Złota dwunastka

  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2006
    123 x 197
    396 stron
    ISBN 83-08-03899-9

Złota dwunastka to wybór siedemnastu opowiadań napisanych przez dwunastu wybitnych polskich pisarzy w paru ostatnich dekadach. Zamysł zbioru zdaje się być taki, aby się w tych opowiadaniach odbijał powojenny „los polski”. Są tam zatem opowieści o zasiedlaniu Ziem Zachodnich (Chwin, Huelle) i związanych z tym próbach oswojenia Przypadku i Obcości, co oznaczało też przyjęcie niemieckiego dziedzictwa jako elementu własnej tradycji (Kowalewski, Tokarczuk) i sięgnięcia do historii Gdańska czy dawnych Prus Wschodnich. Najwięcej dowiemy się z tych opowiadań o rzeczywistości komunizmu – oglądanej zarówno od swej strony mrocznej, jak groteskowo-komicznej: Barańczak opowie o strachu i podłości małomiasteczkowych „układów” z władzą, Huelle o pogodnym heroizmie fachowca, który nie chce przymknąć oczu na fuszerkę, Libera – o absurdach wynikających z ekonomicznej sytuacji Polaków, Maj – o występie rockowej kapeli „Animalsów” w robotniczej Łodzi, Tokarczuk – o początku stanu wojennego, oglądanego oczami nic nie pojmującego ze zdarzeń angielskiego profesora psychologii. Autorzy opowiadań próbują zrozumieć, czym w istocie jest komunizm jako coś determinującego życie codzienne i świat wartości (Mentzel, Weiss). Wątki historyczno-polityczne nie dominują całkowicie tomu, równie ważna jest w nim refleksja filozoficzna, rozważania nad sensem egzystencji. To one wysuwają się na plan pierwszy w opowiadaniach Chwina, Kowalewskiego, Rylskiego, Tokarczuk czy Zagajewskiego. Alternatywą zaangażowania politycznego jest zmaganie z pustką, obnażenie absurdalności życia, tak dobrze widoczne w opowiadaniach Rylskiego czy Zagajewskiego. Wiąże się to ściśle z namysłem (czasem autoironicznym) nad nędzą profesji pisarza, obecnym u Pilcha czy Zagajewskiego, a także w niezwykłym spotkaniu dwóch Wieczorów autorskich: Kowalewskiego i Olgi Tokarczuk, pokazujących to samo olsztyńskie spotkanie z roku 1929 Tomasza Manna i jego kochanki – widziane raz od męskiej, raz od kobiecej strony.

