Wykluczeni

Artur Domosławski
#
  • Wielka Litera
    Warszawa, marzec 2016
    205 x 135
    576 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-8032-083-3

Fragment najnoszej książki Artura Domosławskiego Wykluczeni został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.

Copyright: Wielka Litera


Syty człowiek szuka jądra ciemności

Słyszeliście państwo o czymś takim jak favela tour, wy­cieczka po faweli? Niektóre biura podróży mają je w swoich ofertach. Coraz więcej ludzi w Europie i Stanach pociągają wyjazdy do miejsc tragedii, cierpienia, konfliktów, także tych zbrojnych. To światy, które zaludniają miliony wykluczonych - żyjących w slumsach, obozach dla uchodźców, na biednej prowincji, na terytoriach okupowanych. Nieszczęścia, jakich doświadczają, służą za „atrakcję” dla turystów. O co chodzi w takim podróżowaniu? Po co i w jakiej sprawie? Zajrzyjmy do sieci.

Strona internetowa agencji War Zonę Tours (Podróże Do Stref Wojennych) wita fotografią płonącego samochodu, odgłosami strzałów i wybuchów. Na otwarcie deklaracja: „Mimo pozornie niepoprawnej politycznie nazwy War Zonę Tours oferują zaskakująco poprawne politycznie doświadczenie. Naszym celem jest pokazanie ci, co naprawdę dzieje się w miejscach, które wcześniej widziałeś w telewizji i w prasie. Ograniczając się jedynie do informacji, które środki przekazu uznały za istotne, tracimy bogate doświadczenie, jakie wiąże się z poznawaniem krajów, kultur, a co najważniejsze - ludzi dotkniętych szeroko komentowanymi wydarzeniami...”. Dodatkowa zachęta: Nasze wyjątkowe podróże są bezpieczne, dopasowane do twoich wymagań i dostępne niemal dla wszystkich”. Na okrasę jeszcze złota myśl popularnego pisarza Paula Coelho: „Trzeba podejmować ryzyko. Cud życia pojmie­my w pełni tylko wtedy, gdy pozwolimy, żeby wydarzyło się niespodziewane”.

Agencja zaczęła działalność w latach dziewięćdziesiątych i organizowała podróże do ponad pięćdziesięciu miejsc wysokiego ryzyka. Nie zawsze były to miejsca ob­ielę konfliktami zbrojnymi, choć często tak. Organizatorami i przewodnikami są byli wojskowi, agenci tajnych służb lub jednostek specjalnych, umiejący poruszać się w strefach konfliktów, wykorzystujący stare kontakty pracy dla rządów i agencji bezpieczeństwa. „Niektórym ludziom udaje się poznać samych siebie tylko poprzez niebezpieczną przygodę” - jeszcze jedno dobre motto - zachęta, tym razem z przemyśleń André Gide’a. (Iluż reporterów podróżujących do mrocznych zakątków świata podpisałoby się pod tą maksymą!)

Do agencji można napisać prośbę o zorganizowanie wycieczki do miejsca, które nas interesuje, niemniej War Zone Tours mają stałe oferty. Jakiś czas temu - takie oto cztery kierunki:

Irak, ogarnięty powojennym chaosem i rozdzierany zbrojnymi konfliktami („piękne, lecz potencjalnie niebezpieczne miejsce”). Do zwiedzania, prócz starożytnych zabytków, agencja oferuje miejsca najpotężniejszych ekspozycji samochodów-pułapek.

Bejrut, stolica Libanu, podzielona między rozmaite zbrojne frakcje. Agencja zachwala podróż w taki sposób:

„Jeśli za dobre spędzenie czasu uważasz wypad na wiec Hezbollahu, a następnie na sushi, Bejrut to definitywnie ostre śródziemnomorskie miejsce dla ciebie...”. „Intryga, suspens i niebezpieczne piękno - oto, co najlepsze w po­dróży do Bejrutu”.

Meksyk, którym od 2006 roku wstrząsa wojna narko­tykowa, porwania dla okupu i „znikanie” tysięcy niewy­godnych ludzi. Na trasie wycieczki znajdują się między innymi przygraniczne Ciudad Juarez, gdzie w jednym tylko roku 2010 zabito ponad trzy tysiące ludzi; Tijuana, słynąca z porwań dla okupu, oraz dawny kurort Rosarito - miejsce częstych strzelanin między gangami.

