Aktualności

23.05.2021

Niepożądane, niedające spokoju. Pięć pytań o Cypriana Norwida

Jakiego Norwida potrzebujemy? Jak Norwid myślał? Co go stworzyło? Czy lepiej, że nie został doceniony za życia – na te i inne pytania odpowiada w eseju Niepożądane, niedające spokoju dr hab. Karol Samsel w 138 rocznicę śmierci autora Vade-mecum.

Sporządzonego tutaj zestawu pytań chyba nie wypada kierować do specjalistów – trudno wszelako w ich ramach artykułować jasne, dobrze określone, wyważone stanowiska. Czy są to więc pytania do komentatorów innego rodzaju, nieobwarowanych do tego stopnia regułami zawodu, gildii? Eseistów? Krytyków? Czy jest to „pytanie do poetów”, jak może ująłby sprawę w bardzo metaforycznym skrócie Martin Heidegger (także Norwid zasługuje przecież na swojego Heideggera[1])?

Cóż, wyjątkowość podobnych pytań – przy ich czytelności czy też precyzyjności – polega również na nieokreśloności tych, do których mogłyby być adresowane. Ujmijmy to w barwnym skrócie: te pytania pragną być zadane i porzucone, stanowić rodzaj przeszkody na niezasiedlonym terytorium, przeszkody, która – ujmijmy teraz całą rzecz językiem Houellebecqa – wymusi na wędrujących próbę kartografii, stworzenie mapy. Jakkolwiek, jakby to powiedział w końcu Norwid, dopiero za jakiś czas, gdy będą możliwe mapy nowego typu i kartografia nowego rodzaju, nazwijmy ją może, kartografią „późnych wnuków”.

Pytanie pierwsze: jakiego Norwida potrzebujemy?

Po trosze jest naszą Galateą, przyznajmy to otwarcie. Rozładowujemy za jego pośrednictwem nasz narodowy kompleks Pigmaliona… Splot, który wiąże dzieło Cypriana Norwida z polską kulturą odbiorczą, wydaje się pod wieloma względami splotem miłości i śmierci… Paradygmat „późnego wnuka” oraz dyrektywa „pójścia za nim” z poetyckiego cyklu Vade-mecum to wystarczające przesłanki do tego, aby uznać cudowne działanie tej twórczości w perspektywie odbioru, jej uleczający, autoterapeutyczny, jakkolwiek i – kompensacyjny charakter. Nic w tym dziwnego. Norwid dostarcza jednej z najmocniejszych etyk literackich dla budowania polskiej nowoczesności, zawiera w literaturze najstabilniejsze ontologiczne podstawy życia moralnego i intelektualnego. Zawdzięcza to nie jedynie bynajmniej tożsamości chrześcijańskiej, lecz także głębi, żarliwości oraz wieloaspektowości swojego myślicielstwa. Obfita, a do tego wielotematyczna publicystyka wraz z listami wskazuje, że o wiele częściej aniżeli możliwości konfesji czy też ekspresji poszukuje poeta możliwości innej: stawania się inżynierem przekonań innych. Tak, inżynierem w większym stopniu niż architektem.

Zadając pytanie o to, jakiego Norwida potrzebujemy, powinniśmy respektować związane z Norwidem uwikłanie, nasze uwikłanie i być może – odpowiadać najśmielej, jak tylko się da: winniśmy zyskać takiego artystę, który wydobędzie nas z efektu Pigmaliona. Tu nie wolno się łudzić: Norwid od początku pozostaje owocem polskiej kultury odbiorczej, a więc jako wytwór, jako owoc tej kultury w sposób szczególny podatny pozostaje na uwięzienie w niej, w kręgu jej instrumentów, w niekończącym się korytarzu, jej głębokim zapleczu. Może nie tyle jest Galateą, co… Szeherezadą? Zmuszoną opowiadać warianty tych samych podań, opowieści, by ocalić swoje życie w pałacu, który pozostaje czymś na kształt polskiego panoptikum refrenów oraz parafraz – tematów, motywów, interesów, mitologemów. Szeherezada w Polskim Oberammergau – jak ująłby może rzecz Stanisław Brzozowski. To w końcu jego pytanie o Cypriana Norwida[2].

Nie znam drugiego takiego wypadku wśród innych „poetów wyklętych” będących zagranicznymi odpowiednikami Norwidami. Nie zmienia to faktu, że zastanawiam się, jak wyglądałaby niemiecka historia literatury, jeżeliby padła ofiarą efektu Pigmaliona w kontekście Hölderlina, bądź – jak prezentowałaby się amerykańska krytyka literacka, która uczyniłaby własną Galateą Emily Dickinson. Oczywiście, wizje podobnego rodzaju zakrawają o literacką „futurologię”, niemniej jednak „futurologię” mającą w sobie jakiś rodzaj przejmującej, Lemowskiej głębi. Dotyczy w końcu „naszej” sprawy z Norwidem, sprawy jak najbardziej dotkliwej, namacalnej, a także realnej.

