Warsztat pracy: Filip Springer

#
  • Filip Springer / fot. Krzysztof Dubiel dla Instytutu Książki

Marcin Wilk: Jak wygląda miejsce, w którym napisałeś 13 pięter?

Filip Springer: Ot zwykła kawalerka na Ursynowie w Warszawie. Od razu powiem, że ani do mieszkania, ani do mebli się nie przywiązuję.

- Co oznacza, że nie ma co liczyć na opowieść o gabinecie z wielkim księgozbiorem?

- Nie mam ani gabinetu, ani wielkiej biblioteki. Książek jest kilka i mieszczą się w małej szafce. Pozbywam się ich na bieżąco. Do pisania potrzebuję ciszy, spokoju, wygodnego fotela. I tyle.

- Ale biurko jest?

- Jest. Najzwyklejsze z Ikei – najtańsze, jakie było.

- Co na nim leży?

- Laptop i tony notatek. Gdy zaczynam pisać książkę, drukuję wszystkie zapiski komputerowe. Wiem, że giną lasy, ale niestety nie mam na to innego pomysłu. Rzeczy, z których korzystam podczas pisania, leżą naokoło. Na stole już nie ma miejsca. W komupterze jest zresztą cała dokumentacja.

- Nie chcę myśleć, co się dzieje, gdy padnie Ci dysk.

- Gdy robiłem Piętra, tak się właśnie stało, ale wszystko, co ważne, się zachowało. Notatki robię w programie Evernote, a on synchronizuje się z chmurą. Nie robię tylko kopii zapasowych zdjęć. Na szczęście nie jestem przywiązany do fotografii, więc żalu nie ma. Nie zostanie po mnie prawdodpobnie jakieś archiwum, w którym ktoś będzie mógł kiedyś grzebać i oglądać te wszystkie fotografie.

- Nie zostanie, choć ja już czuję, że i tak jesteś bardzo uporządkowany.

- I to bardzo! Moim studentom w szkole reportażu wydaje się, że wystarczy znaleźć temat i za nim podążyć. A to jest masa organizacyjno-logistycznej roboty. Ogromny rygor.

- No to opowiedz, jak to w praktyce wygląda.

- Na przykład każda lektura ma osobną notatkę w Evernocie. Ten plik można potem oznaczyć tagami, dzięki czemu wszystko jest wygodne do przeszukiwania. Evernote ma też ten plus, że jest edytowalny, można więc coś dopisywać. Wcześniej pracowałem na notesach i do furii mnie doprowadzało, że gdy coś czytałem i robiłem notatki, często nie miałem tego w jednym kawałku. Poznański porządek wtedy bardzo cierpiał.

- Współczuję.

- Porządek to podstawa.  Na komputerze mam wszystkie notatki z lektur i wywiady. Zawsze wszystko drukuję i układam tematycznie. Następnie zbijam to w wielkie notesy formatu A4. Przy Piętrach takich brulionów było może z 10. Każdy koło 300 stron. Kiedy już mam je gotowe, czytam raz, zaznaczam co ważniejsze fragmenty, oklejam karteczkami...

- ...kolorem skoordynowanym z daną tematyką?

- Akurat kolor karteczek to element szaleństwa.

- Uf. A wracając do wywiadów - jak idzie Ci ich spisywanie?

- Robię maksymalnie dwa wywiady dziennie. Trzymam się zasady, że spisuję je codziennie. Gdy okazuje się, że zakolejkowanych do spisania jest więcej niż trzy wywiady, wysyłam je do Kasi, która transkrybuje wywiady za pieniądze.

- A widzisz!

- To wcale nie jest takim ułatwieniem, jakby się wydawało. Ona robi to jeden do jednego, co znaczy, że te wywiady zawierają moje chrząknięcia i inne mało ważne szczegóły. Ale muszę zlecać czasem spisywane, bo nienawidzę, gdy coś mam w plecy.

- Spodziewam się.

- Czasem mam też tak, że robiąc z kimś wywiad, równolegle zapisuję jego wypowiedzi w notesie. Lubię chodzić na wywiady z ekspertami, nie będąc przygotowanym. Tłumaczą mi wtedy wszystko prosto, jak 6-latkowi.  