Afryka, a właściwie kilka obszarów konfliktowych - Sudan, Somalia i Demokratyczna Republika Konga.

Witajcie na wakacjach ze śmiercią!

Oferty agencji turystycznej War Zonę Tours i jej podob­nych mają od kilkunastu lat swoją nazwę: dark tourism - czarna turystyka albo mroczne podróżowanie. Według fachowej definicji brytyjskiego Institute for Dark Tou­rism Research z Leicester, który zajmuje się badaniem tego zjawiska, mroczna turystyka oznacza wyjazdy do miejsc naznaczonych śmiercią, zbrodnią, cierpieniami ludzi, makabrą. Podróżujący odwiedzają między innymi dawne pola bitew, miejsca dotknięte katastrofami na­turalnymi, więzienia, cmentarze i szczególnego rodzaju muzea.

Badacze mrocznej turystyki celują w neologizmach. Mówią o thanatourism, czyli podróżach z Tanatosem, greckim bogiem śmierci, w trakcie których ogląda się deathscapes, czyli śmierciobrazy (przetworzenie słowa landscapes, krajobrazy).

Podróżowanie do miejsc tragedii i makabry nie jest zja­wiskiem nowym. Wielkie bitwy w XIX wieku, na przykład pod Waterloo czy Gettysburgiem, przyciągały widzów, czy - jak kto woli - gapiów, którzy obserwowali teatr działań wojennych na żywo. Także w tamtym stuleciu prekur­sor współczesnej turystyki Thomas Cook zabierał klientów swoich biur podróży na publiczne egzekucje w Anglii. Ale początki mrocznej turystyki, przyglądania się śmierci i cier­pieniu niejako dla rozrywki można odnaleźć wcześniej. Niektórzy badacze zjawiska wskazują na walki gladiatorów w starożytnym Rzymie. Czyli naprawdę nic nowego?

Niezupełnie. Nowością jest komercjalizacja tego ro­dzaju wypraw, uwzględnienie wyjazdów do makabrycz­nych miejsc w ofercie przemysłu turystycznego. Podró­że do miejsc naznaczonych śmiercią i cierpieniem raczej nigdy nie będą masowe, jednak według prestiżowego miesięcznika „The Atlantic”, którego artykuł zainspirował mnie do tych rozważań, sektor dark tourism rośnie w szybkim tempie: w ciągu ostatnich kilku lat średnio co roku o sześćdziesiąt pięć procent i obraca ponad dwustu pięćdziesięcioma miliardami dolarów rocznie.

Mroczna turystyka obejmuje szerokie spektrum śmierciobrazów. Na liście popularnych celów tego typu podróży, sporządzonej przez brytyjski dziennik „The In­dependent”, znalazły się między innymi:
Auschwitz - miejsce symbol zagłady europejskich Żydów;
pola śmierci w Kambodży i muzeum ludobójstwa tam­że w dawnej szkole, gdzie zamordowano dwadzieścia tysięcy ofiar;
Hiroshima, miejsce eksplozji pierwszej bomby ato­mowej; Fukushima, gdzie w 2011 roku doszło do tragicznej w skutkach awarii elektrowni atomowej;
dawne więzienia, a obecnie hotele Malmaison Oxford, Four Seasons w Stambule, Lloyd Hotel w Amsterdamie; także czynne więzienie Louisiana State Penitentiary, zwa­ne Angolą, które dwa razy do roku organizuje rodeo dla publiczności. Obowiązkowo: Alcatraz na wyspie w San Francisco;
Prypeć - miasto na Ukrainie, gdzie do chwili awarii elektrowni atomowej w 1986 roku w pobliskim Czarno­bylu żyło pięćdziesiąt tysięcy ludzi; obecnie Prypeć zwie­dza się jako „wioskę duchów”; w wielu miejscach można zobaczyć plakaty radzieckiej propagandy;
Ground Zero w Nowym Jorku - miejsce, w którym przed zamachem terrorystów z Al-Kaidy stały dwie wieże World Trade Center;
Nowy Orlean - a właściwie dzielnica 9th Ward, naj­bardziej dotknięta huraganem Katrina;
Eyjafjallajökull - wulkan na Islandii, którego nazwa jest nie do wymówienia dla nie-Islandczyków, i którego erupcja w 2010 roku sparaliżowała przez ponad tydzień ruch lotniczy nad częścią Europy;
Sri Lanka - rodzaj pól śmierci, to znaczy miejsca rzezi dokonywanych przez wojsko w walce przeciwko party­zantom - Tamilskim Tygrysom;
My Lai - wioska w Wietnamie, gdzie wojska amery­kańskie dokonały masowego mordu na mieszkańcach;
pola bitewne, między innymi w Hastings, Gettysburgu, Waterloo;
Oradour-sur-Glane - miasteczko w Normandii, gdzie tuż po inwazji aliantów w 1944 roku hitlerowska armia otoczyła teren i wymordowała setki mieszkańców (Charles de Gaulle zdecydował, by miasteczka nie odbudowywać i uczynić z niego symbol zbrodni nazistowskich w czasie okupacji Francji);
Belchite, „miasto duchów” w Hiszpanii, w prowincji Saragossa, miejsce krwawych walk między zbuntowany­mi oddziałami generała Franco, późniejszego dyktatora, a oddziałami republikańskimi.