Pytanie drugie: jak Norwid myśli?

Bywa również wykładowcą, wykłada przedmioty, których głęboka oraz hermetyczna abstrakcyjność nasuwa na myśl… wykładanie Niemożliwego. Tym najpierw okazywał się przedmiot Rzeczy o wolności słowa, poematu będącego owocem odczytu Norwida w Grand Orient de France 13 maja 1869 roku. Metodę, ideę, mechanizmy tamtego wykładu – już w osamotnieniu, bez udziału publiczności – powtarzał w ostatnich latach życia, tworząc traktat Milczenie, do którego wyrażenia potrzebował aż dwóch gatunków wypowiedzi artystyczno-filozoficznej: eseju i poematu. Przetrwał ten pierwszy, esej. Poemat ma status tekstu utraconego, co należałoby potraktować jako rodzaj niepowetowanej szkody. Mając Milczenie-esej wraz z Milczeniem-poematem bowiem, dysponując podwojoną, przepisaną, najdojrzalszą reprezentacją przekonań estetycznych i filozoficznych Norwida, moglibyśmy wzbogacić naszą refleksję o nim o zagadnienia Norwidowskiego autoprzekładu: rozważać, jak przekładał samego siebie, jakim był autoegzegetą, jak transkrybował swoją własną myśl.

Finezja Norwida bywa łatwo mylona z przerafinowaniem, przeintelektualizowaniem bądź przewrażliwieniem. „Prawdziwe perły w oprawie bizantyjskiej, bezkształtnej, ciężkiej i dziwacznej” – tak Józef Ignacy Kraszewski wypowiada się na temat wspomnianej Rzeczy o wolności[3] Wiek XX – pomimo awansu literaturoznawstwa, jego profesjonalizacji, a także specjalizacji – nie w pełni zmienia rejestr tych wypowiedzi. Niemalże wiek po Kraszewskim, komentując styl listów poety do Joanny Kuczyńskiej, Stefania Skwarczyńska nadmienia o „dziwnym skłębieniu różnych form wypowiedzenia”, a nawet „istnej gęstwinie przeróżnych gatunków, od archaicznych po najbardziej […] nowatorskie”[4]. Owszem – listy autora Vade-mecum wywoływać mogą poczucie głębokiego zagubienia, ale czy można mieć o to żal do poety, którego metafizyczna koncepcja świata opiera się na idei „nierozplątanego podobieństwa” (Promethidion; III 444[5]), historiozofia z kolei utrwalona zostaje w obrazie „dosnuwania kłębu dziejów” (Rzecz o wolności słowa; III 596) po promieniu wiodącym z przebitej dłoni Chrystusa – w taki właśnie sposób łączą się ze sobą w Norwidowskim projekcie metafizycznym ontologia kryzysu świata zadziwiająca bliska niekiedy tzw. słabym ontologiom postmodernizmu i idea transcendencji bytu.

Przekaz Norwida bywa także trywializowany. „[To], że autor, czytając wiersz, pokazuje, jak piłować, kuć lub ćwiek wyciągać, zrobiono dowodem najwznioślejszego natchnienia”[6], pomstuje na autora Quidama jeden z jego szczególnie zniecierpliwionych słuchaczy z Grand Orient de France, Aleksander Wernicki. Dziś już wiadomo, że owo „stukanie w stół kułakami” (jak również wyrażał się Wernicki), a zatem gesty naśladujące piłowanie, kucie i ćwiekowanie należałoby czytać inaczej: w duchu nowej teorii sztuki Williama Morrisa czy Johna Ruskina, tak bliskich tu kontekstem, szczególnie w przypadku pionierskiego poematu Promethidion, z którego być może najbardziej zapada w pamięć Norwidowski obraz kaplicy, wspólnego dzieła boskiego zjednoczenia: „kamieniarza, cieśli, mularza, snycerza”, „czerwonego marmuru, ciosu, żelaza, miedzi, brązu, modrzewia polskiego” (III 444).   