- Umawiasz się pewnie na rozmowy wcześniej, a może jednak zdarza się, że robisz to z marszu?

- Muszę być umówiony wcześniej. Nie znoszę takiej sytuacji, gdy ktoś nagle kojarzy sobie, że jego sąsiad ma świetną historię i w związku z tym muszę się do niego wybrać, natychmiast.

A, i jeszcze: staram się, choć to oczywiście nie zawsze jest możliwe, robić wywiady w domach.

- A to czemu?

- To jest inny poziom intymności. Ludzie mówią wtedy rzeczy, których nie powiedzieliby w knajpach, nawet pustych. Ale, jak mówię, czasami jest tak – u starszych – że nie chcą wpuścić do domu, bo na przykład mają pod opieką kogoś chorego. Na ogół jednak staram się ładować do domu.

- Z tego wszystkiego, co mi mówisz, nie wynika, byś się jakoś specjalnie oszczędzał w pracy.

- Teraz jestem w trakcie realizacji nowego projektu, „Miasto Archipelag", i złapałem się na tym, że byłem czasem od 6 do 22 w pracy. Gdy wracałem, musiałem spisywać rozmowy. W rezultacie kładłem się o 3 w nocy. Właściwie padałem. I już tak dalej być nie może. Nauczyłem się kończyć wcześniej, najpóźniej o 18.00.

- A dużo fotografujesz? Chodzi mi o te robocze zdjęcia.

- Czasem fotografuję dokumenty, cudze zdjęcia, których ludzie nie chcą mi dać. Ale wnętrz nie. Na ogół pilnuję, by po wyjściu z domu zrobić notatki.

- Bo?

- Bo boję sie, że robiąc zdjęcia, zwalniam się z zadania. Owszem, będę mieć fotkę mieszkania, ale może na kliszy nie będzie widać pachnącej kaszanki. Dlatego ważne jest spisywanie na bieżąco. Często te spisane rzeczy trafiają potem do książki - jeden do jednego.

- Ty naprawdę jesteś cyborgiem. Aż strach pytać o fotografię jako taką.

- Proces fotografowania to osobny temat. Czasem muszę poczekać, aż słońce zajdzie za chmurkę, padnie odpowiednie światło. To jest proces poznawczy. Pomaga mi w pisaniu. Chciałbym osiagnąć taki stan, by traktować fotografię jako element procesu poznawczego przy pisaniu, ale przy okazji żeby zdjęcia były osobną opowieścią.

- Brzmi fantastycznie, ale czy to się może udać?

- To nie jest łatwe. Kiedyś w gazecie pracował i fotograf, i reporter. Gdy się jest w pojedynkę, bardzo trudno to osiagnać.

- Jak wygląda planowanie książki Filipa Springera?

- Najpierw zupełnie ogólnie rozrysowuję, w jakimś najprostszym programie do mapy myśli, najważniejsze hasła-chmurki. W przypadku 13 pięter były to tematy takie jak: problem bezdomności, kredyty (w tym część frankowa), tło systemowe, czyściciele kamienic... To jest początek.

- A potem?

- Następnie wyrastają kolejne chmurki, które rozrastają się w kolejne chmurki, i tak do skutku. Bardzo dużo dzieje się w trakcie, bo kiedy dochodzę do wniosku podczas dokumentacji, że coś, czego nie zaplanowałem wcześniej, się rozwija – to dopisuję kolejną chmurkę. Poza tym proporcje mogą się zmieniać. W każdym razie każda chmurka to osobna opowieść.

- Brzmi to wszystko racjonalnie, ale czy jest to też przyjemne?

- Bardzo! Czasem, gdy jadę rowerem, jest takie siup. O, to znak, że chmurki się same układają.

- Metafizyka.

- Ten moment następuje po tym, jak posegreguję wszystkie notatki, całość mam w głowie, kończę wywiady.

- Jest siup.

- Jest siup, siadam i piszę. I wtedy wystarczy miesiąc i jest napisane.

- Czy ja dobrze usłyszałem? Miesiąc?

- No, 40 dni. Ale wtedy siedzę i piszę cały czas.