Do mrocznej turystyki zalicza się też czasem zwiedza­nie Pompei - ruin miasta zniszczonego w wyniku erupcji wulkanu Wezuwiusz w I wieku naszej ery.

Podróżowanie do wyliczonych tu miejsc nie wymaga specjalnych przygotowań. Jest bezpieczne i powszechnie dostępne. Prawdziwy dark tourism, wywołujący dreszcz emocji ze względu na potencjalne zagrożenia, to ten oferty agencji War Zonę Tours i jej podobnych. Przewi­duje atrakcje nie dla wszystkich, choćby z powodu wy­sokich cen. Niebezpieczne dzieje się na naszych oczach, i przynajmniej ze sporym prawdopodobieństwem wydarzyć się może.

Na przykład brytyjska agencja Untamed Borders (Nie­okiełznane Granice) organizuje piesze wyprawy w góry na pograniczu Afganistanu i Pakistanu, gdzie ukrywał się

Usama ibn Ladin. W niektórych miejscach wciąż działają grupy zbrojne rozmaitych ugrupowań i frakcji polityczno-religijnych. Ceny w zależności od przebiegu trasy i czasu trwania trekkingu wynoszą od tysiąca pięciuset do trzech i tysięcy funtów brytyjskich.

Tuż po wojnie domowej w Libii agencja Political Tours (Wycieczki Polityczne) z Londynu woziła spragnionych mocnych wrażeń turystów do wyniszczonego walkami kra­ju. Pokazywała między innymi muzeum Al-Mu’ammara Kaddafiego, więzienie, w którym wciąż przetrzymuje się więźniów politycznych, a także organizowała spotkania z członkami zbrojnych milicji w Misracie, niemal w trak­cie ich roboty, polegającej między innymi na prześlado­waniu politycznych rywali. Niedawno na stronie agencji widniała informacja, że w związku z trwającym konflik­tem - czytaj: zbyt dużym niebezpieczeństwem - wyciecz­ki do Libii zostały zawieszone.

Ale agencja oferuje mnóstwo innych, między innymi do Rosji Putina z wizytą w Dumie i spotkaniami z po­słami, do kryzysowej Grecji czy RPA nękanej pospolitą przestępczością, biedą i trudnościami ekonomicznymi. Programy wycieczek mają charakter edukacyjny, nie róż­nią się od podobnych organizowanych czasem dla poli­tyków, biznesmenów, dziennikarzy, naukowców, a jedyną różnicą jest kilka dni na obowiązkowy relaks.

Świadomą politycznie turystykę promują od lat Izra­elczycy i Palestyńczycy. Byli izraelscy żołnierze oferują wręcz konkurencyjne - w znaczeniu politycznym - wizje bliskowschodniego konfliktu. Jedni pokazują turystom, z jakim zagrożeniem ze strony Palestyńczyków zmaga się od wielu lat ich kraj. Inni, ze stowarzyszenia „Breaking the Silence” (Przerwać Milczenie) - zupełnie za darmo - pokazują i opowiadają przyjezdnym, w jaki sposób Izrael, niegdyś także ich rękami, prześladuje sąsiadów.