I, oczywiście, na podobieństwo Wernickiego, można wykpiwać rzekome odrealnienie Norwida dalej, bo, niewątpliwie, artysta będzie nieraz dostarczał powodów do nie do końca stosownych żartów na temat swojego wyczucia. Przykładem niezwykle przemawiającym do wyobraźni jest odczyt poety o apatii narodowej w Czytelni Polskiej w Paryżu, w którym… Norwid cytować miał pisma Arthura Schopenhauera przed publicznością (jak podaje źródło epoki) – „ślusarzy, kowali, rymarzy, stolarzy, szewców, jubilerów, chemików, fabrykantów fortepianów i kapeluszników”[7]. Ekstrawagancja? Eksces? A może głęboko ukorzeniona konsekwencja wyrażająca się już od Promethidiona w Norwidowskiej wierze w model prostego odbiorcy oraz jedność (sprzężonych u niego) intuicji wraz z inteligencją? To zresztą jeden z największych paradoksów literatury polskiej, że właśnie ten pisarz stanowiący realny punkt zero polskiego intelektualizmu (to od Norwida Jan Tomkowski rozpoczyna wydaną w 2017 roku antologię Polskiego eseju literackiego) tak bardzo głęboko wierzy w jego aintelektualne podstawy, co wykazywać pragnie na wiele metod i sposobów – od wierszy takich, jak słynne Za wstęp (Ogólniki) aż po dobrze znane frazy – o „prostocie / Doskonałości peryklejskiej” (II 256) z Fortepianu Szopena, czy o tym, żeby „dyjadem kwiatów polnych nosić zamiast złota, / Wieczerzać jak niewinność, śniadać jak prostota!” (IV 381) – to z kolei marzenie Elizy z Norwidowskiego dramatu Aktor.

Pytanie trzecie: co Norwida stworzyło?

Niezmiernie trudno jest ustalić ponad wszelką wątpliwość, co uczyniło Norwida Norwidem, tzn. który moment jego „otwierania głosu” należałoby uznać za decydujący dla ostatecznego wyrównania Norwidowskiej dykcji i uczynienia jej idiomatyczną. Z pewnością, w momencie, w którym zapisuje poeta pierwszy dojrzały poemat Promethidion (1850), pierwszy wieloaspektowy dramat Zwolon (1850), również w chwili, w której ustala ostateczny tok wieloznacznych, eksperymentujących z formą oraz konwencją fraszek (1851), jest już pisarzem stworzonym. Jak się wydaje, najszybciej dojrzewa Norwid-nowelista i prozaik – znakomitą nowelą Menego z 1844 roku mogącą nasuwać skojarzenia z osiągnięciami prozy francuskiej (Chateaubriand, Mérimée), najpóźniej natomiast – Norwid-eseista, na dobrą sprawę dopiero Czarnymi oraz Białymi kwiatami (1856).

Czyta… Czyta wiele, więc – jak się wydaje – jego młodzieńcze marzenia o staniu się pisarzem francuskim nie są pozbawione podstaw. Zna Stendhala, a o jego Historii malarstwa we Włoszech ma dość określone, wyraziste mniemanie[8]. Zdecydowanie większą sympatią zdaje się darzyć Eugeniusza Sue oraz George Sand[9]. Dumny, być może ze skończenia Promethidiona, przechwala się Janowi Koźmianowi w 1850 roku, że „względem francuskiej [publiki – K. S.] dla ulżenia sobie krok czyni, ku czemu już drogi otworzył i dowód tego niezadługo uczyni widomym” (VIII 108). To jeden z pierwszych sygnałów zaplanowanego zwrotu Norwida w stronę literatury i kultury francuskiej. Przypomnijmy, że do 1850 roku w Paryżu opublikowane zostały m.in. Kroniki włoskie Stendhala, trzy tomy wierszy Théophile’a Gautier, osiem woluminów poetyckich Victora Hugo i niemalże cała Komedia ludzka (list do Koźmiana pisze Norwid w ledwie dwa miesiące po śmierci Balzaka). Dokładnie za rok Nerval przedstawi czytelnikom Podróż na Wschód (zbieżności pomiędzy nią a Album Orbis dostrzega Magdalena Siwiec[10]), a Gautier – słynne Emalie i kamee.

Nie wyprzemy się stwierdzenia, że stwarza Cypriana Norwida Europa. Nie warto… Stwarza go notabene również Ameryka. Interesujące stanowisko w tym względzie zajął w swoim wykładzie historii literatury polskiej do 1939 roku na kalifornijskim Berkeley polski poeta-noblista, Czesław Miłosz. Interesujące, albowiem – apodyktyczne. „Norwid mógłby przyjąć te maksymy za swoje”[11] – mówił o Emersonowskim punkcie widzenia na metafizykę autor Zniewolonego umysłu, owszem, dozwalający na formułowanie wyraźnych analogii pomiędzy Norwidem a „rustykalnym”, „wiejskim” transcendentalizmem amerykańskim, lecz wzbraniający pod żadnym pozorem nie zestawiać stylistyki poety z „wielkomiejskimi”, „metropolitalnymi” parnasizmem oraz symbolizmem[12]. Dlaczego zdaniem poety transcendentalna lektura Norwida okazywała się szansą, a parnasistowsko-symbolistyczna była pułapką, możemy się tylko domyślać. Istniała wszelako w pierwszym okresie historii recepcji pism poety praktyka zestawiania Norwida nie tylko z Ralphem Waldo Emersonem, ale także z Waltem Whitmanem. I to podejmowana przez nie byle kogo, bo choćby przez Stanisława Brzozowskiego, któremu na widok autora Źdźbeł trawy – jego pism, manifestów, wierszy takich, jak Salut Au Monde! bądź poematów takich, jak np. Pieśń o sobie – miał przypominać się „ów heroiczny motyl Norwida, który był pewny, że ciągnie za sobą rydwan świata”[13].

