Asystent śmierci

Bronisław Świderski
Asystent śmierci
  • W.A.B.
    Warszawa 2007
    125×195
    504 strony
    ISBN: 978-83-7414-252-6

Kanwą fabularną powieści jest katastrofa życiowa: oto polski Żyd, mieszkający i pracujący od 35 lat w Danii, zatrudniony w Centrum Studiów nad Kierkegaardem, zostaje wyrzucony z pracy i porzucony przez żonę. Bohater, wcześniej nieźle zadomowiony w duńskim świecie, pozbawiony rodziny, pracy i pieniędzy, zostaje niejako z powrotem wrzucony w obcość.
W urzędzie zatrudnienia ksenofobiczna urzędniczka przydziela mu pracę opiekuna w hospicjum: Bronek ma asystować przy umierającym, który – prawdopodobnie – jest Polakiem. Jawne zadanie „opieki” kłóci się jednak z poleceniem sekretnym: starzec to obcy, który korzysta z pomocy państwa duńskiego, obciążając je rosnącymi kosztami i zabierając w ten sposób pieniądze prawdziwym Duńczykom - więc „asystent” ma postarać się o zakończenie sprawy w ciągu miesiąca.
W hospicjum natomiast okazuje się, że dotacje dla ośrodka zależne są od liczby żywych. Postawiony wobec sprzecznych sugestii bohater rozpoczyna grę, w której własna praca i zarobek stają naprzeciwko cudzego życia. Rychło Bronek przekształca asystowanie w spowiedź ze swojego życia. Przedstawia staruszkowi swoje losy: syn komunisty i Żydówki, zamiast miłości zaznał w dzieciństwie szkolenia z wyższości abstrakcyjnej idei nad życiem (ojciec) i wyższości lękliwego konformizmu nad indywidualnością (matka). W marcu 1968 roku, w trakcie studenckich wystąpień przeciw komunistycznym władzom, Bronek został zdradzony przez przyjaciela, a po odbyciu karnej służby wojskowej, namówiony przez matkę do wyjazdu z Polski.
Powieść Świderskiego włącza się w rozrachunek z PRL-em. W rozrachunku tym autor staje blisko polityków prawicowych uważających PRL za państwo zbrodnicze, ale wbrew nim wiąże siłę PRL-u ze słabością Polaków. W takim ujęciu siła PRL-u polegała na tym, że potrafił wyciągnąć z człowieka to, co małe, niskie, przyziemne, podłe - i w ten sposób czynić niezdolnym do moralnego oporu. Takie stanowisko czyni z powieści Świderskiego głos oskarżycielski, poprzez który pisarz domaga się osądu nad funkcjonariuszami demoralizacji i nad zdrajcami. Drugi wątek powieści to – równie krytyczny – obraz demokracji duńskiej.
Powieść Świderskiego – wielogłosowa, bogata poznawczo, na przemian ironiczna i śmiertelnie poważna – ma, jak się zdaje, swoje przesłanie. Mówi ono, że demokracja musi uznać swoją niedoskonałość, aby przestać żądać od przybyszów upokarzającego trudu asymilacji, że można skorzystać z wolności jako szansy budowania dobrego życia, i że obcość – rozumiana egzystencjalnie – mogłaby stać się fundamentem nowej etyki.

- Przemysław Czapliński

Bronisław Świderski (ur. 1946) studiował na Wydziale Socjologii i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, skąd został relegowany w marcu 1968 roku. Od 1970 roku mieszka w Danii. Przez lata był pracownikiem naukowym kopenhaskiego Centrum Badawczego Sørena Kierkegaarda. Autor artykułów i książek naukowych w języku angielskim, duńskim, rosyjskim, szwedzkim i polskim.

Informacja od Autora:

„Na witrynie Instytutu Książki umieszczona została recenzja „Asystenta śmierci” pióra Przemysława Czaplińskiego, który oskarża mnie o bliskie związki z prawicą. Pisze on: „autor staje blisko polityków prawicowych”, co powtórzone zostało w angielskim tłumaczeniu: „Swiderski sides closely with the right-wing politicians”. Tekst angielski jest szczególnie ważny, gdyż z góry utrąca możliwość zainteresowania książką wydawców zachodnich, z reguły niechętnych prawicy.