Hitem niektórych agencji, które promują świado­me politycznie podróżowanie, były w 2014 wyprawy na Ukrainę - w sam środek wydarzeń na kijowskim Majda­nie. Jak wspominał na łamach miesięcznika „The Atlan­tic” organizator jednej z tych podróży, turyści z Ameryki byli poruszeni zaangażowaniem zbuntowanych, gotowych umrzeć za sprawę. Kibicowali ludziom okupującym plac Niepodległości w Kijowie, a jednocześnie w pobliskim barze oglądali w telewizji swój ukochany Super Bowl.

Podobne wyprawy niektóre biura podróży organizowa­ły w 2012 roku do Kairu, na plac Tahrir, do serca arabskiej wiosny - już po obaleniu dyktatury Mubaraka.

Przygotowanie tego rodzaju wycieczek przypomina przygotowania reportera do zagranicznej wyprawy (tak uważa Nicolas Wood, były korespondent „The New York Timesa” i założyciel agencji Political Tours na Bałkanach. Wyszukiwanie miejsc, lokalnych kontaktów, rozległe lek­tury. Następnym krokiem jest tworzenie niejako na żywo opowieści o miejscu i wydarzeniach dla małej grupy tury­stów. Ważna uwaga: tego typu podróżowanie jest zazwy­czaj możliwe jedynie w niewielkim gronie, a gdy celem są obszary aktualnie objęte konfliktami, grupy są jeszcze mniejsze.

Wiele biur podróży ma w ofercie miejsce, które może się wydawać całkowicie niedostępne - Koreę Północną (cena: około trzech tysięcy funtów brytyjskich). Trasa po­dróży jest oczywiście ograniczona, wycieczka odbywa się pod czujnym okiem koreańskiej bezpieki, niemniej - jak zapewniają organizatorzy - prócz oficjalnych miejsc kultu ustroju politycznego i jego przywódców daje się zaobser­wować sporo z życia codziennego Koreańczyków. W 2013 roku Koreę Północną odwiedziło około siedmiu tysięcy turystów z krajów zachodnich - to jest dwa razy więcej niż rok wcześniej; zainteresowanie tą trasą błyskawicznie rośnie.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ od lat towarzyszy mi pytanie, czy praca reportera opisującego świat nę­dzy, konfliktów i wojen różni się zasadniczo - w sensie etycznym - od takiej mrocznej turystyki. Jeździmy w da­lekie rejony świata, by opisywać cierpienia ludzi. Tłuma­czymy to pasją, potrzebą informowania, wzbudzaniem empatii, czasem nawet walką o sprawiedliwość, o prawa uciśnionych. Zderzamy się z nieszczęściem, podchodzimy do niego blisko, ale... mamy bilet powrotny. Zarabiamy w ten sposób, żyjemy z opisywania dramatów bliźnich.

Czy istnieje granica między pasją, misją, jaką niekiedy sobie przypisujemy, a pracą dla chleba? Sądzę, że tak - ale gdzie ją wyznaczyć?

Niektórzy traktują ten zawód jako sport ekstremal­ny, potrzebują adrenaliny, którą wyzwala. Doświadczenie grozy, stres okazują się nieraz bombą z opóźnionym zapło­nem, która niespodziewanie wybucha i rozrywa ich ży­cie na strzępy. Składanie go na nowo zajmuje potem lata. Czasem się nie udaje.

Jak często chłodna operacja zbierania informacji o nie­szczęściach innych jest źródłem naszej autorefleksji? Kim są dla nas, reporterów, ci opisywani, fotografowani, filmo­wani, których naznaczyło nieszczęście? Jak często do nich wracamy, spotykając się ponownie - już bezinteresownie? Czy piszemy do nich później, dzwonimy, interesują nas ich dalsze losy? Częściej nosimy ich w pamięci czy ra­czej zapominamy, bo instynkt samozachowawczy chroni nas przed życiem wśród trupów, ludzi „znikniętych”, za­łamanych i przetrąconych, skazanych na niekończące się cierpienie?