Złota trąbka

Bogdan Loebl
Złota trąbka
  • Ruta
    Wałbrzych 2003
    125 x 190
    210 stron
    ISBN 83-916555-8-X

Akcja tej kameralnej powieści rozgrywa się w roku 1939, w miesiącach poprzedzających wybuch II wojny światowej, i została osadzona na pograniczu polsko-ukraińskim, za bohatera zaś ma dziesięcioletniego chłopca. Utwór ten jest rodzajem niezobowiązującej autobiografii i wziął się z chęci odtworzenia przez pisarza własnego dzieciństwa spędzanego w tej pięknej i zarazem boleśnie dotkniętej konfliktem narodowościowym krainie. Oto narasta antagonizm między polskimi kolonistami osadzonymi na kresach dawnej Rzeczpospolitej i miejscową ukraińską ludnością, antagonizm, z którego istnienia nie zdaje sobie sprawy dziecięcy bohater. Józek, bo tak mu na imię, jest synem polskiego urzędnika, który wszelako związał się z Ukrainką. Ojciec chłopca nigdy nie pogodził się z tym, że – z punktu widzenia kolonistów niechętnych miejscowej ludności – popełnił plemienny mezalians. Jednym z ważniejszych wątków tej powieści jest owa rodzinna zadra, nacechowana zresztą psychoanalitycznie. Chłopiec bowiem wyraźnie wziął stronę matki, z którą na ogół rozmawia po ukraińsku, a jego dojrzewanie naznaczone zostało buntem skierowany przeciw władzy ojca. Złota trąbka jest przede wszystkim powieścią o dojrzewaniu. I choć niewielkie ramy czasowe tej narracji nie pozwoliły autorowi na sporządzenie szerszego katalogu wtajemniczeń, to jednak – głównie dzięki retrospekcjom – przyglądamy się temu, jak przed Józkiem odsłaniają się stopniowo ciemniejsze strony rzeczywistości.

-
Dariusz Nowacki

Bogdan Loebl – ur. w 1932 r. południowo-wschodnich kresach przedwojennej Polski. Autor wierszy, prozy, słuchowisk, artykułów publicystycznych, reportaży oraz tekstów piosenek i bluesów.

Fragment

Biegł, dopóki płomyczek w jego piersi nie rozrósł się w krzew płomieni, kąsających mu płuca. Cerkiew była już blisko, a za nią niewidoczna jeszcze dzwonnica. Wyczerpany biegiem Józio oparł się o pień wierzby i patrzył na cerkiew, która właściwie była skalistą, porośniętą brązowym mchem górą. Gdyby znalazł prowadzącą do jej wnętrza szczelinę, mógłby się w niej ukryć przed gniewem ojca.
Wzniósł oczy ku widniejącemu na jej szczycie przekreślonemu ukośnie krzyżowi i przeżegnał się. Uświadomił sobie, że gniew ojca byłby jeszcze sroższy, gdyby zobaczył, że jego syn trzema złożonymi palcami trzykrotnie dotyka czoła, piersi i ramion, jakby był Ukraińcem, a nie Lachem, jak go tu czasami obraźliwie nazywali rówieśnicy, ale przecież ta przesycona wonią kadzideł góra nie była kościołem, lecz cerkwią milczącą teraz i zamkniętą na ogromny, srebrny klucz, jednak przynależąca do niej dzwonnica była zawsze otwarta. Oddychający już swobodnie Józio ruszył ku niej, ale po kilku krokach zatrzymały go jakieś niepokojące głosy. To jęczał z bólu, albo starał się wypłakać swoją rozpacz ktoś ukryty za cerkwią lub w dzwonnicy.
Spoza węgła cerkwi wytoczyły się dwie stare, splecione w uścisku kobiety. Poruszały się w jakimś powolnym, arytmicznym tańcu. Rozcapierzonymi palcami wgłębiały się wzajemnie w siwe i potargane włosy, próbując równocześnie kopać jedna drugą po osłoniętych długimi spódnicami nogach, a nawet gryźć, jak robią to czasami zaprzężone do jednego dyszla konie; ich odświętne chustki, które przed wyjściem z domów zawiązały sobie na głowach, zapewne leżały wdeptane w błoto gdzieś za cerkwią.
Józio nie wiedział, czy zawrócić, czy też przejść obok kobiet, które dryfując zbliżały się do niego. Przerażały go ich spazmatyczne jęki i sapanie, zaczął się cofać, ale myśl, że w ten sposób przybliża się do sadu państwa nadleśniczostwa osadziła go w miejscu.
Kobiety były już blisko. Wydało mu się, że czuje gorąco ich nieświeżych oddechów. Jeszcze krok, dwa i dosięgną go ich starcze ręce i włączą do swego tańca. Przecisnął się pomiędzy nimi i wypełnionym błotnistą mazią rowem. Zasnute mgłą nienawiści oczy kobiet nie zauważyły go, ale być może dotarł do ich uszu odgłos kroków Józia, gdyż zatrzymały się i odwróciły do niego głowy. Ujrzał, jak po bruzdach ich starczych zmarszczek płyną łzy z na poły zasłoniętych powiekami oczu.
Naraz kobiety odstąpiły od siebie. Nieco niższa i tęższa zadarła spódnicę i pochyliwszy się pokazała tej wyższej goły tyłek. Wyższa stała przez chwilę, jakby osłupiała z wrażenia, po czym odwróciła się do niższej plecami, również się pochyliła i uniosła w górę spódnicę. Porażony bielą i ogromem gołych tyłków kobiet Józio puścił się pędem przed siebie. W ślad za nim, niczym kamienie, leciały obelgi. Czekał na tę szczególnie dla niego przykrą: „Lach”, lecz one najwyraźniej nie znały tego epitetu.
Zatrzymał się i ze zdziwieniem stwierdził, że starowinki w ogóle nie patrzą w jego kierunku, tylko nadal, raz po raz błyskają na siebie gołymi tyłkami.
Wszedł do dzwonnicy i wczepiając się kurczowo w szczeble wspiął się na jej piętro. Z odwróconego dnem do góry kielicha dzwonu spłynęła na Józia przenikająca do głębi cisza. Starając się nie zakłócić jej, podszedł na palcach do okienka i spojrzał w dół. Kobiet na drodze już nie było. Może przypomniał im się jakieś boże słowo i padły na kolana pod niewidocznymi stąd drzwiami cerkwi, by prosić o wybaczenie za popełnione przed chwilą grzechy?
Na parapecie sąsiedniego okienka usiadł śnieżno-biały gołąb, spojrzał na Józia i odleciał.
Józio wpatrzył się w biegnącą to od nadleśniczówki drogę. Nie wiedział, co pocznie, kiedy ujrzy na niej bryczkę wiozącą zagniewanego ojca. Może wzbije się w niebo, jak ten gołąb przed chwilą i na zawsze odleci z Jasienia?
Naraz olśniła go myśl, że ten niespotykanie wielki ptak nie był gołębiem, lecz Duchem Świętym od stuleci uwiecznianym przez obdarzonych łaską boską artystów na obrazach olejnych i rycinach.
Porażony zabobonnym lękiem Józio padł na kolana i złożywszy kciuk, palec serdeczny i wskazujący prawej ręki przeżegnał się trzykrotnie, po czym wzniósłszy oczy do nieba zaczął żarliwie prosić śnieżnobiałego Ducha, żeby zagoił rozbity nos Lolka, zanim pan leśniczy opuści nadleśniczówkę, a jeżeli nie uda MU się tego dokonać, to żeby bryczka w ogóle nie pojawiła się na prowadzącej tu z nadleśniczówki drodze.