Raz. Dwa. Trzy

Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Raz. Dwa. Trzy
  • Korporacja Ha!art
    Kraków 2007
    110 × 180
    216 stron
    ISBN: 978-83-89911-68-1

Akcja nowej książki Huberta Klimko-Dobrzanieckiego rozgrywa się w małych więzieniach codzienności: poniemieckim miasteczku bez nazwy, bloku mieszkalnym i prywatnym domostwie. Mali na początku, a na końcu opowieści dojrzali bohaterowie tej prozy najczęściej pozostają bezimienni, zaś ich osobiste historie, naznaczone piętnem rodziny, mają zyskać charakter uniwersalny. Mówią bowiem, jawnie i w podtekstach, o problemach z wchodzeniem w świat dorosłych, poznawaniem nowych obszarów świadomości. Co ważne, charakter inicjacji bohaterów Raz. Dwa. Trzy determinują miejsce, w którym dorastają (polsko-niemiecki tygiel) i czas historyczny (komuna, z którą mali chłopcy toczą swoje prywatne wojny).
Ze sporą dozą krytycyzmu pisarz odnotowuje przejawy polskiej mentalności, fobii jednostkowych i zbiorowych. Jednocześnie próbuje uchwycić, w kreacji młodziutkich postaci, momenty uświadamiania sobie własnej odrębności: psychicznej, mentalnej, seksualnej. Doświadczanie i próby pojmowania świata odbywają się u Dobrzanieckiego poprzez cielesność. Autor skupia się na poetyce fragmentu, snując swe kameralne narracje o warunkach dojrzewania. Wypowiadane są one w pierwszej osobie – przez punka, geja oraz szukającego swego miejsca na ziemi „łyska”. Zapisane myśli i głosy bohaterów-narratorów dają efekt polifoniczności. Proza Klimko-Dobrzanieckiego jest w dużej mierze „gadana”, ujmuje łączeniem niewinności mówiących i wyrazistością emocjonalnych sądów. Wzbudza niepokój, bawi i wzrusza.
Opowieści z tomu Raz. Dwa. Trzy intrygują czytelnika ujęciem kwestii „polskiej normalności” i zabiegami formalnymi, które pozwolą uciec od jednorodnej struktury powieści. Zastosowanie inwersji czasowej oraz tymczasowe zamykanie historyjek w obrębie miniopowiadań dały efekt pomieszania istotnych kwestii książki: „początku i końca”, „końca i początku”. Uświadamia je, wydawałoby się, nierealna postać mężczyzny z ptakiem na ramieniu...

