W stronę miłości

Marian Pankowski
  • Biblioteka Narodowa
    Warszawa 2001
    146 x 207
    204 strony
    ISBN 83-7009-349-3

Późna proza Mariana Pankowskiego jest ostentacyjnie starcza, jawnie autobiograficzna oraz, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, na swój sposób radosna. Autor konsekwentnie odwołuje się do pewnego, rzadko zresztą wykorzystywanego, przywileju starości. Ów przywilej można by ująć następująco: niczego już nie muszę udawać ani - tym bardziej - udowadniać. Stąd też starość przez niego opisywana ma charakter wyzwalający i w tym znaczeniu jest radosna. Stary pisarz - sugeruje Pankowski - to ktoś, kto przejrzał na wylot wszystkie oszustwa literatury, a jeśli nawet oddaje się fikcji, to zawsze ze świadomością blagi. W opowiadaniu otwierającym najnowszą książkę Pankowskiego sporo się flirtuje. Emerytowany profesor literatury noszący - a jakże! - imię i nazwisko autora spędza zimowe wakacje w Ostendzie. Wytropiła go tam Henrieta, polska dziennikarka. On i ona rozmawiają ze sobą dziwnie, wedle wzorów bardziej niż literackich, manierycznie i ekscentrycznie. Przy czym Henrieta jest osobą podejrzanie przenikliwą. To wytrawna znawczyni twórczości Pankowskiego, w finale zaś okazuje się, że jest także córką kobiety, która kiedyś była wielką miłością bohatera. Cierpienia starego Wertera? Owszem, zwłaszcza że w opowiadanie, o którym tu mowa, wcina się zabawny apokryf - nieprawdziwe zapiski z prawdziwej podróży Goethego (ze Śląska do Krakowa i Wieliczki jesienią roku 1790). Proza Mariana Pankowskiego zawsze była prowokacyjna i spektakularnie niepokorna, ale ta z ostatnich lat przebija wszystko. Przede wszystkim mam na uwadze bezlitosny, krańcowo autoironiczny stosunek autora do samego siebie i własnej twórczości. Żadnych tu dopowiedzeń, żadnej kosmetyki, niczego, co podpadałoby pod troskę o własną pisarską reputację i pomyślną przyszłość dzieła. Wręcz przeciwnie. Zupełnie tak, jak gdyby Pankowski chciał nas przekonać, że zarówno siebie, jak i swojej twórczości nie traktuje poważnie, a w każdym razie - nie z przesadną powagą.

-
Dariusz Nowacki

Marian Pankowski (ur. 1919), pisarz i krytyk literacki, po wojnie osiadł w Brukseli, gdzie ukończył studia i został wykładowcą literatury polskiej na Université Libre.

Fragment

Podróż jest pierwszym słowem, które zjawiło mi się nad maszyna do pisania, a tuż potem droga. Ta ostatnia z hurmą pchających się przydawek, długa, nużąca, uciążliwa... (...) Na koniec słyszę tuż pod czołem wojaż. Aaa, nareszcie coś, co przylega do zamówienia. Wojaż. Wielki Johann Wolfgang Goethe wojażował, jasne, oczywiste... Wojażował, żeby zwiedzać obce kraje... Podróżny. I stąd jego Wandererslied, jego braterskie und bald ruhest Du auch... Czas wybrnąć z filologii i zająć się raptularzem.

