Wędrowiec cmentarny

Gustaw Herling-Grudziński
Wędrowiec cmentarny
  • Wydawnictwo Literackie
    Krakow 2006
    128 x 203
    71 stron
    ISBN 83-08-03924-3

Opowiadanie Wędrowiec cmentarny powstało w 2000 roku – w ostatnich miesiącach życia pisarza. Po raz kolejny (po opowiadaniu Błogosławiona, święta z tomu Gorący oddech pustyni z roku 1997) autor podejmuje w nim temat wojny w byłej Jugosławii. Wędrowiec cmentarny dotyczy pamiętnej masakry w Srebrenicy, kiedy to pomiędzy 12 i 16 lipca 1995 roku zbrojne oddziały Serbów wkroczyły do enklawy muzułmańskiej i wymordowały ponad 7 tysięcy mężczyzn i chłopców. Główny bohater opowiadania, kapitan Zdravko Malić – tytułowy „wędrowiec cmentarny” – to człowiek przeciętny, raczej wolny od morderczych zamiarów; początkowo sprzeciwia się zabijaniu i przekonuje swoich dowódców do wariantu wypędzenia. Jednakże krytycznego dnia, w napadzie szału, morduje około 200 ludzi. Wśród nich – przypadkowo - własną żonę, która była w piątym miesiącu ciąży. Odtąd, ścigany przez wspomnienia, a także przez wyrok wydany zaocznie przez haski trybunał, krąży po Europie, nocami kryjąc się na cmentarzach, za dnia zaś przebywając wśród miejskich mętów. Na ostatnim etapie dociera do Rzymu, gdzie – na jednym z dworców – podczas przypadkowego zbliżenia seksualnego z narkomanką zaraża się AIDS, potem zaś, gdy skrywa się w jednym z grobowców, zostaje odkryty i aresztowany. Jego dalsze losy są odzwierciedleniem paradoksów ponowoczesności: jako sprawca zbrodni zostaje skazany na 46 lat więzienia, ale jako człowiek chory trafi prawdopodobnie do szpitala, gdzie w spokoju i błogostanie spędzi resztę swojego życia.
W ten sposób Herling usiłował powiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze, że zło jest uniwersalne, a rodzi się wtedy, gdy „rozum zasypia” - z podszeptów irracjonalnej strony człowieka. Po wtóre, że ponowoczesny humanitaryzm okazuje się bezradny wobec potwora z minionej epoki: skoro zbrodnia przeciw ludzkości wymagałaby kary śmierci, a liberalne prawo zabrania karać ludzi śmiertelnie chorych, to znaczy, że ponowoczesność nie pozwala godzić sprawiedliwość z prawem. Prowadzi to do rozsiewania ziaren zemsty wśród tych, którzy nie zostali pomszczeni, oraz ziaren bezkarności wśród tych, którzy nie zostali ukarani. Po trzecie, sytuując swojego bohatera wśród narkomanów, lumpów i miejskich śmieci Herling sugeruje, że mściwość etniczna, której Mladić uległ, jest odpadkiem historii – pozostałością po totalitaryzmach. Razem z faszyzmem i komunizmem ciało europejskie zostało zarażone lekceważeniem dla ludzkiego życia i dlatego każda liberalna forma przeciwstawiania się temu złu będzie skazana na porażkę, a w swej bezsilności będzie demoralizująca.

- Przemysław Czapliński

Fragment

Wszedł do zrujnowanej kaplicy, znalazł sobie przytulne miejsce pod resztkami ołtarza, naprzeciw wyłamanych drzwi. Wiał zimny wiatr z zatybrzańskiego placyku, lecz przyzwyczajenie robi swoje. Nie zdejmując plecaka, wparł się całym ciałem w stosunkowo solidną, zachowaną cudem podstawę ołtarza. I tak drzemał, wprawiony już w utrzymywaniu półotwartych oczu: drzemał i równocześnie czuwał.
Z tej czujnej drzemki wytrącił [go] hałas na placu: krzyki, bieganina, pisk kotów. Zapadł już zmierzch, we wszystkich oknach na placyku było ciemno. Po chwili zrozumiał, że celowo nie zapalano świateł. Na zdziczałe koty poluje się lepiej po ciemku. W rogu obok kanału stało dwóch mężczyzn z rozwartymi workami. Koty zaganiano z przeciwnej strony. Niektórym udawało się uskakiwać [w] bok, dwa wskoczyły do kaplicy i ukryły się za deską obok ołtarza, ale naganiacze puścili w ruch ręczne lampki, machając nimi jak świetlnymi rózgami, co koty przyprawiało o utratę zmysłu orientacji. Błąkały się chwilę na placu i z rozpędem wpadały do nastawionych worów. Jeden, silny widać i energiczny, z wściekłym sykiem dał susa wyżej i wpił się pazurami w twarz mężczyzny trzymającego worek. Rozległ się krzyk donośniejszy i wścieklejszy od syku kota, mimo zmroku można było z kaplicy zobaczyć bluzg krwi. Mężczyzna puścił worek, dwa koty przesadziły rów i zniknęły w krzakach. Stojący obok drugi mężczyzna zakręcił otwór worka. W środku szarpały się i szamotały dwa lub trzy koty. Ranny łowca pobiegł w kierunku domu, szmatą [o]cierając krew z twarzy. Połów był mizerny. Kobiety z pomocą dzieci rozpalały ogień pod żelaznymi fajerkami, cały placyk ożywił się, gdzieniegdzie zapaliły się światła, przygotowywano się do uczty świątecznej albo i jubileuszowej.

