Dwanaście

Marcin Świetlicki
Dwanaście
  • EMG
    Kraków 2006
    145 x 210
    212 stron
    ISBN: 83-922980-1-2

Dwanaście Marcina Świetlickiego można wziąć za powieść kryminalną, jak i za całkiem udany pastisz tego gatunku. Akcja powieści rozgrywa się we współczesnym Krakowie. Tytułowa liczba odpowiada liczbie rozdziałów i odnosi się do kolejnych miesięcy roku 2005. Bohaterem utworu jest przegrany i opuszczony przez wszystkich dawny idol nastolatków, zwany przez trzecioosobowego narratora Mistrzem. Jak w klasycznym kryminale Chandlerowskim do Mistrz zgłasza się młoda i piękna kobieta, której zlecenie jest jednak nietypowe: chce, by ten uwolnił ją od ducha seryjnego mordercy z odległej przeszłości. Wkrótce pojawia się też trup rzeczywisty i jakaś namiastka prywatnego śledztwa podjętego przez głównego bohatera. Świetlicki nie troszczy się wcale o intrygę i napięcie, świadomie lekceważy zasady i normy gatunku. Wielokrotnie daje do zrozumienia, że bardziej gra z konwencją klasycznego czarnego kryminału, niż pisze swoją własną powieść kryminalną. Nie jest też do końca pewne, czy mamy do czynienia ze zbrodnią i próbą rozwikłania zagadki, czy raczej z delirycznymi urojeniami bohatera. Mistrz bowiem nigdy nie trzeźwieje. Jest za to narcystycznie skoncentrowany na sobie. W ten sposób Dwanaście przechyla się w stronę powieści egzystencjalnej, traktującej o samotności i zgorzknieniu, o niemożliwym porozumieniu się z kimkolwiek. Debiutancka powieść Świetlickiego przynosi również udany, choć karykaturalny portret miasta i jego atmosfery. Pisarz z ironią i dystansem odnosi się do aktualnych krakowskich mód, póz i środowiskowych obyczajów.

- Dariusz Nowacki

Fragment

- Prawdziwy bohater powinien być samotny.
Tak powiedziała ta pani, wstała i wyszła. Podszedł do okna i patrzył jak idzie. Szła pewnie, niosąc dużą, elegancką torbę. Szła przez ośnieżony plac, w stronę dworca, ta pani.
Nie obejrzała się, nie spojrzała w jego stronę, ani razu. Chociaż na pewno wiedziała, że patrzy.
No, całkiem samotny to nie pozostał. Tuż obok niego stanęła, opierając się obiema łapami o parapet, suka.
- Poszła - powiedział do suki.
- Widzisz, poszła - powiedział.
Ale nie dlatego poszła, że się pokłócili. Nie kłócili się nigdy. Ilekroć pojawiało się jakiekolwiek prawdopodobieństwo, zalążek kłótni, on wstawał, wychodził, szedł do Biura.
A potem wracał i zasypiał.

Nie pokłócili się wcale, zjedli obiad, dali jeść suce, ta pani znienacka po obiedzie umilkła, popatrzyła na zaniedbane mieszkanie, którego nie uratowały żadne jej zabiegi, usiłowania, wietrzenie, odkurzanie. Mieszkanie nie poddawało się jej. A i on się nie poddawał. Nadal chodził nieogolony, nadal palił papierosy w łazience, nadal wrzucał niedopałki do sedesu, nadal nie miał żadnej pracy, oprócz codziennego upijania się.
- To ze szczęścia - tłumaczył - to ze szczęścia, że pani ze mną jest.
Nie wierzyła. Jak można wierzyć czterdziestoczteroletniemu człowiekowi, który od dawna nie posiada dowodu osobistego, pracy, paszportu, który nie posiada telefonu, komputera, samochodu, karty do bankomatu, pretensji do bycia zdrowym, pogodnym i zapobiegliwym? Jak można wierzyć człowiekowi, który nie czyta kolorowych warszawskich tygodników, nie chodzi ani do teatru, ani do operetki, jak można takiemu wierzyć?

Wcale się nie pokłócili, ona po prostu wreszcie spojrzała trzeźwym okiem na to mieszkanie, którego nie da się posprzątać, na tego mężczyznę, którego nie uda się ocalić, na sukę, która nigdy nie będzie normalna.

Więc wyszła do drugiego pokoju, spakowała się, a z maleńkiej zaniedbanej łazienki zabrała swoje różne kobiece łazienkowe przedmioty.
Powiedziała, że prawdziwy bohater powinien być samotny, i nie wdając się w szczegóły, wyszła. Ta pani.
Nie zostawiła po sobie w tym mieszkaniu niczego. Żadnego zapachu, żadnego włosa nawet. Przemieszkawszy tu cały niemal styczeń, nie zdołała w żaden sposób oznaczyć tego mieszkania. Nie udało się.