Wielka szkoda, że cenna oraz potrzebna monografia Marka Piechoty o poliglotyzmie polskich romantyków przypadek Norwida siłą rzeczy omija[14]. „Kupę języków czytam, lubo czasu nie mam, aby lingwistą być”, czy też dalej – „niemiecki męczy mię – najpłynniej mi francuski albo włoski” (IX 166), to deklaruje w swojej sprawie Norwid w korespondencji do Mariana Sokołowskiego z lutego 1865 roku. To ważne deklaracje. Umożliwiają pracę komparatyście-norwidologowi, poszerzają pole dociekań tym spośród badaczy, którzy pragnęliby torować możliwości intertekstualnej lekturze tekstów poety. Wymiana listów twórcy z Sokołowskim jest istotna z wielu względów, gdy przychodzi mówić o europejskości poszukiwań wyrazu przez Norwida. To Sokołowski zawiadamia Norwida cztery lata wcześniej o swoim odbiorze jego wykładów o Juliuszu Słowackim, znacząco zauważając – „Przypominasz […] niektóre abstrakcyjne urywki Thomasa Carlyla”[15]. Filozofia szaty Thomasa Carlyle’a rzeczywiście wydaje się znajdować oddźwięk w niektórych pismach Norwida – najwyraziściej w Tajemnicy lorda Singelworth napisanej niedługo po śmierci słynnego Szkota 5 lutego 1881 roku[16].

Zmierzam do stwierdzenia, że globalny kontekst interpretacji, który wydaje się krystalizować za każdym razem, kiedy usiłuje się spojrzeć na twórczość Norwida „z lotu ptaka”, umotywowany został jego niespotykanie rozległym, europejskim (oraz amerykańskim doświadczeniem), w tym – doświadczeniem europejskiej (oraz amerykańskiej) kultury tekstu. Owszem, tak właśnie należałoby rzecz ująć, Norwida stworzyła Europa (i Ameryka), taki w każdym razie obraz jego prekursorstwa zdaje się tu najwierniejszy, zanim Norwid odkryty i ocalony przez Zenona Przesmyckiego-Miriama oraz Wiktora Gomulickiego nie zostanie zaklęty z powrotem, w polskim Oberammergau. Nie ulega również wątpliwości, że – ażeby o Norwidowskiej polskości, katolickości bądź duchowości mówić bez uproszczeń, podobnie – należałoby wyprowadzić poetę z polskiej pracowni Pigmaliona, z polskiego Oberammergau. Wierzę głęboko, że exodus podobnego rodzaju wynika z przemyślanych (ale i uświadomionych) odpowiedzi na pytania najprostsze. Takie choćby, jak powyższe „Co Norwida stworzyło?”. Przez swoją elementarność i pierwiastkowość – pozostają owe pytania pytaniami o charakterze nie tyle analitycznym, co… „medytacyjnym”. Są rozważaniami o zasadzie. Pragnęłyby rozpatrywać przypadek Norwida właśnie tak – co do samej zasady.

Pytanie czwarte: co by było, gdyby Norwid…?

