Tak to ten

Jerzy Sosnowski
Tak to ten
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2006
    123 x 197
    418 stron
    ISBN 83-08-03910-3

Bohater powieści Tak to ten Jerzego Sosnowskiego, dziennikarz radiowy, jest na tropie tajemniczej historii związanej z wojennymi losami Kołobrzegu i istniejącej w nim niemieckiej instytucji zajmującej się eugeniką. Sukcesy pracujących tam uczonych mają tłumaczyć zaciekłość, z jaką sowieckie wojska zniszczyły miasto już po jego zdobyciu.
Książka jednak tylko z pozoru jest sensacyjną „powieścią tajemnic”. To jest powieść „psychoanalityczna”, a odpowiednikiem wiadomej kozetki jest tutaj nocne radio. Dlatego utwór ma swoje wątki awanturniczo-detektywistyczne, erotyczne i maniackie – tak jakby wyrastał z różnych pór nocy, w których aktywizują się określone typy rozmówców głównego bohatera. Autor książki zestawił tutaj kilka charakterystycznych typów obsesji i stereotypów, którymi w próbach rozumienia świata kierują się dzisiaj Polacy. Jest tu – jak w polskim życiu społecznym i politycznym – trochę nienawiści do tych, którym się powiodło, trochę marzeń o lepszym życiu w lepszym świecie, trochę kantów, trochę naiwności i wiary w cuda – i zarazem niewiara we wszystko, co jest oficjalną wersją historycznych wypadków. Tego splotu nie da się rozwiązać, mówiąc czytelnikowi, „jak było naprawdę”, po prostu dlatego, że „naprawdę” nie ma, tzn. każdą wersję wypadków można podważyć. W taki sposób mogą powstawać różnorodne mitologie, ale na pewno nie powstanie wiarygodna wersja zdarzeń.
Historia miasta nie tworzy się u Sosnowskiego z odkrytej prawdy dziejowej, ale ze splotu faktów, mitów prywatnych i zbiorowych, wmówień i resentymentów, z których każdy wysnuwa z siebie niteczkę fabuły. Książki nie można więc zakończyć sensownym zwieńczeniem, które zadowalałoby czytelników nastawionych na rozwiązanie wszelkich zagadek. One się ostatecznie okazują własnością głównego bohatera i narratora całej opowieści, który odsłania w przedstawianych zdarzeniach i tekstach osobistą nutę.
Rzecz jest napisana nader kunsztownie, z użyciem bogatej palety stylów, plastycznie i zmysłowo. Spore wrażenie robi też portret miasta, które w osobie Sosnowskiego znalazło swego piewcę, tak jak przedtem Gdańsk w osobach Stefana Chwina czy Pawła Huelle.

