Nocne zwierzęta

Patrycja Pustkowiak
Nocne zwierzęta
  • Grupa Wydawnicza Foksal/ W.A.B.
    Warszawa 2013
    223 strony
    135x195
    ISBN: 978-83-7747-956-8

Debiut pisarski Patrycji Pustkowiak zwrócił uwagę  swym oryginalnym stylem: wyrobionym, śmiałym, dojrzałym. „Nocne zwierzęta” określone zostały jako „Pod wulkanem w wersji dla kobiet”, z zastrzeżeniem, że znacznie tu więcej poczucia humoru niż u Malcolma Lowry. Tak, jest to powieść o alkoholiczce. O piciu, paleniu, zażywaniu narkotyków. O wszystkich najpoważniejszych niebezpieczeństwach, na jakie narażona jest młoda kobieta, samotnie krążąca po mrocznej, fantasmagorycznej scenerii Warszawy. „Jedynym towarzyszem, a zarazem świadkiem jej upadku, jest to miasto, Warszawa. Jego wielkie cielsko poprzetykane ciągiem kolumn, kamienic, wieżowców z wielkiej płyty, rozjaśnione tysiącem migających neonów.” Najbardziej wciągająca  i zadziwiająca bywa sama fraza Pustkowiak – gęsta, poetycka, przeniknięta wisielczym humorem i tragiczną, fascynująca przenikliwością. W pijackich krajobrazach miasta pisarka odnajduje nieoczekiwane ślady poezji, rozsianej po tekście aż po groteskową scenę upadku bohaterki. Tamara Mortus - tak ją nazwała pisarka - jest alkoholiczką anty-sentymentalną. Nie szuka dla swojego upadku uzasadnień, nie marzy o miłości, nie czeka na ratunek. Po prostu zmusza czytelnika, aby jej towarzyszył.

Zmysł dramaturgiczny autorki  bardzo w tym bohaterce sprzyja. Pustkowiak zaczyna swą opowieść od trupa, i nieomylnie wskazuję sprawcę mordu. „Na złodzieju czapka gore, mówią. Ale jeśli chodzi o Tamarę, od kilku godzin świeżo upieczoną morderczynię, rzeczy mają się zgoła inaczej. Nic nie gore ani na niej ani w niej – Tamara jest jak latarnia morska która uległa awarii”. Czy to prawda? – zastanawia się czytelnik -  czy  zwykły deliryczny majak?  Teraz  musimy się  przekonać, czy autorka, pozbawiwszy nas przyjemnego początku, zmierza do równie fatalnego zakończenia.  

„Nocne zwierzęta” nie są, wbrew możliwemu odczytaniu, książką prześmiewczą jedynie czy nihilistyczną. Owszem, autorka momentami parodiuje styl wielkomiejskich trzydziestolatków, zajętych opowieściami o kacach, pawiach i zerwanych filmach, jak by to były ich własne, oryginalne  dzieła sztuki. Sama dla tych stanów  znajduje pojemną formę, przeciwstawiającą się bezmyślnej paplaninie tych, którzy w narkotykach szukają złudzenia nieśmiertelności.    
Młoda, ładna, wykształcona  bezrobotna degeneratka, której wciąż jakimś cudem działa karta kredytowa z dawnych, korporacyjnych czasów,  nie jest zwykłą ofiarą nałogu, nieszczęsną „ćpunką”, kimś chorym i okropnym. Jest  emanacją lęku tych, którzy jeszcze pracują i kupują, a także figurą natchnionej prorokini. Tej, która własnemu pokoleniu wyznaje  jedyną,  niewygodną prawdę: nie będzie i  dla was pracy, nie będzie sensu jej poszukiwania, nie będzie złudzeń co do szczęścia zaklętego w dostępie  do towarów i usług.  Ale – snuje wieszczka, kusicielka  – może można żyć bez tego wszystkiego. Choćby i życiem pośmiertnym, bo nie jest wykluczone, że  człowieka zawsze daje się wskrzesić kokainą i winą. A może nie daje? Ta niepewność - rodem i z powieści kryminalnej i z religijnych traktatów -  jest punktem zwrotnym, wokół którego obraca się powieść.     

Kazimiera Szczuka