Aktualności

08.07.2019

Nocny stolik #24. Mariusz Czubaj: Odpadam od znacznych połaci polskiej literatury

Pisarz i kulturoznawca Mariusz Czubaj zdradza, kogo uważa za Coelho współczesnych problemów polityczno-światopoglądowych i jaka literatura robi na nim największe wrażenie.

Co teraz czytasz?

Gdy mówię o swoim odkryciu, na które być może powinienem trafić piętnaście-dwadzieścia lat temu, mam takie poczucie wstydu, nawiasem mówiąc, nieuprawnionego, bo przecież nie można przeczytać wszystkiego. Czytam teraz Ocalisz życie, może swoje własne, czyli opowiadania zebrane Flannery O’Connor i jestem zachwycony.

Takiego wydania wcześniej nie było.

Ja wcześniej w ogóle nie znałem tej pisarki!

To nie jest takie zaskakujące, bo z klasykami amerykańskimi różnie u nas bywa – część jest bardzo obecna, część mniej.

No więc właśnie. Słyszałem, że była taka kobita i miała, najogólniej rzecz biorąc, niezbyt wesołe życie, ale na tym się moja wiedza kończyła. Czytam te opowiadania, zachwycam się tym Południem, prostotą historii, tym, że nie ma żadnego przegadania, nie ma elementu, który byłby niepotrzebny. Ekonomia słowa jest tu czymś niesłychanie istotnym.

Tak, ale jak ona nad tym pracowała! Przypomina to sytuację z Salingerem, który przez dwadzieścia lat napisał ledwie kilkanaście opowiadań dla „New Yorkera”.

To jest ta sztuka, którą posiedli Amerykanie ze względu na specyfikę rynku wydawniczego i prasowego oraz życia literata w Stanach Zjednoczonych. Żył on i do dzisiaj żyje głównie z publikacji w czasopismach. Ta ekonomia słowa jest czymś niesłychanie cennym.

Specyfika rynku wymusza pewną formę.

Zgadza się, ale jednocześnie wymusza coś jeszcze, co jest obce naszemu biosowi literackiemu, a mianowicie pracowitość.

Pracę nad tekstem.

Tytaniczną! Nie taką zwykłą, tylko rzeczywiście niesłychanie drobiazgową, skrupulatną. Oczywiście są tacy pisarze, którzy doprowadzili to do absurdu i ja przy nich troszkę odpadam, np. Carver. Jego pisarstwo mnie odstręcza. Doceniam geniusza, ale jednocześnie czuję się odrzucony tą ascetycznością.

W dużej mierze to zasługa jego redaktora Gordona Lisha, który mu wszystko wykreślał.

A przecież sam Carver był w tym zakresie – w innych nie – ascetyczny. Wracając do moich lektur, to na drugą nóżkę czytam opowiadania Gyuli Krudy’ego, Miasto uśpionych kobiet. I to jest rzecz zupełnie inna od O’Connor – przejaw takiego literackiego gargantuizmu, rozbuchania.

Sandor Marai poświęcił Krudy’emu absolutnie wspaniałą powieść Sindbad wraca do domu. I Marai napisał ją zupełnie inaczej niż pozostałe książki, naśladując trochę Krudy’ego.

Czasem myślę o rozmaitych korelacjach między tekstem a autorem. Wiadomo, że Krudy był ogromnym obżartuchem. Są nawet tacy – np. Krzysiu Varga, a kto ma się znać na Węgrach, jeśli nie on? – którzy twierdzą, że obżarstwo doprowadziło do jego śmierci. W posłowiu do tych opowiadań mowa o tym, że głodował pod koniec życia, ale to jest niemożliwe. No więc to proza gargantuiczna, a zarazem niesłychanie mięsista i… kulinarna. Metaforą życia jest konsumpcja, ale konsumpcja na talerzu. W ten sposób konsumuje się kobiety, relacje międzyludzkie i w ogóle życie. Najpiękniejsze, co może być, to porcja dobrze wypieczonych skwarek.

Może się wydać trochę dziwne, że nie mówię o kryminałach.

Nie, ale skoro już o tym wspomniałeś, to czytujesz ich dużo?

Może nie dużo, ale mam takich autorów, których darzę miłością psychofaniczną po prostu. Takim pisarzem jest na pewno Lee Child. Mamy trzyosobowy fanklub Lee Childa. Jest w nim Marcin Świetlicki i, o dziwo, pani Krystyna Krynicka.

Wydająca subtelną poezję.