- Naprawdę zaczynam się obawiać o Twoje zdrowie.

- Pierwszy rozdział Miedznaki pisałem 47 godzin ciągiem. Byłem tak zestresowany, czy się uda. To był hardcore. Potem się uspokoiłem.

- Ciekawe jak?

- Najlepiej pracuję mi się rano. Wstaję o 6.00 i piszę. Jestem w stanie wtedy machnąć felieton czy inny tekst. To mój cykl i świadomie podporządkowuję mu swój biologiczny zegar, gdy mam pracowity czas.

- Śniadanie jesz, mam nadzieję.

- Do 9.00 rano jadę na kawie. Potem idę z psem na spacer. I wtedy dopiero śniadanie. Czasem rano doczytuję, co napisałem wieczorem. To jest bardzo dobra metoda. Mam wtedy świeży umysł, a zarazem szybko potrafię wejść w język.

- A poza spacerem z psem gdzieś wychodzisz?

- Może wieczorem, ze znajomymi. Poza tym to już tylko pisanie. Lodówka jest wtedy pełna mrożonek i tak jadę z tym.

- Pięknie. Mrożonki i kawa.

- Kawa, ale ostatnio staram się pić więcej zbożowej. Kiedyś szły gigantyczne ilości Coca-Coli. Aha, ostatnio piję bardzo dużo wody. Lekarz powiedział, że jestem odwodniony i codziennie mam pić 2 litry. Ale nie jestem w stanie tyle wypić.

- Wszyscy mówią o tych 2 litrach, ale gdzie to zmieścić?

- No właśnie.

- Nałogi jakieś spożywcze masz?

- Jestem na nie podatny, więc uważam.

- Rozumiem.

- No, czasem piwo.

- Przekąski jakieś?

- Nie! Czasem suszone śliwki, ale czekolady - nie. Nie potrafię zjeść kostki czy dwóch, tylko od razu całą. Czekolady więc mi nie wolno.

- To jak się nagradzasz po dniu pracy?

- Wcale. Zabrzmi to może strasznie, ale gdy widzę, że mi robota fajnie wyszła w ciągu dnia, to już jestem zadowolony. Poza tym nagrodą może być na przykład godzinny serial przed snem. Podczas pisania raczej nie czytam, żeby nie przesiąknąć cudzym językiem.

- Blokady twórcze miewasz?

- Tak.

- No i jak sobie wtedy radzisz?

- Nic nie robię. Odpuszczam. Te blokady są wtedy, kiedy przegnę z rytmem na etapie dokumentacji. Pracując od 6.00 do 23.00, jestem robotem, ale mój organizm po takim tygodniu protestuje. Wtedy leżę, boli mnie głowa, rzygam.

- Oj.

- Ale nie zdarza się to często. I zawsze wtedy odpoczywam.

- Wysyłasz komuś swoje teksty przed publikacją?

- Raczej nie. Ja bardzo źle reaguję na krytykę. Poza tym mam poczucie, że intuicja mnie nie zawodzi. Ze wszystkich swoich książek jestem zadowolony.

- Nikt nie podpowiada?

- Gdy mam jakąś wątpliwość, to idę do Mariusza [Szczygła].  Słucham też uważnie redaktorek. Ale nie zaprzyjaźniam się. Trzeba umieć powiedzieć „nie" i koniec. Te relacje muszą być szorstkie.

- Mówiłeś, że nie ulegasz nałogom spożywczym, ale może masz jakieś inne? Notesy, dajmy na to?

- Ano tak. Moleskiny. I się tego bardzo wstydzę. I, tak, wiem, że to jest drogie i snobistyczne, ale...

- No?

- Dostałem pierwszego moleskina od swojej ówczesnej dziewczyny z nazwą „reporter" i życzeniem, żebym został reporterem. Więc tak, mam takie dwa swoje skrzywienia: moleskiny i cienkopisiki „muji".

- Domyślam się, że i tu też panuje porządek.

- Cienkopisy akuart mam porozrzucane po kieszeniach, a co do notesów - kiedyś wpisałem coś do jednego, zapominając o tym, że było to już wpisane w innym. Przez kilka godzin czułem się tym faktem bardzo przygnębiony.