-
Jerzy Jarzębski

Fragment

O książce

– Trudno nie zapytać, czy pan mi wierzy.
– Nie wiem – Jodłowski starał się być uprzejmy, w gruncie rzeczy starszy pan okazał się najciekawszą osobą, jaką udało mu się poznać w Kołobrzegu, w każdym razie: najbarwniejszą. – Nie wiem, jak się kończy pana historia.
– To już prawie koniec. Usiedliśmy tutaj, ona taka skulona, na moje pytania nie odpowiadała, aż nagle zobaczyła kogoś, roześmiała się i zerwała z miejsca.”Bardzo panu dziękuję”, powiedziała i poszła. To tylko wydało mi się dziwne, że…
– Że…?
– Że dookoła nikogo nie spostrzegłem. W każdym razie wtedy. I miałem wrażenie, że ona odchodzi, rozmawiając sama ze sobą, gestykulując, jak ktoś niespełna rozumu. I tak blakła powoli w perspektywie uliczki. Aż znikła całkiem.
Hubert Radwan zamilkł na dobre. Grzegorz też się nie odzywał. Więcej: starał się o niczym nie myśleć, skoro starzec usłyszałby to może jak powiedziane na głos. Wygrzewali się więc przez chwilę w popołudniowym słońcu.
– Panie Grzesiu… Czy pan wie, co to jest, to przed nami?
– Co?
– Bindaż. Taki daszek zrobiony z drzew i metalowej siatki, nad alejką. Jeszcze ho, ho, przedwojenny. Może nawet ogrodnik Martens go zasadził. Siatki już nie ma i części drzewek także nie. Reszta rośnie taka powykręcana, bo dawniej przycinano je i przywiązywano, żeby się pochyliły nad przejściem, i tak zostały. Pół wieku temu, a może dawniej, spacerowali tędy najbardziej eleganccy kołobrzescy kuracjusze. Ona odeszła z jednym z nich.
Grzegorz uśmiechnął się leniwie.
– To ładne – mruknął, nie otwierając oczu.
– Chce pan ich zobaczyć?
– Kogo? – przez chwilę mierzyli się wzrokiem jak dwaj spiskowcy, jak kusiciel i jego ofiara.
– Widzi pan – odezwał się w końcu pan Hubert, kierując z powrotem twarz do słońca. Przymknął powieki. – Chodzi o pewnego rodzaju technikę zamieszkania w chwili. Pan ciągle przebywa, proszę mi wybaczyć, na powierzchni. Nie ślizga się pan po niej, jak większość ludzi, już się pan zanurzył, to się chwali, ale zaledwie na jedną, dwie stopy. Więc nurt ciągle jednak pana niesie. Tymczasem jeśli wejdzie pan głębiej, poczuje się pan całym sobą, poczuje pan całego siebie tu oto, na tej ławce, wypełni pan sobą tę chwilę, na wszystkich jej poziomach, i nic z siebie nie poświęci na wspominanie czy planowanie czegoś… Na fantazjowanie…
Znowu zapadła cisza. Grzegorz Jodłowski pomyślał przelotnie o kolejnej nadchodzącej nocy w studiu i poczuł nagle rozkoszny spokój. Kiedyś rzeczywiście starał się zrobić karierę, jeszcze przyjeżdżając do Kołobrzegu wypełniał w myślach kolejny punkt swojego cv, potem dygotał niecierpliwie, jak silnik na wysokich obrotach, który nagle wysprzęglono, denerwował się, że tu utknął. Rojenia pana Huberta pozwalały pomyśleć o jałowym biegu życia jako o niezwykłej możliwości, której dotąd nie doceniał. Poczuł ze zdziwieniem, jak jego mięśnie rozluźniają się, choć dotąd nie wydawało mu się, że są spięte. Więc nie zapytał ponaglająco: „To co wtedy?”, tylko siedział spokojnie. Czekał.
– O właśnie, już prawie dobrze – usłyszał pochwałę. – Żeby jeszcze nie kąsała pana myśl, że zanadto upodabnia się pan do emeryta, który siedzi koło pana, byłoby jak na początek naprawdę świetnie. Jest wystarczająco dużo ludzi, którzy podtrzymują w istnieniu bieżącą chwilę. Silą się na coś, dążą do czegoś, pełnią swoją rolę z zaangażowaniem, ani słowa. Ale pańskie powołanie, jeśli wolno mi użyć tego starodawnego słowa, jest inne.
Od portu zbliżało się w ich stronę jakieś małżeństwo z wózkiem. Grzegorz odprowadził ich wzrokiem spod leniwie uchylonych powiek.
– Więc kiedy poczuje pan tę chwilę całym swoim ciałem, powstrzyma pan wysuwające się z pana, jak ektoplazma, czy jak nibynóżki ameby, myśli ku przeszłości i ku przyszłości… Wtedy, paradoksalnie, wypełniona panem przestrzeń otworzy się na wszystko to, co się tu kiedykolwiek stało lub stanie. I wtedy można ich oglądać. Dzielnego Nettelbecka, który nawiasem mówiąc miał kiedyś grób dokładnie za naszymi plecami. Pierwszych kuracjuszy. Przedwojennych wczasowiczów. Początkowo zobaczy pan niewyraźne zarysy. Coś jak prześwietlone fotografie. Zgęstnienia powietrza, które łatwo przeoczyć. Skrawki mgły. Obecność.
– A pan ich widzi? – Grzegorz uświadomił sobie, że w melodii jego głosu jest raczej ciekawość, niż niedowierzanie. Pan Hubert chyba też to usłyszał, bo uśmiechnął się szerzej niż dotąd i położył mu rękę na ramieniu.
– Mógłby pan być moim synem. Mogę do pana mówić po imieniu? – a kiedy dziennikarz pomyślał z wahaniem „czemu nie?”, pokiwał głową. – Tak, Grzesiu, drogi ogrodniku, widuję ich. To kwestia ćwiczenia. Ale skoro bez treningu ich usłyszałeś, dlaczego miałbyś po jakimś czasie ich nie dostrzec?
Jodłowski otworzył oczy i wpatrywał się pilnie w alejkę między drzewami. Oczywiście była pusta.
– Skąd pan to wszystko wie? – zapytał.
Pan Hubert oparł ręce na lasce i zakołysał całym ciałem, jakby sprawdzał, czy wszystkie kości są na miejscu. Wyglądało na to, że zastanawia się nad odpowiedzią, ale Grzegorz nie usłyszał jego myśli.
– Naprawdę nie przydarzyło ci się w dawniejszym życiu nic niezwykłego? – odezwał się w końcu i wstał. – Ja już pójdę. Spotkamy się znowu za kilka dni. Dziękuję, że zechciałeś mnie odwiedzić.