Pan Ryszard podobno nie, ale pani Krystyna jest zdecydowanie po stronie Jacka Reachera. Marcin zawsze pisze mi: „Ja już skończyłem. Opowiem ci, jak się skończy”. Ja na to wielkie: „NIE!”, a on: „Jack Reacher zabija wszystkich i wyjeżdża do kolejnego małego miasteczka”. Otóż, fascynuje mnie w tej prozie jej powtarzalność. Nie wiem, jak to działa. Są autorzy, którzy w tej powtarzalności są zwyczajnie wtórni, natomiast w przypadku Lee Childa to, że dwudziesta powieść jest dokładnie taka sama jak druga, w niczym mi nie przeszkadza. Doskonale wiem, że Jack Reacher wysiądzie z busa, jak zwykle nie będzie miał telefonu komórkowego, prawa jazdy oraz wielu innych dokumentów, ustali, że w miasteczku są kłopoty, rozwiąże je w jedyny sobie znany sposób, to znaczy wybije pół miasteczka, wsiądzie do autobusu, po czym wysiądzie w kolejnej małej mieścinie w kolejnym stanie amerykańskim i to mnie fascynuje. Nie umiem do końca powiedzieć dlaczego, ale chyba nawet bym nie chciał. Dwie rzeczy bardzo mi się w tym podobają: po pierwsze skomunikowanie autobusowe Stanów Zjednoczonych, a po drugie to, że Jack Reacher nie ma telefonu, ale korzysta z tego, że właściwie do dzisiaj w każdym barze amerykańskim wisi aparat, z którego – tak się akurat dziwnie składa – może spokojnie zadzwonić do Pentagonu i otrzymać wrażliwe informacje, które są mu potrzebne do rozwiązania sprawy, taka licentia poetica. No i zachwycam się nim!

W ogóle wydajesz się czytelnikiem, który mimo bogatych doświadczeń, dużo takich zachwytów przeżywa.

Czy ja wiem? Zaczęliśmy od zachwytów, bo wprawdzie uważam osobiście literaturę za drugą ze sztuk przepięknych po muzyce. Muzyka jest dla mnie jednak istotniejsza, może dlatego, że najczęściej jest po prostu niedyskursywna, co powoduje, że dostarcza innego typu doświadczeń – takich, że tak powiem, nielogocentrycznych. W literaturze szukam rzeczy, które mnie zachwycają, ale niestety najczęściej jestem czytelnikiem…

Zrzędliwym?

Może nie zrzędliwym, ale właściwie sampluję książki, to znaczy wybieram sobie jakiś fragment, patrzę, stroniczka-dwie i jak mi leży, to czytam, a jak nie, to w ogóle nie czytam. Zaczynam, szybko się nudzę, niektórych autorów nie jestem w stanie czytać. Piękna jest natomiast taka utopia nieskończoności. Nałogowo kupuję książki i doskonale wiem, że ich nie przeczytam. Jestem szczęśliwy, że ich nie przeczytam, ale je mam! Kryje się w tym jakaś taka borgesowska utopijność biblioteki. Ale za kilkoma cechami literackimi nie przepadam.

Co to takiego?

Ponuractwo… Chociaż oczywiście są ponurzy pisarze, których czytam z tego właśnie względu. Skoro mówiliśmy o Węgrach, no to bardzo cenię Dzienniki Maraia, które są przeponure. Tam nawet jak w tej Ameryce świeci słońce, to czarne.

Czarne słońce melancholii.

Dokładnie tak. Albo jak świeci, to zaraz przestanie i czai się w tym wszystkim jakaś katastrofa. Ale jak to jest napisane! Natomiast jak ponurość idzie w parze z pretensjonalnością i – zwłaszcza w prozie o charakterze memuarowym – poczuciem samozadowolenia, z megalomanią, to odpadam. Dlatego odpadam niestety od znacznych połaci polskiej literatury.

Od kogo na przykład?

Nie jestem w stanie czytać Wojtka Kuczoka, nie jestem w stanie czytać Szczepana Twardocha.

O Adama Zagajewskiego nawet nie pytam.

Niespecjalnie. Kibicuję mu w wiadomej sprawie, jak wszyscy Polacy, ale żeby czytać, to niekoniecznie. Nie bardzo rozumiem prozę Olgi Tokarczuk, ale to inna historia. Mam poczucie, że ona obiecuje coś, czego nie daje. W tej prozie stworzona jest taka dodatkowa wydmuszka, która sprowadza się do zdania: „Patrzcie jakie to głębokie”. Cudowne są Opowieści galicyjskie, ale Stasiuk jako diagnosta kultury Zachodu i problemów cywilizacji w ogóle już cudowny nie jest.

Klasycznym przypadkiem pisarza, którego nie cierpię, jest Houllebecq. To Coelho współczesnych problemów polityczno-światopoglądowych. Nic tam w środku nie widzę, jest pretensjonalny, nie jestem w stanie się przez to przebić. Fiodora Dostojewskiego nie znoszę. Ale ze względu na jeszcze inną rzecz: jego bohaterowie ze sobą nie rozmawiają. To autystyczna literatura, gdzie każdy wygłasza exposé.