Co by było, gdyby rzeczywiście został pisarzem francuskim, jak obmyślił to sobie w roku 1850? Co by było, gdyby – jako pisarz francuski – odniósł wymierny sukces literacki? Czy pisałby w języku francuskim (w języku tym napisał La philosophie de la guerre)? Czy mówilibyśmy wówczas o dwujęzyczności Norwida, podobnie jak też i dzisiaj powiadamy o dwujęzyczności (a właściwie wielojęzyczności) Conrada[17]? Jak jako pisarz francuski przyjęty przez swoją przybraną ojczyznę literacką reagowałby na zawlekanie literatów paryskich pod sąd w 1857 roku – mam na myśli procesy o obrazę moralności dotyczące Charles’a Baudelaire’a i Kwiatów zła oraz Gustave’a Flauberta i Pani Bovary? Po pierwsze, w momencie, w którym wydarzenia te się rozgrywają, Norwid osiąga już próg artystycznej dojrzałości oraz granicę formy pojemnej – jest autorem najważniejszego w skali swojej twórczości poematu, Quidam. Po drugie, już pisząc wyłącznie po polsku, zdaje się wrażliwy na to, co dzieje się z Baudelaire’em, a także Flaubertem – trudno ignorować powstającą w czasie tych procesów jednoaktową komedię, Auto-da-fé, i chociaż jej temat i pesymistyczne przesłanie nie mogą uchodzić za dowód, jakoby Norwid procesy dwójki pisarzy istotnie obserwował, zbieżność i równoległość rozgrywających się wydarzeń i tak rozpala wyobraźnię (jak pisała Ewa Szary-Matywiecka, Auto-da-fé „nosi w sobie swoją własną śmierć”, co więcej „jest tak skomponowane, że samo uczestniczy w alegorycznej śmierci literatury, którą przedstawia”[18]),

Ani Mickiewicz, ani też Krasiński nie odnieśli sukcesu swą francuskojęzyczną prozą, jednak przypadek Norwida mógł okazać się inny[19]. To nie z Mickiewiczem ani z Krasińskim Norwid powinien być zestawiany. Podejmował przecież decyzję o zostaniu pisarzem francuskim w okolicznościach debiutu. Drugiego debiutu, owszem, ale debiutu właściwego, świadomego, który wyznaczać miał Promethidion. Miał dopiero 29 lat… Był młodszy od Conrada, który Szaleństwem Almayera zadebiutował dopiero w wieku lat 38. Pomimo wszystko to Conradowskie okoliczności debiutu wydają się tutaj dalece odpowiedniejsze niż m.in. Mickiewiczowskie. To wbrew pozorom bardzo podobny pod wieloma względami schemat życiorysu, rozwoju drogi twórczej. O potencjalnym sukcesie Norwida w obrębie francuskiej literatury przesądzać oczywiście nie sposób, warto by jednakże nadmienić, że Paul Cazin już w 1932 roku w tomie Le Stigmate dokonał przekładu ogromnej części Norwidowskiej prozy na język francuski[20]. Zaistniały wówczas – poza tytułowym Stygmatem –  wszystkie tytuły prozy artystycznej Norwida (podaję w kolejności ustalonej przez Cazina): Garstka piasku, Bransoletka, Tajemnica lorda Singelworth, Ad leones!, Cywilizacja, Czarne kwiaty, Białe kwiaty, Ostatnia z bajek, Łaskawy opiekun, a nawet Promethidion. Do dziś proza Norwida „chętnie” do Francji powraca. W 1999 roku dla przykładu „nowele włoskie” jako Trilogie italienne przekładał na francuski m.in. Christophe Potocki[21].

Autor Menego sprawnie pisał również po włosku, a jego włoska erudycja literacka dalece wykraczała poza najpopularniejszy w XIX wieku danteizm. W pół notatce, pół dialogu z Emilianem Marianem Polem zatytułowanym Pół-listu Norwid mianuje swojego rozmówcę „Sordellem” (VI 381), co zdaje się aluzją do „trubadurskiej” oraz „zawikłanej” egzaltacji Pola. Poecie chodzi w tym wypadku o Sordella de la Goito, autora poematu dydaktycznego Ensenhamen d’Onor, zdaniem Billa Burgwinkle’a, „najciemniejszego”, najbardziej niepojmowalnego oraz nieinterpretowalnego z poematów trubadurskich w ogóle[22]. Czyżby autor wiersza Italiam, Italiam! znał włoskie poematy typu ensenhamen, w tym i teksty Sordella rozpopularyzowanego poematem Roberta Browninga z 1840 roku? Oczywiście, poeta nie myślał o tym, by zostać włoskim pisarzem, jednakowoż – podobnie jak La philosophie de la guerre w języku francuskim – stworzył szkic w języku włoskim. Mowa o Una piccolissima osservatione al Illustre Autore del „Magnificat delle arti” z 1852. Jak przypomina nam o tym list do Sokołowskiego  (IX 166), Norwid czytał sprawnie po włosku nadal w 1865 roku. Sprawnie – i chętnie.

Pytania w rodzaju „Co by było, gdyby Norwid…?” nie są bynajmniej zachętą do spekulacji na temat autora Vade-mecum, lecz do tyleż metodycznego, co eksperymentalnego namysłu. Stanowią rodzaj wezwania do – jeżeli mogę tak się wyrazić – dojrzałego odwrócenia porządku, uprawiania czegoś w rodzaju kontrfaktycznej historii literatury. Czy jest nam rzeczywiście – podobna „historia” literatury, historia à rebours – koniecznie potrzebna? Jak się wydaje – tak, ilekroć mówimy o twórczości w wymiarze jej prekursorstwa, czy tzw. idiomatyzmu. Także na tym wyróżnionym tle Norwid musi jawić się jako przypadek szczególny. Reprezentuje bowiem takie miejsce na mapie polskiej literatury, w obszarze którego – „prądy zanikają”, a „kompasy wariują”. Jest – obrazowo rzecz ujmując – samym centrum „trójkąta bermudzkiego” tej literatury. Sensu largo.

