Przed agonią

Janusz Krasiński
Przed agonią
  • Arcana
    Kraków 2005
    145 x 205
    534 strony
    ISBN 83-89243-13-X

Zainicjowany pod koniec lat 80. monumentalny cykl powieściowy Janusza Krasińskiego to dzieło nie mające precedensu we współczesnej prozie polskiej. Pisarz, który sam doświadczył dwóch nieludzkich systemów: nazizmu i komunizmu, stworzył literacki dokument o wielkim zakroju czasowym. Posłużył się konwencją najbliższą formule zbeletryzowanych wspomnień. Bo też by przydać swemu dziełu wiarygodności, głównego bohatera (Szymon Bolesta) obdarzył własną biografią. Czwarta część tego cyklu (Przed agonią) obejmuje lata 1968-1984: od niepokojów poprzedzających wydarzenia polskiego Marca 1968 (brutalnie stłumiony protest studencki) po mord polityczny dokonany na księdzu Jerzym Popiełuszce. Bohater Przed agonią jest pisarzem i działaczem Związku Literatów Polskich. O tych dwu obszarach aktywności Szymona Bolesty dowiadujemy się najwięcej. Z zajęć literackich najszerzej zostały przedstawione perypetie związane z produkcją autentycznego polsko-radzieckiego filmu Zapamiętaj imię swoje (1974, reż. Sergiej Kołosow). Tu pojawiają się relacje z kilku wizyt bohatera w Moskwie, połączone z opowieściami o jego rosyjskich przyjaciołach. Ale perypetie Bolesty są także, a może przede wszystkim, figurą losu zbiorowego. Niewiele wiemy o życiu prywatnym bohatera, gdyż to zostało całkowicie przesłonięte przez „życie obywatelskie”. Dlatego większość epizodów zorganizowana została wokół gorących polskich spraw – protestów robotników i intelektualistów z lat 70., wybuchu „Solidarności”, stanu wojennego i jego następstw.