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Trochę później dowiedziałem się, że wszystko mogło być inaczej: to znaczy i miejsce, i ja. Bardzo mnie to przeraziło. Okazało się, że wcale nie mówiłbym po polsku, gdyby Ojciec z Wujkiem nie zdążyli „w ostatniej chwili”. Była w tym niekonsekwencja, bo raczej należałoby powiedzieć, że nie byłoby mnie pewnie wcale – ale tu chodziło o to, że inaczej bym wszystko nazywał, co było znacznie trudniejsze do zrozumienia niż możliwość, że w ogóle bym się nie pojawił – właśnie to, że inaczej mówiłbym na drzewo, kota albo Katedrę.
Ojciec z Wujkiem „w ostatniej chwili” wsiedli do pociągu, który jechał „na Olsztyn”. Potem dowiedziałem się, że jechali bardzo długo, aż dojechali do Nowego Dworu. W Nowym Dworze pociąg się zatrzymał, bo mu się skończyła woda. Więc wsiedli, stanęli obok torów, popatrzyli przez chwilę na domy, na drzewa i ruszyli w stronę budynków stacyjnych, a pociąg sapał za nimi pod pompą, nabierając wodę do tendra. Miarowe sapanie oddalało się, bo oni szli w stronę budynków stacyjnych, mieli już dosyć jazdy i pomyśleli sobie, że właściwie wszystko jedno, miejsce dość ładne, można żyć i tu. Więc kiedy tak szli, serce biło mi mocno, bo oddalali się coraz bardziej od wagonów – pewnie pomyśleli sobie, że nie będzie tu aż tak źle, znajdą sobie coś i serce głośno mi biło, bo kolejarz odsunął już kran pompy znad tendra, umył ręce w resztkach wody kapiącej z góry, obtarł dłonie o spodnie i zaczął wchodzić po stopniach do lokomotywy, a oni wcale tego nie widzieli, bo patrzyli w zupełnie inną stronę, przed siebie, na budynek stacyjny, do którego już prawie podchodzili. Kolejarz wszedł do lokomotywy, pokręcił coś pod kotłem, para syknęła, dym buchnął, zadudniło, stuknęły koła, pociąg powolutku ruszył i wtedy Ojciec zatrzymał się, rozejrzał się jeszcze raz dookoła, po czym powiedział do Wujka: „E, nie…” Pociąg jechał już dość szybko, więc oni ruszyli nagle pędem w stronę torów, bo nagle zachciało im się wsiąść znowu do wagonu, więc pędzili przez zwrotnice, obok semaforów, przeskakiwali druty i światła sygnałowe, potykali się o szyny. Ale udało się! Dopadli przedostatniego wagonu – i skok! I już byli w środku.
Tak oto urodziłem się w Gdańsku, a dokładnie na ulicy Poznańskiej numer osiemnaście, w Oliwie „za torami”, w domu zbudowanym przed wojną dla robotników od Schichaua, chociaż mogłem się urodzić w Nowej Wklejce albo w przepięknym grodzie Nowy Dwór. Nigdy nie dowiedziałem się, co zraziło Ojca do uroków tego miasta. Chwila, kiedy mówił „E, nie…”, pozostała na zawsze tajemnicą.
Chwila ta budziła mój lęk znacznie większy niż chwila, kiedy Ojciec z brązową teczką w dłoni wsiadał w Wilnie do pociągu, patrząc nieufnie w zachodnią zorzę płonącą pożegnalnie nad Zamkową Górą – bo o zmianie wileńskiego adresu Ojca zadecydował Stalin, ale kto zadecydował o krótkiej jak mgnienie oka chwili w Nowym Dworze? Odjazd spod Góry Zamkowej oświetlonej różowawym światłem gasnącej zorzy, która zabarwiała na srebrnoróżowo wody Wilii zdążające w stronę Niemna, miał w sobie nostalgiczne piękno, chociaż był rozdzierająco bolesny. Ojciec dotknięty palcem Losu, w prochowcu przewiązanym skórzanym paskiem, stojący na galeryjce wagonu, wpatrzony w oddalające się pagórki Kolonii Wileńskiej był wzniosły – ale ten ze stacji Nowy Dwór, wypowiadający swoje: „E, nie…”? Czy to możliwe, że to był ten sam? Trudno mi było połączyć obie postacie. Nad Zamkową Górą tonącą w blaskach zachodniej zorzy potężny cień umundurowanego mężczyzny z wąsem wytyczał drogę pociągom z ludźmi, którzy nie wiedzieli, co będzie dalej, lecz kim był cień, który zniesmaczył Ojcu miasto Nowy Dwór? I czym się kierował, pragnąc powołać mnie do istnienia właśnie w Gdańsku?
To „E, nie…” tkwiło u podstaw mego bytu. Gdyby chociaż Ojciec rozejrzał się po Nowym Dworze dokładniej, gdyby obejrzał sobie ulice, szkoły, zbiorniki wodne, gdyby rozważył wszystkie „za i przeciw”. Ale tu nie było niczego podobnego! I to miał być mój początek? Wszystko burzyło się we mnie. Gdyby chociaż nie wysiadał w ogóle!!! Gdyby nie wysiadał w ogóle… O! Wtedy u podstaw mego istnienia jaśniałoby czyste cierpienie Wygnania i miałbym dwóch ojców; tego jadącego w moją stronę w wagonie pociągu Wilno-Białystok i tego drugiego, który gestem umundurowanej ręki wskazywał maszyniście dalekie miasto nadmorskie o dziwnej nazwie „Danzig”, które za jego sprawą wskutek artyleryjskiego ostrzału zmieniło się w miasto „Gdańsk”, gdzie zdążała także Mama pociągiem Warszawa-Gdynia, zupełnie o niczym nie wiedząc, rozmyślając tylko o tym, jaka to będzie ta praca w Akademii Medycznej przy „Dębinkach”, którą miała rozpocząć we wrześniu, bo dom na Mokotowie, do którego powinna powrócić po Powstaniu, został spalony przez Hitlera, tak że nie została nawet jedna cała cegła. Ta wyciągnięta Ręka z mundurowym mankietem, wskazująca palcem daleki widniejący ponad zamglonym horyzontem czarny gmach „Marienkirche”, który w ciągu paru dni artyleryjskiej kanonady zmienił się w „kościół Mariacki”, wskazywała Miejsce Spotkania, w wyniku którego miało pojawić się na Ziemi nowe myślące istnienie – to znaczy ja. Ta Ręka w swych tajemniczych planach uwzględniła i mnie: jej to miałem zawdzięczać swój byt jako niezbędny element powojennego ładu Europy. (Stefan Chwin, "Krótka historia pewnego żartu")