Nie protestowałbym, gdybym istotnie sympatyzował z prawicą. Ale bohaterami moich książek są ludzie obcy, słabi, zdecydowanie niechętni neoliberalnej krzepie. Nie jestem  i nigdy nie byłem człowiekiem prawicy. Zatem polityczna kwalifikacja mojej powieści jest błędna. Jestem pisarzem niezależnym, piszę to, co wydaje mi się słuszne, a napewno nie chwalę nacjonalizmu, będącego przecież zaczynem każdej prawicowej ideologii.

Czapliński kopiuje w swojej denuncjacji stalinowskie wzory z początku lat 1950-tych, gdy pisarzy niezależnych określano właśnie mianem „prawicowych”, co zamykało im usta i wzywało do represji.

Jako demokrata nie żądam usunięcia politycznego tekstu Czaplińskiego, ale chciałbym, aby obok niego został umieszczony mój list – także w wersji angielskiej – właśnie w trosce o równe szanse polskich książek, narażonych na koteryjne napaści krytyków”.

Bronisław Świderski

Fragment

Powoli kładę na biurku niedokładnie wypełnioną ankietę, tuż obok dwu kolorowych fotografii w złotych ramkach. Na pierwszej uśmiecha się dwójka małych, pucołowatych dzieci. Na głowach mają plastykowe hełmy wikingów z rogami, w każdej chwili gotowi dźgnąć nimi podłego wroga. Druga fotografia ukazuje siedzącą przede mną urzędniczkę, pogrążoną w intymnej rozmowie z Pią Kjærsgaard, przewodniczącą nacjonalistycznej i szczerze gardzącej obcymi Duńskiej Partii Ludowej (Dansk Folkeparti). Przypominam sobie, że niedawno pewien aktywista tej partii porównał muzułmanów do „komórek raka, niszczących zdrowe ciało duńskiego społeczeństwa".
- Biały? - mówi niesłychanie zdziwiona urzędniczka. - Myślałam, że do mnie przychodzą tylko czarni. Ale, co prawda, kolory widzimy przez kontrast. W końcu bez białego nie ma czarnego, ani odwrotnie - i śmieje się cicho.
Myślę, że na europejskim kontynencie nasze poczucie humoru, a z pewnością i ironicznej sprawiedliwości, związane jest z głębokim przekonaniem, że kolory nie są niewinne. Ze biały jest poważniejszy, a nawet godniejszy od czarnego lub czerwonego, a z całą pewnością od żółtego.
- Owszem, cały biały - odpowiadam, podchodząc bliżej, aby sama mogła się przekonać, że jestem nad wyraz prawdomówny.
- Ale mieszkasz z czarnymi - podpowiada, odczytując adres z ankiety.
To prawda. Mam pokój w betonowym getcie, jak takie osiedla nazwała prasa. Dawniej w gettach mieszkali Żydzi, dzisiaj buduje się je w Europie dla muzułmanów. Zapewne tam, gdzie mieszkam, wśród ludzi z ponad trzydziestu krajów o twarzach żółtych, brązowych i zupełnie czarnych, jestem jedynym białym. Ale jestem także Żydem, czuję się zatem, jakbym powrócił do domu. Wprowadziłem się do getta niedługo po rozwodzie, gdy zostałem zupełnie sam. Żona zabrała także dziecko. Po raz pierwszy pomyślałem wówczas o samobójstwie.
- Nie - odpowiadam, kładąc dłoń na jej biurku - mieszkam sam.
- Na imię mam Mette - mówi cicho kobieta.
Wysuwa dłoń przed siebie, aby mnie zatrzymać. Nie patrzy już na leżący przed nią papier - nie podchodź zbyt blisko... nie, nie wyciągaj ręki, nie wiadomo, czego dotykałeś przed chwilą. Wy, cudzoziemcy, wszyscy jesteście tacy sami. Ciągle czegoś szukacie, jak nie w nosie, to w spodniach. Zawsze chcecie mówić, zanim wysłuchacie. Nie siadaj na krześle, to nie potrwa długo. Stań, o, tam, po drugiej stronie stołu, naprzeciwko mnie. Stój spokojnie, gęba na kłódkę (hold kæftt). Teraz ja mówię.
