Małe lisy

Justyna Bargielska
Małe lisy
  • Czarne
    Wołowiec, 2013
    Autor okładki: Iwona Chmielewska
    ISBN 978-83-7536-505-4
    112 stron
    oprawa twarda

Nowa książka Justyny Bargielskiej niewiele jest obszerniejsza od poprzedniej, określanej jako zbiór prozy poetyckiej, miniatur związanych tematem i narratorskim ja, bo na powieść rzecz wydawała się zbyt szczupła. W Małych lisach  lakoniczna, pojemna forma Bargielskiej zyskuje i kontynuację, i obietnicę dalszego ciągu. Znany nam już, wyrazisty głos młodej kobiety odtwarza historie; własne albo podsłuchane wprost z życia. Dzieci, mąż, pies, matka, siostra i sąsiadki. Osiedle, obok las. Sprzątanie mieszkania, rytmy zasłyszane w metrze i odśpiewywane w domu przez córkę, lokalny autobus. W tym zadomowieniu czai się jednak niesamowitość, w swojskości grzeszność. Bajko-romans, ten najpopularniejszy na globalnym rynku gatunek kobiecej prozy, zyskuje tu wielowymiarowe, ironiczne ujęcie. „A miałyście kiedyś, dziewczynki, romans z gangsterem z lasu? A ja, dziewczynki, miałam” – tak zaczynają się Małe lisy. Tytuł tyleż wieloznaczny, co oczywisty. To one, biblijne małe lisy, drobne grzechy – w tym wypadku grzechy gospodyń domowych -  pustoszą Pańską winnicę. Jakże to pociągające, być małym lisem i tak sobie biegać po osiedlowym lesie! Snute na pograniczu snów, wspomnień i fantazji, bajki o kochanku nożowniku w ostatecznym rozrachunku są jednak kosztowne. Codzienność rodzinnego życia, sama jego materia podlega delikatnej erozji, bo to, co czyni świat zaczarowanym – poezja, a kiedyś nawet religia - przeniosło się teraz na zewnątrz domostwa, do lasu. Głęboki wgląd w dynamikę tego procesu nie jest jednak tożsamy z poczuciem winy. „Mam to w p…” potrafi napisać poetka, która prawie nigdy nie stosuje wulgaryzmów. Sens tej parafrazy jest prosty. Dla kobiety wolność i moce tworzenia to wartości rzadkie a bezcenne, należy je chronić własnym ciałem.  

Poetyckie gadanie Bargielskiej rozszczepione zostało teraz na dwie postaci, dokumentujące potoczne, lecz nie mniej przez to dramatyczne doświadczenia egzystencji. Agnieszka, „badaczko-działaczka”, jedna z „pań z fundacji”, to dziewczyna samodzielna, samotna, prowadząca, między innymi, kurs pisarski w osiedlowym domu kultury. Figura literackiej twórczości objawia się jako projekt bez granic, kolektywny, kwestionujący jednoznaczne rozumienie autorstwa. W ten sposób sama Bargielska, plącząca w tekście, jakby od niechcenia, rozmaite kobiece imiona, deklaruje, że Małe lisy to rzecz należąca do niej, ale nie tylko od niej pochodząca. W tym żeńskim, z definicji nieco obscenicznym gadanio–pisaniu, ukazującym wdzieranie się cierpienia i pożądania na scenę codzienności, wspólne okazują się słowa, myśli, miejsca i doświadczenia. Opowieść Agnieszki splata się zadziwiająco ściśle z mikro perspektywą innej postaci,   gospodyni domowej i matki dzieciom, która na szczęście czy nieszczęście dla samej rzeczywistości, jest wrażliwą  intelektualistką. I potrafi pisać, choćby wieczorami, „do lokalnych gazet”. Obie najwyraźniej sypiają z tym samym upojnym, leśnym zbójem.  

W Obsoletkach, poprzedniej książce Bargielskiej, ton całości nadawała żałoba. Głęboka a zarazem problematyczna, bo autorka stworzyła zapis doświadczenia poronienia ciąży, utratę kogoś, kogo jeszcze w realnym świecie nie było.  Doświadczenie medyczne znajdowało religijny rytm i obrazowanie, świat nasycał się ciemnym blaskiem obrzędów żałobnych. Małe lisy są zupełnie inne. Powrót na stronę życia oznacza wejście w strefę podwyższonego zagrożenia, nielegalnych pasji erotycznych i fantazji o ucieczce  z domu, choćby odpłynięciu rurami kanalizacyjnymi. Ale, jak można sądzić, wielkiej katastrofy tu jednak nie będzie. Dzieci, choćby imaginacyjnie uśpione podczas próby poszerzonego samobójstwa, jednak w końcu się budzą. I ich matka ożywa. Aspekty autorskiej jaźni łączą się, obie kochanki  nożownika wracają razem do bloku, razem niosą dzieci. Fabuła tych opowieści, choć ważna i wciągająca, jest jednak w jakimś sensie umowna. Najważniejsza jest zdolność autorki do przetwarzania wszystkiego w gęstą substancję literatury; zwięzłą, ironiczną, niekiedy nieco surrealną, ale zawsze dotykającą piękna i grozy, czających się w bezkształcie istnienia.  

Kazimiera Szczuka