Na tym tle moje próby rozważań skupione wokół tego, co byłoby, jeśliby Norwid rzeczywiście został pisarzem francuskim (a może nawet włoskim), nie zmierzały bynajmniej do przeforsowania jednego szczegółowego punktu widzenia. Przykładowo – nie zmierzałem do tego, by widzieć w Norwidzie Polaka-kosmopolitę, nie chciałem tym bardziej do tego ujęcia przekonywać... Moim celem było raczej przywrócenie myśleniu na temat Norwida ruchu, nadanie z powrotem temu namysłowi kierunku – skoro raz ustalone „prądy zanikają” albo już „zanikły”. To z pewnością jeden z największych pożytków wynikłych z formułowania pytań kontrfaktycznych. Raz na jakiś czas dobrze jest je stosować – szczególnie pozostając w najbardziej „zapalnych” miejscach refleksji historycznoliterackiej, tych równie dyskusyjnych, co z racji swojej amorficzności zafałszowujących widzenie. 

Pytanie piąte: gdzie zaprowadziłoby nas docenienie Norwida za jego życia?

W moim przekonaniu – było niemożliwe. Zdumiewające jest jednak, jak szybko owo docenienie możliwe się stało. Czasami istotnie szłoby tylko o niewielkie przesunięcie wskazówki na zegarze czasu. Eksperymenty narracyjne Stygmatu, manieryczna, przerafinowana oraz wielookresowa składnia relacji odnarratorskiej, poddawana lapsusom, wykolejeniom i grze językowej (narrator Stygmatu orzeka o sobie m.in., że jest „niepoprawnym romansistą”, VI 107) istotnie nie mogła zostać doceniona w czasach Sienkiewiczowskiego Bartka Zwycięzcy bądź Prusowskiej Powracającej fali. Wystarczyłoby jednakże dwóch dekad oraz tła polskiej prozy modernistycznej, by nowelistyka Norwidowska mogła zostać odebrana zupełnie inaczej. Dla przykładu: nie widzę żadnych przeszkód, aby z przekonaniem utrzymywać, że narracja Stygmatu mogła zainspirować Wacława Berenta w konstrukcji jego Oziminy. Autor Próchna niechętnie pozostawiał po sobie jakiekolwiek metakomentarze, nie ujawniłby zatem zapewne i adresu norwidowskiego, który w pewnym momencie mógł stać się dla niego istotnie ważny. Nowele Norwida patronowały profilowi estetycznemu „Chimery”, której wydawanie zaczął Przesmycki-Miriam od druku noweli Ad leones! – jako swoistej „noweli patronalnej” całego czasopisma, zamieszczonej na inicjalnych stronach numeru pierwszego. Próchno publikował Berent jako powieść w odcinkach właśnie na łamach „Chimery”. W 1904 roku w końcu w jej ósmym zeszycie Miriam wydrukował Stygmat.

Co stałoby się, gdyby Vade-mecum istotnie zostało za życia poety wydrukowane, co zmieniłoby w poetyckim układzie sił, których kryzys Norwid  miał możliwość obserwować – już nie w sferze ambicji czy zamierzeń, ale realnej, artystyczno-literackiej praktyki? To być może jedno z najciekawszych pytań, jakie dałoby się w obrębie wyznaczonego tu kręgu problemów sformułować. Czy docenienie Vade-mecum było w ogóle możliwe? Być może nie warto z góry zakładać odpowiedzi negatywnej, skoro osobom takim, jak Adam Asnyk poeta musiał imponować. A skąd w ogóle wiemy o atencji Asnyka dla Norwida? Niestety, tylko z drugiej ręki, bo, jak podaje ksiądz Jan Tański, w 1878 lub 1879 roku autor cyklu sonetowego Nad głębiami miał „wypytywać go z wielkim zainteresowaniem, czy Norwid pisze dalej swe pamiętniki”[23]. To jeden z wymowniejszych przykładów dowodzących tego, że Norwidowski „późny wnuk” nie musiał być „wnukiem”, którego poeta nie mógł doczekać w ciągu swego życia[24]  – Asnyk z Norwidem spotykali się najprawdopodobniej właśnie w czasie pracy tego drugiego nad Vade-mecum bądź niedługo po przygotowaniu cyklu: w 1860, 1861 lub 1867 roku. Z jednej strony – to nie musiało być tylko jedno spotkanie. Z drugiej strony – nie idzie przecież o to, ażeby w tej akurat relacji dopatrywać się symbolu głębszej wymiany myśli oraz idei. Asnyk symbolizuje tutaj samą możliwość myślenia o Norwidowskim „wnuku” inaczej niżeli dotychczas: to nie musiał być „wnuk późny”. Mógł nadejść wcześniej… Było całkiem realne, możliwe, wielce prawdopodobne – by nadszedł wcześniej niż się go spodziewano.