Mimo to milknie i pochyla się nad moimi papierami.
- Polak? - pyta wreszcie, a zabrzmiało to jak: chuligan, włóczęga i cynik.
Milczę. Zawsze miałem kłopoty z pochodzeniem, bo moja żydowska matka, aby ukryć swoją nieludzkość, w kółko powtarzała, że jest Polką, a ojciec, Polak i komunista, twierdził, że najlepiej być Rosjaninem. Z kolei ja w Kopenhadze zapragnąłem być Duńczykiem, ale co trzecie słowo zdradzało mnie i szybko przechodziło na stronę wroga.
- Owszem, także Polak - odpowiadam, ale właśnie akcent, zbyt późno umieszczony w trzecim słowie, uniemożliwia jej zrozumienie ironii.
- Posłuchaj - mówi - mam dla ciebie pracę w hospicjum, przy umierającym. Jest sam. Bez żadnej rodziny. Przyjechał niedawno z Polski do Danii i naraz - nieoczekiwanie i na koszt innych - umiera. Akurat zrezygnował ktoś, kto opiekował się nim przez kilka dni i nie ma nikogo na zastępstwo, więc możesz zacząć już jutro. Twoje stanowisko nazywa się Dodens-assistent - asystent śmierci - brzmi to zupełnie jak tytuł uniwersytecki, co? - I śmieje się, zaciskając usta, może ma zęby niezupełnie w porządku, a może odwrotnie - ma aż zbyt duże i ostre, wprost wilcze, i dlatego je ukrywa?
Ale mnie nie jest do śmiechu. Wiem przecież, co to kapitalizm. Na razie trzymam jednak ostrze mojego języka za zębami. Miękko tylko pytam:
- Czy nie ma czegoś bliżej życia? Bardziej konstruktywnego, jak na przykład murowanie domów?
Pochyla się nad papierami.
- Arbejde gi'r livet mening (Praca nadaje sens życiu) - wypala w końcu mądrość, która z pewnością skłoniła ją do szukania pracy w Urzędzie Zatrudnienia. Na co ja w tym samym, nieobcym mi przecież, języku:
- Zauważ, że w istocie nadaje ten sens od niedawna. Na przykład starożytni Grecy i Rzymianie nazywali ludzi pracujących niewolnikami, a także psami, świniami i baranami, i słyszeć nie chcieli, że ich czarne, śmierdzące potem życie ma jakiś sens. Praca? To była tylko kara. Dopiero kapitalizm uczynił z pracy, a nie ze sztuki, religii czy wierszy, sens ludzkiego życia.
Patrzy na mnie nieprzyjaźnie. Jeżeli nic nie zrozumiała, to dlatego, że nie wolno jej tego pojąć. Przecież mówię powoli i wyraźnie. Chrząka, aby poprawić sobie humor, a może i duńską wymowę, nieco już zainfekowaną obcymi dyftongami białego petenta. Patrzy teraz na mój nos, który właściwie nie był mój, bo miałem go po matce, ale nie potrafiłem na czas oddać. Przez chwilę obawiam się, że oskarży mnie, iż noszę cudzą własność. Ale szybko spuszcza wzrok i znowu zaczyna szukać wolnej posady. Przerzuca papiery, zamyśla się, jeszcze raz przegląda moje dane.
- Do niczego się nie nadajesz - mówi zdecydowanie. - Wiesz, że Duńczycy surowo oceniają obcych.
- Surowo, ale sprawiedliwie - mówię, rozciągając nieco słowa, bo na państwowym kursie dla cudzoziemców duńskiego uczyła mnie Hinduska.
- Naukowiec, pisarz... - Mette czyta z papierów. - Czy sądzisz, że wy wciąż jesteście ludziom potrzebni?
- Skądże! Nie, nie w Danii - potakuję z ulgą, przekonywająco, bo przeczenie w każdym języku wychodzi mi najlepiej.