Pretensjonalnym pisarzem, którego nie trawię, jest też Milan Kundera. Nie jestem w stanie go czytać!

Ale Żart to świetna powieść.

Tylko Żart! To jest znakomita powieść, ale potem wszystko jest na jakimś takim wysokim C, na takim diapazonie ustawione…

Musi być co najmniej Jan Sebastian Bach.

No więc o to chodzi. To trochę jak w prozie Janusza Leona Wiśniewskiego, że jeżeli bohaterowie uprawiają seks, to musi być najlepszy szampan i Brahms. Wiadomo, że nie będą się kochać przy Dawidzie Podsiadle.

A szkoda.

Na dobre by to wyszło tej prozie!

Dodałoby jej jakiejś wiarygodności.

Nie znam nikogo, kto by się tak zachowywał, ale być może moje doświadczenia w tym zakresie są zbyt małe.

Bukowski słuchał dużo muzyki poważnej. Ale u niego jest kontrapunkt.

Kontrapunkt i to, że serdecznie nie znosił bitników i świetnie o tym pisał. Nie dał się uwieść, czemuś co w oczywisty sposób powinno być jego.

Można powiedzieć, że jeśli ktoś był bitnikiem, to właśnie on.

To prawda. Nie znoszę więc naburmuszenia. Dla czeskiego kontrapunktu: Josef Škvorecký – to jest pisarz! I Tchórze, i Lwiątko, i Inżynier ludzkich dusz, i Przypadki niefortunnego saksofonisty tenorowego – to się skrzy, tam jest dystans, humor. Mimo tragizmu sytuacji, jego twórczość – także ta z Kanady – jest całkowicie nieojczyźniana. Zresztą trudno sobie wyobrazić Czecha rozdrapującego rany, zwłaszcza w literaturze. Ale na tle tej katastrofy, którą ma się gdzieś z tyłu głowy, to skrzenie się życia jest czymś niesamowitym. Dystans, humor, ironia, puenta – to są cechy literatury!

Cofnijmy się trochę. Miałeś jakichś pisarzy, którzy by cię ukształtowali jako człowieka, czytelnika?

Tak się składa, że niedawno ukazała się książka Vargi o Edmundzie Niziurskim – i to jest jeden z pisarzy mojej młodości, zaczytywałem się w nim na potęgę. Każdą z książek Niziurskiego przeczytałem kilkakrotnie, podobnie z książkami Nienackiego. Może nie jest to literatura z górnej półki, ale taka literatura nas formuje. Przecież ostatecznie nikt nikogo nie zmusza, żeby czytał przed snem Różewicza i że „ocalałem / prowadzony na rzeź”.

Mam córki w wieku 16 i 18 lat, podpytywałem, ale też próbowałem sprawdzić, czy są polscy pisarze, którzy zapełnialiby dzisiaj taką lukę dla nastolatków i…

Kosik?

…i poza Kosikiem nikogo takiego nie widzę.

No więc taka literatura mnie formowała, a wcześniej jeszcze przecudna powieść Emil i detektywi Ericha Kästnera, którą czytałem też nie wiadomo ile razy. Nic wyrafinowanego. A czy mam jakąś taką zbójecką księgę? Chyba nie. Do dziś się natomiast dziwię, na czym polegało ukąszenie Stachurą. Kompletnie nie potrafię powiedzieć, dlaczego każdy musiał przez to przejść. Jeszcze te jego prozy… Ale te wierszydła to grafomania. No ale kochało się to.

Trzeba było przejść przez Stachurę, trzeba było przejść przez Latynoamerykanów. Dziś hipsterzy czytają Houellebecqa, a my chyba obaj należymy jeszcze do generacji, kiedy czytało się Garcię Marqueza i uważało się, że to ważne rzeczy.

Na pewno to są rzeczy, które zostały w literaturze.

Oczywiście. Ale takiej książki życia nie mam. Nie będę też specjalnie oryginalny, jeśli powiem, że należę do fanów Lalki.

Nie znam za bardzo ludzi, którzy nie ceniliby Lalki.

I tak powinno być. Tak jak jestem po stronie Prusa przeciwko Sienkiewiczowi w odwiecznym sporze, tak jestem po stronie Wojaczka przeciwko Stachurze. Bardzo lubię – to też może niezupełnie oczywiste – poezję, bo czytam ją całkowicie bezinteresownie. Bardzo często czytam literaturę instrumentalnie. Trudno mi się wyzwolić z zawodowego sposobu czytania – i akademickiego, i pisarskiego, takiego, żeby zobaczyć, jak coś jest zrobione. Tym bardziej sobie cenię momenty epifanii i zachwytu.

– rozmawiał Krzysztof Cieślik (wywiad ukazał się w ostatnim numerze miesięcznika „Nowe Książki”)