Klasyka: Reaktywacja

#
  • Zeszyty Literackie
    maj 2012
    seria „Podróże”
    tłumacz: Paweł Hertz
    209 stron
    ISBN: 9788360046227

Zapraszamy do przeczytania kolejnej recenzji z naszego cyklu Klasyka: Reaktywacja - tym razem Jarosław Mikołajewski opowiada o książce Obrazy Włoch. Florencja Pawła Muratowa, w tłumaczeniu Pawła Hertza. Równocześnie z Gazetą Wyborczą publikujemy recenzję pisaną i - mówioną! Pierwsza - niżej. Druga - tu!

"Dzisiejsza Florencja oglądana spod San Miniato - pisze Paweł Muratow w szkicu o Florencji - niezbyt przypomina owo miasto, o którym marzył niegdyś Dante. W ciągu sześciuset lat nie zmienił się tu chyba San Giovanni, ów most Rubaconte, czyli alle Grazie, lub może jeszcze wysokie, ciemne mury franciszkańskiego kościoła Santa Croce. Za mostem i wokół kościoła wszystko się zmieniło, wszystko mówi o nowych stuleciach i o nowych ludziach".

"Obrazy Włoch", z których pochodzi wspomniany szkic, powstawały przed I wojną. Czytając dziś rozważania Muratowa o Florencji, musimy więc dodać do czasu, który dzielił rosyjskiego pisarza od Dantego, kolejne sto lat. Jaką wartość ma dzisiaj dla nas relacja z podróży rosyjskiego pisarza (1881-1950), oglądającego Włochy w epoce, która nie jest już nasza? Ogromnym skarbem była dla Karola Szymanowskiego, Jarosława Iwaszkiewicza i Pawła Hertza, który ją przetłumaczył. Okazuje się, że może być nim i dla nas, turystów epoki przewodników Pascala.

Zmienna niezmienność

Po pierwsze, dzisiejsza Florencja nie jest tak daleka Florencji Muratowa jak toskański początek XX w. różnił się od czasów Dantego. Wątpliwości co do jedności miejsca nie są dziś aż tak uprawnione jak wtedy. Rozważając perspektywę autora "Boskiej komedii", który na samym początku XIV w. został wygnany ze swojego miasta i nigdy do niego nie wrócił, Muratow stoi zdecydowanie po naszej stronie. Jego punkt widzenia w znacznym stopniu pokrywa się z naszym.

Florencja, którą nosimy pod powiekami, ukształtowała się w większości w XV i XVI w. Dante, który swojej małej ojczyźnie nie szczędził słów bolesnych i gorzkich, nawet wulgarnych, owszem, mógł jeszcze oglądać szkice swojego przyjaciela Giotta do dzwonnicy przy katedrze Santa Maria del Fiore. Nie mógł jednak przypuszczać, że Giotto zapowiada tak arcydzielny kształt jego miasta, że obok kampanili i wstrząsającej mozaiki w jego ukochanym baptysterium św. Jana Chrzciciela wśród arcydzieł staną za sto i dwieście lat dzieła takich florentczyków czy Toskańczyków, jak: Masaccio, Donatello, Brunelleschi, Fra Angelico, Leonardo da Vinci, Michał Anioł. I wielu innych, nie tylko malarzy, architektów, rzeźbiarzy. A przecież to właśnie ich dzieła, nie wspomnienia Dantego, narzucają nam dzisiaj profil Florencji, jej głębię i zmienność.

