeszytu. Na stemplu pocztowym data jest ledwo widoczna, więc muszę wstać (powinnam zdjąć płaszcz, ale to strata czasu), podchodzę do biurka Marka i biorę stamtąd lupę. Kiedy tylko położyłam na niej rękę, poczułam zawrót głowy. To był moment, zdążyłam mocniej oprzeć się na nogach i przytrzymać biurka. Błąd. Nie powinnam bez namysłu niszczyć przestrzeni tego blatu. To był teren Marka, naładowany jego myślami, pracą, skupieniem, emocjami, a ja wyrwałam tę lupę, jakby odcięła jeden z korzeni. Trzeba było to zrobić delikatnie, oswoić myślą, pamięcią. Stało się. Siadam na podłodze i przykładając lupę do koperty, widzę wyraźnie datę: 5.05.1986 rok.
Wtedy jeszcze nie znałam Marka. Nie miałam nawet pojęcia o tym, że zamieszkam obok niego, u cioci Stasi. Czasem przychodząc do niej na szarlotkę, widziałam jakiś ludzi, którzy kręcili się pod drzwiami naprzeciwko. Od ciotki wiedziałam, że czekają w kolejce do „cudotwórcy”, który tam mieszka, że nie mieszczą się w jego korytarzu i... „trudno się dziwić, dziecko, bo to geniusz, musisz go poznać, on żyje jak jakiś pustelnik, nawet telewizora nie ma, jaskrę mi wyleczył w trzy seanse, a tę co tu koty karmi, ta wiesz, co mąż od niej odszedł do stewardesy, to ją z nerwów wyciągnął, a znowu jak był napad na spożywczy, to on tylko dotknął szyi sprzedawczyni, co jej pistolet przyłożyli do czoła, i od razu powiedział, że bandyci są w piwnicy za skrzyżowaniem.
Strasznie mnie denerwowały te opowiadania i ten jej tajemniczy ton, który miał oznaczać, że dopuszcza mnie do kręgów magii, znanych tylko samotnym kobietom. Miałam wtedy dwadzieścia pięć lat, byłam szczęśliwą mężatką, mieszkałam w dużym domu, odziedziczonym po rodzinie, kochałam muzyk, jazdę konną i poezję, pisałam pracę doktorską i życie było dla mnie czymś całkowicie zrozumiałym, czułam, że wszystko zależy od twórczego dnia, w którym jest dużo ruchu, planów i celów.