Betonowy pałac

Gaja Grzegorzewska
Betonowy pałac
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2014
    508 stron
    150x225
    ISBN: 978-83-08-05375-1

Najnowszą powieścią Gaja Grzegorzewska zadebiutowała w naprawdę dużym wydawnictwie. Nie wiadomo, czy to akurat ten transfer sprawił, że „Betonowy pałac” jest znacznie obszerniejszy od poprzednich książek, być może to tylko próba dostosowania się do dzisiejszych standardów (podobno czytelnik musi się dziś „naczytać”, by wiedział, za co zapłacił), ale w promocyjnej oprawie powieści znać rękę wytrawnego rynkowego gracza, jakim bez wątpienia jest Wydawnictwo Literackie. Oto i na pierwszej, i na czwartej stronie okładki pomieszczono blurby autorstwa Magdaleny Cieleckiej. Nic w tym złego. Tym bardziej, że Cielecka pisze raczej do rzeczy. Z jednym zastrzeżeniem – nazywanie powieści Grzegorzewskiej (a więc autorki, która wykreowała postać Julii Dobrowolskiej, czyli detektywki silnej, niezależnej i niepodległej różnorakim kliszom) „prawdziwie męską prozą”, co czyni Cielecka, utrwalając naganny stereotyp, może sprawić, że aktorkę straszyć zacznie po nocach potwór gender.

Wróćmy jednak do – rzeczywiście dość potwornego – Krakowa, gdzie toczy się akcja książki, i gdzie pośród peryferyjnego Osiedla tronuje ów „betonowy pałac”. Osiedle znamy trochę już z „Grobu”, poprzedniej książki Grzegorzewskiej, podobnie jak Łukasza-Profesora, w zaiste niecodzienny sposób związanego z detektywką Dobrowolską. „Pałac” jest „Grobu” kontynuacją, tyle że tym razem narratorem i głównym bohaterem jest ów Łukasz, po dwóch latach powracający do miasta zza siedmiu mórz, by znów stawić czoła krakowskiej makabrze. Trzeba od razu powiedzieć, że ten pomysł sprawdza się świetnie i działa na rzecz prozy Grzegorzewskiej odświeżająco. Uwiarygadnia też bezlik literackich aluzji, zwykle bardzo zgrabnie podanych, którymi naszpikowany jest tekst. Profesor to jest wszak szlachetny wyrzutek o niepospolitej wiedzy i ogładzie, nie dziwota więc, że zaczyna swą opowieść od Eliotowskiego „w moim początku jest mój kres”, a potem się jeszcze rozkręca. Cała zresztą książka jest, w pewnym sensie, udaną wariacją na temat klasycznych motywów: już to samotnego jeźdźca, powracającego po latach do miasta bezprawia, już to wyklętego kwartału metropolii, gdzie półświatek rządzi się swymi własnymi prawami (tu kłaniać się można jeszcze dalej w przeszłość, choćby Wiktorowi Hugo i jego „Katedrze Marii Panny”). Ten splot dystansu (mającego źródło w sprawnym posługiwaniu się tym czy innym kulturowym odniesieniem) z bardzo dobrym, ciętym językiem, sprawnym dialogiem, brutalnością i bezpruderyjnością prozy „Pałacu”, robi naprawdę kapitalne wrażenie, przywodząc na myśl (w istocie, klasyka „męskiej prozy kryminalnej”, tak męskiej, że dziś brzmiącej na poły kampowo) Mickeya Spillane'a.

I za to wszystko należą się Grzegorzewskiej wielkie, szczere oklaski. Pierwsza połowa „Pałacu” (mówiąc zgrubnie) to zapewne najlepszy kawał literatury, jaki dotąd autorka napisała. Ani myślę jej streszczać i odbierać czytelnikom zabawy, muszę jednak uprzedzić, że pojawiają się też pewne kłopoty, gdy szeroko rozgałęzione wątki powieści zaczynają zmierzać ku finałowi. „Grób”, kończył się dość groteskowym pandemonium i jego kontynuacja musi się zmierzyć z tym trudnym dziedzictwem. Pod koniec Grzegorzewska jakby trochę się spieszy, by w końcu poważnych zagadek nie rozwiązać, a co więcej, zaserwować czytelnikowi nowinę rodem z tasiemcowego serialu (ukłony dla niezapomnianej „Dynastii”). Coś mi jednak mówi, że warto trzymać kciuki za kolejną powieść Gai Grzegorzewskiej. Maluczko, maluczko, a może zaserwuje nam prawdziwą petardę.

Marcin Sendecki