Od czasów Muratowa do dzisiaj nie zmieniło się wiele. Nie zburzyły Florencji I i II wojna. Mogła zniszczyć ją wielka powódź w listopadzie 1966 r., ale dzisiejszy turysta, który - jak większość - zdecyduje się na spacer po mieście bez lektury tej historii sprzed pół wieku, nawet nie zauważy niszczących skutków tego, co dla wielu florentczyków wciąż jest podstawą wspólnego doświadczenia. Żeby zrozumieć, jak kosmetyczny charakter miały korekty Florencji w XX w., wystarczy posłuchać warszawskiego florentczyka Roberta Salvadoriego, który na marginesie swojej świetnej książki "Moda i nowoczesność" tak wspomniał "Wyborczej" o zmienności Florencji, którą sam mógł zaobserwować: "We Florencji w latach 30. powstał pałac młodzieży faszystowskiej G.I.L. Po wojnie nie był lubiany przez władze, więc z roku na rok podupadał, ale wszyscy mieliśmy do niego sentyment. Działała tam zresztą pływalnia, działało kino Cristallo. Aż w 1977 r. został zburzony". Ot, coś było i nie ma.

Przybywają imigranci

Inna Włoszka w Warszawie, Tessa Capponi, wywodząca się z jednej z najstarszych dynastii florenckich, o kościele nad Arnem mówi wciąż jako o własnym, rodzinnym, tak samo jak mówili o nim XIV-wieczni członkowie rodu Capponich.

Największe zmiany we Florencji XX w. dokonały się bez wątpienia na poziomie obyczajowym. Żeby zobaczyć, jak ludzie chodzili po florenckich ulicach w dalszej przeszłości, dość przeczytać fragmenty "Kapelusza całego w czereśniach" Oriany Fallaci - potomkini tych, którzy do stolicy Toskanii jeździli z pobliskiego Chianti jako do swojej stolicy. Żeby stwierdzić, jak dotkliwe bywają obyczajowe przemiany, znów warto odesłać do Fallaci, tym razem do słynnej "Wściekłości i dumy", gdzie zachowanie imigrantów w sąsiedztwie baptysterium uznała za znak cywilizacyjnej wojny, islamskiego zagrożenia dla europejskich wartości.

Muratow w książce rozprawia głównie o XV i XVI w. i niewiele uwagi poświęca zachowaniu ludzi na ulicy, opowiada więc także o naszej Florencji. "Quattrocento - przekonuje - do dziś stanowi istotne źródło życia Florencji. Aby je poznać, nie trzeba ani szperać po archiwach, ani dokonywać jakichś rekonstrukcji (...). Wystarczy mieszkać we Florencji, chodzić po jej ulicach, wśród domów zwieńczonych wystającymi gzymsami, zwiedzać jej kościoły, w których zachowały się freski przypominające swoimi barwami wino i miód...".

Precyzja myśli i stylu

Fragmentów takich jak ten, w których autor daje wyraz radości przebywania w mieście, zdradza jego i swoją zmysłowość, bierze nas za rękę i prowadzi po tajemnicach Florencji, jest sporo. Tyle, ile trzeba, żeby skierować turystę konsumenta na drogę sztuki, a kiedy już znajdziemy się na tej ścieżce, porwać opowieścią o linii artystycznej Donatella i Masaccia, prowadzącej do Paola Uccella, Piera della Francesca, Michała Anioła. I o drugiej, bizantynizującej linii późnych giottystów, wiodącej do Fra Angelico, którego każdy później już na własny rachunek może smakować w wielkim bogactwie w dominikańskim klasztorze San Marco.

Ale korzyści, jakie płyną z lektury "Obrazów Włoch" Muratowa, które "Zeszyty Literackie" zasadnie wydają teraz w postaci oddzielnych książek, są nie tylko natury praktycznej. Będąc podróżnikiem, Muratow jest też bardzo dobrym pisarzem. Na poziomie opisu pojedynczych zjawisk zachowuje historyczny rygor, którego literackim znakiem jest precyzja myśli i stylu.

Jest esej Muratowa opowieścią barwną o ludziach, ich dziełach i utrapieniach. Wychodzimy z jego lektury ze zmysłem całej mozaiki i poszczególnych kamyków. Z wdzięcznością za anegdotę i wizję.

- Jarosław Mikołajewski