-
Dariusz Nowacki

Fragment

Zabrnął między osty, cofnął się. Ta wielka śmierć, myślał o Stalinie, nie na wiele się zdała, zbrodniczy system trwa. I trzeba było aż tych kul w kopalni „Wujek", tych zabitych górników, ażeby tamto, co przeżył, mógł zobaczyć, jak w zbryzganym krwią lustrze wojennego stanu. Więc najwyższy czas wszystko to opisać...! I tylko zachować ostrożność, przed nikim się z tym nie wydać, pisać co najmniej w trzech kopiach i każdą gdzie indziej ukrywać!
Doszedł do cypla wyspy. Wywalała tu nagnany nurtem jęzor piaszczystej łachy. Obsiadły ją rybitwy. Na widok Szymona zerwały się z piskiem. Srebrne sierpiki na błękicie nieba. Przebiegło mu przez myśl, że to jedna z tych ptasich generacji, których było tu tysiące, setki tysięcy i poczuł idące od wody tchnienie demona historii. To odwiecz¬ne koryto rzeki, ta wyspa sprzed ćwierć miliona lat i daleko za wodą wieża kościoła w Popowie: smukła, strzelista, pnąca się śmiało ku niebiosom. Pokryta czerwoną łuską dachówki wyłoniła się nagle zza wzburzonych na horyzoncie fal zieleni. Była surowym naśladownictwem nadwiślańskiego gotyku, lecz ilekroć spoglądał na nią z tego) miejsca, przenosiła go myślami o setki lat wstecz. Rzeczpospolita... Kiedyś to było mocarstwo. Zamiatali przed nią pióropuszami wielcy carowie i potężni sułtani. Tyranom, monarchom nie dawała spać panująca w nim tolerancja. Osłabioną szwedzkim najazdem poćwiar¬towali i podzielili się nią. Długie lata niewoli, po czym odrodziła się na krótko. Na krótko, teraz jest nędznym sowieckim wasalem. Nie do zniesienia! Podniósł z piachu sękaty kij, zamachnął się w geście rozpaczy, rzucił go do wody i zawrócił.
Wrócił na most i skręcił od rzeki w stronę lasu. Za każdym razem, gdy zbliżał się do swej posesji, cieszył go widok skleconej niedawno chaty, jej stromego dachu, kolorowych okiennic. Nawet nie przypusz¬czał, że to miejsce stanie się wkrótce jego ucieczką. Dotąd myślał o nim jedynie, jako o tajnej melinie, gdzie miał napisać swą zakazaną przez komunę powieść. Teraz, po narodowej klęsce, szukał tu przede wszystkim uspokojenia. Zza obsadzonej dziką różą drucianej siatki wyglądały łyse głazy skalniaka. Coś tam, jakby zielone prącia, wy sterczało ze szczelin między nimi. Doszedł do żelaznej ażurowej bramy, wyjął klucz, otworzył furtkę. Suka przemknęła mu pod nogami i z zajadłym szczekaniem dopadła do przeciwległego ogrodzenia. Po jego drugiej stronie, pod półnagimi konarami dębu stąpał koń z po¬chylonym łbem. Za nim wieśniak w wacianej kurtce. To od niego kupił część tego gruntu. Jagielski — gospodarny chłop z rękami na rękojeściach pługa. Lemiesz pruł nie najtłustszą tu ziemię. Wykrojona skiba przewalała się na wznak jeżem ściernika. Szymon podszedł do siatki, uciszył psa, Jagielski zatrzymał konia.
— Prrrr...!
Chwilę stali obaj w milczeniu. Nie widzieli się od jesieni zeszłego roku. A tyle rzeczy przez ten czas się zdarzyło. Chłop otarł rękawem pot z czoła.
— Co u pana słychać, panie Bolesta?
Jak cierń było to pytanie. Co miał na nie odpowiedzieć? Że uniknął aresztowania, że choć stan wojenny, to on na swobodzie. I że mimo wszystko nie przewaliły się przez te pola sowieckie czołgi, a wolnościowy zryw narodu rozgnieciono jedynie rodzimym butem. O Chryste...! Tafla lodu ostrym rogiem podeszła mu do krtani. Nie¬uleczalna choroba przytłaczająca piersi! Stał, patrzył na zwróconą ku niemu umęczoną twarz chłopa, na przestępującego w miejscu konia, na odwalone skiby ziemi i nie mógł wydobyć głosu.
— Jak się pan czuje? — ponowił swe pytanie Jagielski i ponuro
zwiesił wargę.
Jak się miał czuć...? W ćwierć wieku po jego wyjściu zza krat znów szaleje bezpieka, pakuje ludzi do obozów, do więzień... Doczekał śmierci Stalina, lecz śmierci tego morderczego reżimu już nie doczeka. Nie ujrzy go nigdy w konwulsjach agonii. Przez resztę życia aż do grobu będzie mu towarzyszyć cień czarnej „wrony". Ta myśl nie do zniesienia! Przyjechał tu po to, by od niej uciec, nie powinna była go dopaść pod tym dębem. Piekły go powieki, słońce świeciło mu prosto w oczy, przymrużył. Jak przez sen widział zaorany do połowy zagon za drucianą siatką oraz niedorzeczny, jakby nierzeczywisty zaprząg: gospodarz z pługiem, jego parujący potem koń i zawisłe w powietrzu pytanie: „A co u pana? Jak się tu teraz żyje?" Lecz lodowaty czop w gardle, nie zdoła wydusić z siebie słowa. Jagielski stoi, czeka, aż on coś powie. Ale chłop nie ma czasu na próżne stanie, a ziemia nie może leżeć ugorem... Zaorać! Szymon z trudem przełknął ślinę, spazm rozpaczy wykrzywił mu wargi, zaciął zęby, aby nie zatkać. Jagielski skinął głową, jakby zrozumiał jego milczenie, zamachnął się i strzelił z bata.
— Wiśta...!
Napięły się popręgi uprzęży, zaprząg ruszył, zaświeciła wilgotnym brzuchem odwalona skiba, z dębu poderwało się kilka wron i kołując jak czarne zgliszcza opadły na ziemię. Na niewidocznej stąd rzece, w dali za przeoranym zagonem, rysował niebo biały czubek żagla.