Wzruszenia

10.11.2017 Jarosław Jakubowski
#
  • Biblioteka „Toposu”, T. 147
    Towarzystwo Przyjaciół Sopotu
    Sopot, wrzesień 2017
    48 stron
    210 x 140
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-65662-17-0

Poeta szczęśliwy to zjawisko o wiele rzadsze niż nawet szczęśliwa miłość. Kiedy jeszcze zechce uchylić drzwi do swego świata, należy z tego zaproszenia skorzystać bez krygowania się tudzież zbędnych wahań. Takie właśnie czytelnicze podejście proponowałbym każdemu, do kogo trafi nowy zbiór Jarosława Jakubowskiego. Ton nadaje mu dorosłe pogodzenie z rzeczywistością, dążenie do rozpoznania wagi i znaczenia każdej przeżywanej chwili, ponadto chęć wniknięcia w istotę istnienia, oraz potrzeba znalezienia kierunku, w którym powinno się przemijać.
Układ kompozycyjny Wzruszeń sugeruje lekturę zgodną z kalendarzową chronologią dwunastu miesięcy (podobną strukturę miał już tomik Święta woda, 2012). Choć, jak sygnalizują daty przy kilku wierszach, nie wszystkie teksty dałoby się zamknąć w ramach jednego, roku. Lecz nie daty roczne są tutaj ważne, a cykliczny porządek sezonów, ludzkich zachowań, czynności, prac a także, podkreślmy, cykl życiowy przyrody. Wszak przestrzeni ogrodu i lasów, poezja Jakubowskiego, nie od dziś zresztą, zawdzięcza naprawdę wiele.
Nie wystarczy jednak biernie kontemplować zarysowanych w tym tomie, krzyżujących się i przenikających porządków. Zdarzenia rozgrywające się pomiędzy wystrzeleniem rac w noworoczne południa a pierwszym rozbłyskiem lampek zapalanych na kolejne Boże Narodzenie, domagają się uczestnictwa: odważnej, opanowanej, trzeźwej gotowości „na przyjęcie nieznanego” (Południe, nowy rok). Owo nieznane, które może przyjść o każdej porze i pod rozmaitymi postaciami, wskazuje na konieczność podjęcia konkretnych postanowień (por. *** w moim pokoju czuć ciebie…) lub weryfikuje stałość trwania przy wcześniejszych wyborach.
Tekstowe „ja” tego zbiorku pozwala czytelnikowi widzieć się w swym domu. Chętniej gości go w starannie utrzymanym ogrodzie Jednakże najwięcej ma mu do powiedzenia podczas przechadzek do nadjeziornego lasu o każdej porze roku, przy każdej pogodzie. Las stał się dla poety miejscem, gdzie istnienie przejawia się najpiękniej i najprawdziwiej, uświadamiając mu jednocześnie jego ścisłą więź z ptakami, zwierzętami, owadami, drzewami i pomniejszymi roślinami oraz wspólne z nimi przemijanie Są to powiązania nie tylko emocjonalne, ale przede wszystkim – istotowe, rzec by można: ontologiczne (Początek kwietnia, przebudzenie lasu). Ontologia zaś i dyskretnie lecz konsekwentnie podążająca jej śladem metafizyka, by należycie się rozwinąć, potrzebują stabilnej podstawy faktów, nazw gatunkowych oraz konkretnych, najlepiej uszczegółowionych, obrazów. Gdy na nich właśnie skupi podmiot swą uwagę, odsłania mu się nawet czysta natura czasu „bez miary/ bez przestrzeni” (Noc w Kuźnicy na Helu).
 Zamieszkiwanie w przyjaznym środowisku usposabia tę poezję również do rozważania kwestii ostatecznych. Bo przecież tu właśnie przywołuje jej autor na pamięć lekcję umierania, udzielonej mu  przez babkę (Pełnia, koniec listopada). Tu nawiedza go przeczucie własnej śmiertelności, któremu przeciwstawia deklarację miłowania po grób i daleko za grobem (Pierwszy dzień wiosny). Może trochę baudelairowską, aczkolwiek tak intensywną, że zwątpić w jej autentyczność niepodobna. I sami posłańcy niebios nawiedzają ten pogodny zakątek, wchodząc bramą modlitwy (***, Nic nie wiem o aniołach, ale gdy wracam do domu…). Wolno już chyba postawić hipotezę, że szczęście przeżywane przez poetyckiego bohatera bierze się z dążenia do uporządkowanych relacji z tym, co widzialne, dotykalne oraz z tym, co zostało mu dane w nadprzyrodzonej intuicji.
„Powiedzą, że takiej poezji dziś pisać nie wolno, / ale ja innej pisać nie chcę, chociaż znam sposoby” – powiada Jakubowski, relacjonując swój pobyt w nadmorskim kurorcie. Nie rozstrzygam, czy kokietuje czytelnika, czy może tylko porozumiewawczo doń mrugnął. Po prostu – wierzę jego spojrzeniom i wzruszeniom. Taką poezję pisać można, a nawet należy. Koniecznie.

Piotr W. Lorkowski