Siedział teraz oparty plecakiem o długą deskę ołtarza. Z drzemki poderwał go krzyk ludzki przeplatany kocim piskiem. Widział, jak trysnęła krew z twarzy łowcy, który kota oderwanego od swojej twarzy najpierw udusił w obręczy dłoni, a potem cisnął uduszonego na ziemię i wdeptywał nogami, aż do krwawej miazgi z flakami obok martwego futerka. Powtarzał machinalnie: My God, Mon Dieu, Mein Gott, nie wiadomo dlaczego w trzech obcych językach wynurzonych nagle z zatartej pamięci kursu językowego w belgradzkiej Akademii. Było oczywiste, że zatybrzańskie polowanie na koty przypomniało mu coś nieznośnego. Wstał, wyszedł szybko z kaplicy, szybko przemierzył placyk i utonął w uliczce, która go tu doprowadziła. Zaczepiano go po drodze to niezrozumiałymi wyzwiskami, to dotykiem agresywnych rąk. Młodych łobuziaków zatybrzańskich przyciągał pękaty plecak. Ale gdy raz przystanął i wykosił natrętów paroma gwałtownymi uderzeniami pięści, dano mu spokój. Wracał nad Tybr na ukos, kierowany niezawodnym zmysłem orientacji wojskowego. I wyszedł na bulwar nadrzeczny w punkcie tak daleko położonym w przeciwległej stronie miasta, że z kolejnego mostu zobaczył w tyle „tort" na Placu Weneckim. Była szósta, godzina zamknięcia cmentarza pod Piramidą. Niewiele czasu zajęło mu dobrnięcie do głównej bramy, już zaryglowanej żelaznymi prętami. Wiedział, jak stamtąd iść dalej, trzeba było po prostu trzymać się w ciemności muru cmentarnego. Węch podpowiedział mu, gdzie jest jego przełaz. Kamienie w murze były rzeczywiście tak obluzowane, że bez trudu i bez najmniejszego hałasu wyciągnął je z muru i położył bardzo blisko, by je potem włożyć na miejsce. Ale otwór pozwolił przejść na cmentarz tylko jemu, i to ledwie ledwie. Plecak musiał przerzucić przez mur, na szczęście upadł bezgłośnie na murawę obok grobu Dukiciów. Otworzył cicho, wyjąwszy drut, murowaną i porzuconą komórkę. Na miejscu drutu założył kłódkę, wygrzebaną z plecaka.
Komórka była prawie pusta, pod jedną tylko ścianą stały połamane łopaty i szpadle oraz zepsuty wózek żelazny. „To dobrze", pomyślał, zgarniając rękami w jeden kąt kupki gruzu. Upatrzył sobie już miejsce do spania, pod ścianą blisko muru cmentarnego. Ale komórka — od lat pewnie nie używana — była straszliwie wyziębiona, ostre zimno na zewnątrz zamieniło ją w lodówkę. Siedział pośrodku, trzęsąc się i nie wiedząc, co robić. Wreszcie wpadł na pomysł przyciągnięcia pod swoją ścianę połamanego wózka żelaznego, aby spróbować zrobić z niego coś w rodzaju krótkiego łóżka. Byle tylko nie spać wprost na ziemi, zimnej jak tafla lodu. Udało mu się to. Dno wózka wymościł łachami, opróżniwszy prawie plecak. Niezwykła derka wojskowa — puch obszyty cienkim płótnem żaglowym — miała go chronić od mroźnego powietrza. Ubrał się na noc, naciągnął wszystkie trzy swetry, na głowę włożył czapkę uszankę. Może będzie lepiej, kiedy się choć trochę rozgrzeje. Tymczasem walczył z dreszczami.