- Teraz słuszne i zbawienne byłoby na pewno wstać, wyjść, pójść do Biura i upić się - powiedział do suki.
Suka nie miała żadnego imienia, nazywała się suka.
- Ona pewnie, ta pani, w tej chwili tak myśli. Że się tak zachowam. Ale jej wyobrażenia o mnie zawsze były banalne. Gdyż my tak nie postąpimy. Gdyż my pójdziemy na spacerek. Gdyż my jesteśmy twardzielami.

Suka, usłyszawszy słowo „spacerek”, podskoczyła, szczeknęła i zamerdała amputowanym ogonem. Ubrał się, otworzył drzwi, ona chwyciła smycz w zęby i runęła schodami w dół. Wyszli na Mały Rynek, minęli mieszkankę sąsiedniej kamienicy, okutaną w tysiące szmat staruchę w peruce, którą omijali z daleka, odkąd potwornie ich zwymyślała z powodu obwąchiwania jej szmat przez sukę. Co mnie wącha? Po co wącha? Kto jej pozwolił?
Ominęli staruchę wielkim łukiem i pobiegli Sienną na Planty w sprawie suczego sikania i robienia kup. Tam suka szarpnęła niespodziewanie, wyrwała mu smycz z ręki, popędziła przed siebie, w stronę Wawelu, krzyczał, biegł za nią, znikła w popołudniowej zadymce, jeszcze przez długi czas miał nadzieję, że gdzieś ją wypatrzy, ale nie, chodził kilka godzin, łaził nad Wisłę i z powrotem, nic. Nagle zatrzymał się, jeszcze raz się rozejrzał dookoła, poczuł całą beznadziejność sytuacji, gwizdnął bezradnie, nic.

Więc poszedł się upić.

- Wróci - powiedział barman.
- No, mam nadzieję - odpowiedział barmanowi.
- One zawsze wracają - powiedział barman i bez pytania nalał mu setkę bułgarskiej brandy. - Jakby nie wracały, to nic nie miałoby sensu - dodał, podając mu kieliszek.
- No, mam nadzieję - uśmiechnął się do barmana.
- No, mam nadzieję - powiedział do wnętrza kieliszka.
- O, a tu karteczkę dla pana mam - przypomniał sobie barman. - Od paru dni wisi.
Podał mu różową, niewielką, niebudzącą zaufania karteczkę.
- Potem przeczytam - stwierdził mistrz i schował ją do kieszeni. Przesiadł się do swojego stolika i odwrócił plecami do sali. A potem przesiadł się na drugie krzesełko. Przodem do sali. Napił się.

- A to kto? - tak oto zapytał mieszkaniec Warszawy, który w poszukiwaniu krakowskich magicznych atrakcji znalazł się w tym miejscu i w tym właśnie czasie.
- No nie wiesz? - żachnął się barman.
- No, ja od razu pomyślałem, że to on, ale trochę się zmienił, nie? Posiwiał, jakby spuchł, postarzał się. To jest na pewno on? On tu do was przychodzi?
- A niby gdzie ma przychodzić? Ten mały stolik jest jego, zawsze jest tam karteczka „rezerwacja”, właściciel tak wymyślił, bo oni są koledzy z właścicielem, że on tu będzie jako atrakcja bywał, ma tu wódkę w rozsądnych ilościach za darmo, a w zamian przychodzi i siedzi, ale coraz mniej osób go rozpoznaje, a nawet jak go rozpoznają, to raczej mówią mu jakieś złośliwości, czepiają się go, to wszystko trochę jest bez sensu, ta wódka za darmo, to jego przesiadywanie tutaj, no ale z właścicielem są kolegami z dawnych czasów, kiedy jeszcze zajmowali się innymi rzeczami, nie tylko piciem wódki... - barman mówił bardziej do siebie niż do mieszkańca Warszawy, który raczej nie pojął jego refleksyjnego monologu, bo przerwał:
- Piwo z red bullem poproszę.

Wziął piwo z red bullem, zapłacił i podszedł do stolika, najmniejszego w całym lokalu, dwuosobowego, stojącego niemal w oszklonych drzwiach wejściowych.
- Można się do mistrza przysiąść?
- Nie, nie można - odpowiedział człowiek siedzący przy stoliku.
- Nie będę przeszkadzał, posiedzę sobie tylko z mistrzem... - mieszkaniec Warszawy był człowiekiem namolnym. Pachniał jakimś niezmiernie męczącym dezodorantem.
- Idź pan sobie - warknął mistrz. - Idź-pan sobie!