A gdzie docenienie Vade-mecum doprowadziłoby Norwida na drodze jego osobistej ewolucji stylu? W mojej opinii – do mistrzowskiego opracowania formy poetyckiej, artysta doceniony za swój rewolucyjny projekt „skrętu-koniecznego w poezji polskiej” bowiem szlifowałby ją – prawdopodobnie nieprzerwanie – w latach 70. XIX wieku. Jak się więc wydaje, tak mało prawdopodobne docenienie Vade-mecum przez czytającą publiczność doprowadziłoby do zaniku chęci tworzenia przez Norwida dojrzałych form poematowych w latach 1870-1877 – nie powstałyby więc ani Assunta, ani »A Dorio ad Phrygium«. Pod znakiem zapytania należałoby również postawić stworzenie tzw. nowel włoskich z lat 1881-1883: Stygmatu, Ad leones! i Tajemnicy lorda Singelworth. Co otrzymalibyśmy w zamian? To wielka tajemnica, której zazdrośnie strzeże labiryntowa, pełna wielowykładalnych i niewypełnionych możliwości, kontrfaktyczna historia literatury. Znakomicie by się złożyło, jeśliby niniejszy tekst okazał się w tym Norwidowskim „labiryncie” – nicią Ariadny? Nie, jeszcze nią. Zaledwie pracą na rzecz owej nici, pracą Ariadny. Nie mam najmniejszego pojęcia, czy to w ogóle możliwe… Jeżeliby jednak, mimo wszystko, podobna praca miałaby szansę tu zaistnieć, sprawa nie mogłaby skończyć się lepiej.

– Karol Samsel

 

[1] Zob. na ten temat m.in. Ch. Bambach, Who is Heidegger’s Hölderlin?, „Research in Phenomenology” 2017 vol. 47, issue 1, p. 39-59.

[2] S. Brzozowski, Polskie Oberammergau, [w:] tegoż, Legenda Młodej Polski. Studia o strukturze duszy kulturalnej, Lwów 1910, s. 191-259. Zob. także: E. Kącka, Lektura jako szkoła dojrzałości. Brzozowski – Norwid, [w:] tejże, Lektura jako spotkanie. Brzozowski – tekst – metoda, Kraków 2017, a także tejże, Stanisław Brzozowski wobec Cypriana Norwida, Warszawa 2012.

[3] Norwid. Z dziejów recepcji twórczości, wybór tekstów, opracowanie i wstęp: M. Inglot, Warszawa 1983, s. 122-123.

[4] S. Skwarczyńska, Listy Norwida do Joanny Kuczyńskiej, [w:] C. Norwid, Do Pani na Korczewie. Wiersze, listy, małe utwory prozą, wydał z autografu, opracował i wstępem poprzedził J. W. Gomulicki, posłowiem opatrzyła S. Skwarczyńska, Warszawa 1963, s. 172.

[5] Teksty Norwida cytuję według wydania: C. Norwid, Pisma wszystkie, zebrał, tekst ustalił, wstępem i uwagami krytycznymi opatrzył J. W. Gomulicki, Warszawa 1971-1976, t. I-XI. Miejsca cytowanych tekstów oznaczam skrótem, w którym liczba rzymska oznacza tom, arabska – stronę.

[6] A. Wernicki, Listy. Paryż, 30. maja 1869, „Mrówka” 1869 nr 18 (z 25 czerwca 1869 roku), s. 298.

[7] Zob. relacje na temat tego odczytu: M. Akielewicz, Kronika Paryzka, „Gazeta Narodowa” 1873 nr 267, s. 1, a także W. Gasztowtt, Korespondencye „Dziennika Pozn”. Paryż 26 listopada, „Dziennik Poznański” 1875 nr 278, s. 2. Odczyt niestety nie przetrwał do dnia dzisiejszego, zob. na ten temat: Z. Trojanowiczowa, Na marginesie odczytu Norwida z roku 1875 o apatii, „Studia Norwidiana” 1985-1986 nr 3-4, s. 233-234.