- Tomasz Charnas


Fragment

Plebania rośnie. Ja rosnę. Miasto rośnie. Wszystko wokół rośnie. Ale i tak jesteśmy więźniami miasteczka. Zielińska przykuta do ciepłego parapetu jest więźniarką. Pewnie się boi, że jeśliby wyjechała, to nigdzie nie znalazłaby takiego parapetu, takiej ulicy, takich widoków i takich panów, którzy do niej przychodzą. A moja mama? Też się uwięziła i teraz dorabia sobie ideologię do wyroku, który wydała na siebie przed laty. Ludzie się boją, boją zmian i tym właśnie tłumaczą przyzwyczajenie, że niby tak ma być, że nigdzie im lepiej nie będzie. Zwykłe oszustwo. Jeśli jest tak dobrze i lepiej nie będzie, to skąd te łzy, skąd łzy smutku, goryczy, skąd agresja? Przecież niby mnie chciała, nawet jak się podłożyła, to znaczy, że chciała, a chcąc, myślała o szczęściu, czyli o mnie, ja miałem być jej szczęściem, miało być dobrze, nawet bez ojca. Dlaczego moje życie jest koszmarem, czemu wyżywa się i wścieka, czemu na siłę chciała mnie nauczyć prawą ręką i czemu ja za to wszystko mam nienawidzić mężczyzn? Coś we mnie kiełkuje. Jeszcze nie wiem co, jakiś niepokój, zło, zbieram to i zbieram. Ile lat będę w sobie kolekcjonował cudzą winę? Czy mam prawo do własnego ja? A może ja to zupełnie ktoś inny, może ja to nie chłopak, może to nie ja jestem ganiony przez wuefistę, może to nie ze mnie śmieją się w szatni po zajęciach. Gdzie ja jestem, kim ja jestem, no kim? Kto odpowie mi na to pytanie, gdzie się zaczynam, a gdzie kończę, gdzie skończę i jak skończę…
Wybrałem się na plebanię, na nową plebanię. Stoi w stanie surowym. Proboszcz dalej jęczy o pieniądze. Tym razem na posadzki, kafelki, może złote krany, sam nie wiem. Jemu zawsze mało. Wieczorami w nowej plebani siedzą chłopcy, ministranci, niby pilnują. Ścian nie wyniosą. Niczego nie ma, nawet drzwi ani okien. Wzór z czerwonych cegieł zakłóca szare tony. Proboszcz z cegły buduje. Wszyscy mówią, że cegła to cegła, że przetrzyma wszystko, a już na pewno wielką płytę. To będzie porządny dom, w starym stylu, dom nas wszystkich, nas i naszych dzieci, i naszych wnuków, może prawnuków, tak mówi proboszcz. Ten proboszcz wierzy, że my i to miasteczko będziemy trwali na wieki wieków amen.
Pod jedną ze ścian siedziało trzech ministrantów, znałem ich z widzenia. Chodziliśmy do tej samej szkoły, czasami graliśmy mecz z ich klasą, ja tylko obserwowałem i co najwyżej podawałem piłkę. Rezerwowy, stały rezerwowy, to przylgnęło, przywarło do mnie i nie mogło się odczepić przez te kilka lat podstawówki. Obym tylko nie został rezerwowym życia… Palili papierosy. Kiedy mnie zobaczyli, wstali. Jeden z nich krzyknął: – Te, Szydełko, chcesz pojarać? Chono tu, podejdź, no, podejdź, nie bój się. – Nie palę, dziękuję – odpowiedziałem. Mrugnęli do siebie porozumiewawczo. – Nie pali – powtórzył jeden z nich. – Dawaj go, to kapuś, to pedał. – Złapali mnie i wykręcili ręce. – Ściągnij mu spodnie. Ściągnij mu spodnie, sprawdzimy, czy ma chuja, zobaczymy, przecież to pedał, to pedał jebany, wszyscy tak mówią w szkole. – Piegowaty rudzielec wyjął z kieszeni chustkę do nosa, wepchnął mi ją do ust, zakneblował. Zdjęli mi spodnie i majtki. – Sprawdź, czy mu pofrunie, sprawdź, czy to prawdziwy, podłuż mu papier i podpal, zobaczymy, jak się będzie dymił – powiedział Rudy. Próbowałem się wyrywać, ale trzymali mnie mocno. Zawinęli mi go w kawałek poszarpanej gazety i podpalili, poczekali chwilę. Kiedy zacząłem ujadać z bólu i łzy pojawiły się na moich policzkach, puścili mnie ze śmiechem na ustach, krzycząc: – No, gaś go, gaś go szybko, bo ci się spali, pedale.
O tym, co się stało na nowej plebani, nikomu nie powiedziałem. Piekło, ale po jakimś czasie przeszło. Nie było śladu po pożarze. Pozostał ślad w duszy. I to przezwisko. Pedał…
W środku miasta jest gospodarstwo ogrodnicze. Mama wysłała mnie po bratki, chciała upiększyć nasz parapet, zrobić konkurencję cyckom Zielińskiej. Ogrodnik sprzedał dwanaście sztuk, a potem dodał, ot, tak jak pewnie zagadywał wszystkich, którzy ostatnio brali u niego kwiaty, że mu się suka oszczeniła i że nie ma co z małymi zrobić. Topić nie chce, szczeniaki rozdaje za darmo. Suka była wielka, prawdziwy owczarek podhalański. Zaraz pomyślałem o sobie, pomyślałem, że to ja powinienem zabrać jednego szczeniaka, wychować, wytresować. Z takim psem można wszędzie bezpiecznie spacerować, czuć się bezpiecznie, nikt cię nie ruszy, a jak cię znowu napadną, to można poszczuć. Nie pytając o zgodę, następnego dnia poszedłem do ogrodnika i dostałem małego, tłustego, białego psiaka. To był on, pies. Nazwałem go Puszek. A kiedy mama go zobaczyła, wpadła w szał i chciała zaraz wyrzucić. Krzyczała, żadnych zwierząt, żadnych psów, kotów i innych, w tym domu nie ma miejsca na zoo, ale po chwili złagodniała, kiedy mały Puszek podtoczył się ku jej nogom i zaczął je lizać. Chyba ją kupił. Widząc jej słabość, zacząłem zachwalać jego cechy. To będzie dobry pies, mieszkania popilnuje, nie da nikomu zrobić nam krzywdy. A potem zacząłem kłamać, zabezpieczając się przed pytaniami, które mogłyby zrujnować chwilową sielankę. Mówię mamie, że to będzie mały piesek, taki pokojowy, on już większy nie urośnie, to gończy z Lucerny, taka rasa. Mały piesek – ciągnąłem dalej – i tani w utrzymaniu, bardzo mało je, prawie nic nie je, nie będziemy musieli tracić pieniędzy, to szczęście mieć takiego psa. – Zgodziła się. Byłem najszczęśliwszy na świecie. Szczęście trwało kilka dni. Szczęście zamieniło się w koszmar, koszmar podszyty strachem, bo kiedy mama się dowiedziało od sąsiadów, że to szczenię owczarka podhalańskiego, że za parę tygodni trzeba mu będzie dawać kilka wiader jedzenia, że wyrośnie na olbrzyma, który się nie będzie mógł zmieścić w mieszkaniu, wtedy go potajemnie wyniosła, nigdy nie powiedziała gdzie, komu go oddała, i znowu byłem sam, i znowu nie miał mnie kto obronić, i znowu wróciliśmy do punktu wyjścia.