*

Nieudana podróż Goethego

Oppeln, den 3 August 1790

Z Oppeln wyjechaliśmy tuż przed świtem dyliżansem pocztowym, żeby uniknąć upału. Odnotowuję jakość zaprzęgu. Tak rączych koni nie znajdziesz gdzie indziej, byś ich nie ze świeczką, ale z pochodnią szukał! Te ich muszkuły połyskujące. Same gniadosze, może nie tak gustowne jak bieguny w arcyksiążęcej stadninie, ale za to swą ochotnością wszystkie inne przewyższają. Wiem o tym od woźnicy Szlązaka, który zna się na koniach jak nasz heidelberski botanista Heinz Unkrauter na ziołach. Wschód słońca z jutrzenką na czele opisać chciałem... ale to, co ujrzałem, sprawiło jedynie ulgę, że po ciemnościach, w których świat był pogrążony, światło nastało. I niestety nie potrafiłem wznieść inspiracji. Może dlatego, że przypominała mi się Toskania, owe pagórki, na których winnice i gaje oliwne... i w ogóle kraina wo die Zitronen blühen... Przyczyną była też może pora pożniwna, krajobraz ogołocony ze zbóż rozmaitych, co za jedyny Landschaft... ein Stoppelfeld mają. Tutejsze słowo równie szorstkie i kostropate jak rzecz nazwana. (...) Minęliśmy olszynę i znowu ścierniska po obu stronach drogi, już nie wyboistej, ale piaszczystej i tak sypkiej porą kanikuły, że nasi gwiaździarze, co czasu niewrotnego upływy mierzą zegarem pisecznym, tu by owe klepsydry mogli obficie napełnić! Jeszcze górka, a za nią wioska. Chaty tak blisko, że niemal z dyliżansu wychyliwszy się, można by zapukać... żeby otworzyli mi tutejsi Filemon i Baucis... A potem przybywać tu będą pokolenia twórców, żeby wspominać moje z nimi spotkanie i to, jak do słońca wzniosłem metaforę, że świat, co pod nią, złotolitym się stał. Wjeżdżamy do wioski, a tu pustki. Tylko nasz dyliżans słychać skrzypiący, skwierczący i naszych koni sapanie, kiedy woźnica je ściągnie lejcami. Starozakonni kupcy wysiadają przy karczmie, że potem tam na nas zaczekają. W tej samej chwili śpiew do nas doleciał, nawet niedaleki. Podjechaliśmy, a potem już pieszo. I co się okazało? Wieśniacy, to znaczy żniwiarze nieśli wieniec żniwny dziedzicowi i wesoło śpiewali. Wieniec był wspaniały. Na wzór starożytnych koron w stożek z pszenicznych kłosów uwity, makami, bławatami i kąkolami ubarwiony. Też czerwone jabłka, też orzechy w kiściach tam wplecione, żeby wyrazić wszystką obfitość darów Pomony. Die Herrschaft czekali na ganku niewielkiego dworu. Przyjęli wieniec. I wtedy najstarszy z gromady przemówił. I znowu chór zaśpiewał. Dziedzic dał znak ręką i wszystko ucichło, gwar i śpiewy. Podziękował poddanym za wierną pracę i zaprosił gromadę do tańców. Pierwsi skoczyli młodzi! sam dziedzic zasiadł do stołu z gospodarzami, a pani dziedziczka z niewiastami. Poprosiłem szlachcica polskiego, żeby mnie przedstawił właścicielom majątku. Uśmialiśmy się... bo byli to... nasi koloniści! Wypiliśmy coś tam na stojąco. Konie napojone i wypoczęte. Kupcy już czekali przed karczmą w cieniu lipy. Ruszyliśmy, unosząc w pamięci strzępy słowiańskich śpiewów, dziki wzrok parobków krzesających iskry podkówkami. Kwaśne mleko było znakomite. No i niespodzianka: szlachcic polski von Trembecki wyznał, że jest poetą... i Szambelanem Jego Królewskiej Mości Stanisława Augusta! Kiedy nadmieniłem, że jadę do Krakowa, przytaknął głową, a kiedy dodałem, że także do Wieliczki, zaaprobował gorąco i dodał: - C’est fabuleux! Potem monotonnie samym brzegiem Odry jechaliśmy. Couleur locale przy wodopoju. Tam ujrzałem rybaków, którzy właśnie do brzegu przybili. Proponowali nam ryby, wierzgające sprężyste szczupaki. wielce żałowałem, żeśmy tak oddaleni od miast, bo byłbym dał rybę do zakonserwowania, żeby potem w szklanej gablotce w moim Lesezimmer płynięcie swe zatrzymała i żywioł żywych wód mi przypominała.

*

Grymaśny redaktor

Wielce Szanowny Panie Profesorze, Odpisuję faksem na faks. Przede wszystkim, żeby gorąco podziękować za tak szybką i cenną reakcję. Nasz redakcyjny tłumacz przełożył tekst „na gorąco”. Słuchaliśmy z przyjemnością tej pięknej prozy... Po czym posypały się uwagi, najczęściej z ust naszych młodych pracowników. Bardzo pozytywnie oceniono grymaśne spojrzenie Goethego na krajobraz pożniwny, jego narcyzowate żale, że to jednak nie jego ukochana Italia. Również obraz rybaka z ogromnym, rzucającym się szczupakiem bardzo nam przypadł do gustu... Tej jakości, niestety, nie posiada opis dożynek i dworu. jeden z kolegów redakcyjnych nazwał opis korony splecionej z płodów ziemi... „martwą naturą”. I że brak tej scenie dynamiki. Zdziwiło nas też dworskie przyjęcie na stojąco i to... kwaśnym mlekiem. Gdzie się podziała słynna polska wódka? Również dziwi scena pokłonu żniwiarzy, ich polskie śpiewy, za które koloniści dziękowali chyba... po niemiecku? Jednym słowem wydało nam się, że woźnica powinien był raczej wybrać tradycyjny zajazd na postój. A gdyby się nadal upierał przy dworze, należałoby zmienić woźnicę... Żartuję. Proszę mi darować. Toteż śmiem prosić o jeszcze jedną stronę raptularza autora „Fausta” z jego podróży przez Śląsk do Krakowa... żeby nasi czytelnicy mogli wszystkimi zmysłami powitać podpatrzone i podsłuchane przez Pana Profesora sceny i scenki! Proszę się nie spieszyć. Przecież podróżujemy dyliżansem, n’est-ce pas? Pan Profesor raczy przyjąć wyrazy prawdziwego szacunku i podziwu. von Krapfen.