[8] „W Historii de Stendhal, o której pisałem, jest mnóstwo fałszów przy mnóstwie genialnych pomysłów, uważnie więc czytać trzeba”, solennie, ale i lojalnie przestrzega we wrześniu 1856 roku poeta swoją adresatkę, Marię Trębicką (VIII 289).

[9] Informuje nas o tym nowojorski list poety do Marii Trębickiej z 20 października 1853 roku (VIII 198).

[10] M. Siwiec, „Album Orbis” Norwida a Nervalowska „Podróż na Wschód”, [w:] Archipelag porównań. Szkice komparatystyczne, pod red. M. Korytowskiej, Kraków 2007, s. 243-262.

[11] Cz. Miłosz, Historia literatury polskiej do roku 1939, przeł. M. Tarnowska, Kraków 1993, s. 319.

[12] Zob. cytaty: „Jakkolwiek niektóre z jego wierszy przywodzą na myśl utwory Teofila Gautier i początkujących francuskich symbolistów, zasadniczo był on przeciwny symbolizmowi”, czy, „z racji prekursorskiego podejścia do polskiej poezji rolę Norwida porównywano czasami z rolą Mallarmégo w poezji francuskiej. Jednak kreślenie analogii z francuskimi symbolistami byłoby błędem”. Tamże, s. 314-316.

[13] M. Skwara, Whitman poetów i pisarzy polskich. Brzozowskiego „poeta życia”, [w:] tejże, „Polski Whitman”. O funkcjonowaniu poety obcego w kulturze narodowej, Kraków 2010, s. 219.

[14] Mowa o pozycji: M. Piechota, Poliglotyzm wielkich romantyków polskich (Mickiewicz, Słowacki, Krasiński), Katowice 2016.

[15] Z. Trojanowiczowa, E. Lijewska przy współudziale M. Pluty, Kalendarz życia i twórczości Cypriana Norwida, t. II: 1861-1883, Poznań 2007, s. 30-31. Zdaniem Bogdana Burdzieja, „sposób, w jaki Sokołowski formułuje swą opinię, […] świadczy o jego przekonaniu, że Norwid ma wystarczającą znajomość dzieł [Carlyle’a – K. S.] […], by w pełni zrozumieć porównanie, jakie czyni nadawca listu”. B. Burdziej, „Wedle rozmaitości zmiennej kalendarza”. Norwid „przemyślany”, „Studia Norwidiana” 2016 nr 34, s. 203.

[16] Pisałem na ten temat: K. Samsel, Spór o filozofię szaty. Cyprian Norwid a Thomas Carlyle, „Studia Norwidiana” 2020 nr 38, s. 71-85.

[17] Zob. w związku z tym przykładowo: Styl Josepha Conrada a język polski i wielojęzyczność, red. naukowa W. Krajka, „Joseph Conrad a Polska, Europa Środkowo-Wschodnia i świat”, t. 3, Lublin 2018.

[18] E. Szary-Matywiecka, Autor, redaktor i książki. O „Auto-da-fé” Cypriana Norwida, „Studia Norwidiana” 1985-1986 nr 3-4, s. 191.

[19] Zob. na ten temat m.in. M. Prussak, Francuskie teksty Adama Mickiewicza, „Teksty Drugie” 2016 nr 1, s. 143-150 oraz J. Pietrzak-Thébault, Adam Mickiewicz – prozaik francuskojęzyczny. Konieczność życiowa czy przejaw wolności twórczej?, [w:] Poza własnym językiem, pod red. E. Łukaszyk, K. Wierzbickiej-Trwogi, M. Prussak, Warszawa 2018, s. 13-21.

[20] C. Norwid, Le stigmate, traduction et introduction P. Cazin, „Collection Polonaise”, vol. 6, Paris 1932.

[21] C. Norwid, Trilogie italienne. Le stigmate – Ad leones – Le secret de Lord Singelworth, traduit du polonais par et sous la direction de Ch. Potocki, „Collection Romantique”, no. 49, Paris 1999.

[22] B. Burgwinkle, Rhetoric and Ethics in Sordello’s „Ensenhamen d’Onor”, „Glossator: Practice and Theory of the Commentary” 2011 vol. 4: „Occitan Poetry”, s. 33-52.

[23] Kalendarz życia i twórczości Cypriana Norwida, dz. cyt., t. II, s. 674.

[24] Ta jedna z najsławniejszych metafor twórczości Norwida domaga się zdecydowanego przemyślenia na nowo: rewizji, rewindykacji, jednak nie – jak usiłował do tego przekonywać w latach 80. XX wieku Józef Fert – umniejszenia, czy, wręcz, przesunięcia na margines refleksji. J. Fert, Późny wnuk – nieporozumienie?, „Pamiętnik Literacki” 1983 z. 4, s. 3-14.