Widma

Łukasz Orbitowski
Widma
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2012
    145 × 205
    544 strony
    ISBN: 978-83-08-04774-3

Łukasz Orbitowski w „Widmach” dowodzi, że należy do pisarzy zręcznie łączących nieokiełznaną niczym wyobraźnię fabularną spod znaku fantastyki z uważnością wnikliwego psychologa i obserwatora rzeczywistości.

Szeroko rozlana fabuła tej powieści rozpoczyna się niepokojącą sceną z udziałem małej dziewczynki i żołnierza. Tajemnicze pudełko, które tutaj się pojawia, będzie potem leitmotivem przewijającym się przez całą opowieść. Właściwe zawiązane następuje jednak po kilkunastu stronach, przed planowanym na 1 sierpnia 1944 roku powstaniem. Będzie w nim uczestniczyć Krzyś (pierwowzorem jest Krzysztof Kamil Baczyński, młody słynny poeta, który zginął w powstaniu warszawskim), idący na zbiórkę. Jego narzeczona, Basia, ma schować w tajemnicy przed przyszłym mężem pudełko. Ale powstanie nie wybucha. Broń nie działa. Zaczyna się inna historia Polski – alternatywna, także dla Krzysia, który w książce Orbitowskiego nie ginie w trakcie walk wojennych. Oto bowiem Krzysztof żyje w socjalistycznej Polsce i usiłuje napisać powieść będącą odpowiedzią na bieżące potrzeby polityczne. Przychodzi mu to z ogromnym trudem. Do tego dochodzą zwykłe problemy dnia codziennego w relacjach z innymi i z samym sobą. W tle Krzysiowych przygód rozgrywają się równolegle jeszcze perypetie milicjanta Wiktora i więźnia politycznego Janka.

Opowieść Orbitowskiego mieni się wieloma barwami. Fantastyczna narracja przenika w rzeczywistą (i na odwrót), motywy obleczone powłoką historyczną nagle okazują się tożsame współczesności, a rozmach w portretowaniu postaci bezpośrednio splata się z obserwacją psychologiczną relacji międzyludzkich. Orbitowski w ten sposób doskonale żongluje stylami, perspektywami i nastrojami. To kawał solidnej prozy, momentami filmowej, która znakomicie mieści się obok najważniejszych twórców polskiej literatury współczesnej zakorzenionej w nurcie fantastyki.

Marcin Wilk

Fragment

Krzyś zgarnął papiery z ukrytej stery, było tam trochę prasy podziemnej, wymięte egzemplarze „Nowego Wróbla”, podręczniki wojskowe z przedwojnia i jeden zrobiony już za Niemców, konspiracyjne wydanie Psychologii emocjonalnej Petrażyckiego. Głębiej znajdowały się mapy i materiały szkoleniowe, zasłaniając prawdziwe skarby: Thompsona z długa kolbą, dwa stedy, szmajsera, do tego parę granatów i trochę amunicji. Generał Monter twierdził, że jeśli ktoś nie ma broni, powinien chwycić kamień i jakąś zdobyć. Krzyś bron miał.
Zgarbił się na moment nad skrzynką, wcale nie dlatego że przydusił go atak astmy, kto by się przejmował astmą w taki dzień? Krzyś zastanawiał się, co wziąć, przecież broń nie należała do niego, a zarazem iść na Focha z gołymi rękami nie miało sensu. A jeśli zatrzyma go patrol?
Dzień był ciepły, stena można było ukryć pod płaszczem, tylko że płaszcz pierwszego sierpnia wygląda podejrzanie. Tego dnia jednak ludzi w płaszczach będzie całe mnóstwo na ulicach Warszawy. Krzyś wiedział, ze prócz płaszczy oraz stenów żołnierze potrzebują także butów, i on musi te buty załatwić. Brakowało czasu. Czuł dziwny niesmak, jakby tym zleceniem dano mu do zrozumienia, że powinien zostać z tyłu i usługiwać walczącym, jakby w jego oczach dało się wyczytać, że walczyć to znaczy zabić, Krzyś zaś sprawiał wrażenie człowieka, który ładnie umrze, ale z zabijaniem może mieć kłopot. Odrzucił te myśli, pocieszając się, że każdy w Warszawie grzęźnie teraz w wątpliwościach i każdy chce być gdzie indziej, w innym plutonie, w kamienicy lub bramie innej niż ta, w której akurat siedzi, a już na pewno znalazły się człowiek, co chciały właśnie w tej chwili klęczeć na skrytką pełną broni.
Odłożył na łóżko dwa granaty, schował papierzyska i założył z powrotem klepki. Przepchnął amerykankę i usiadł na niej, zasapany. Brakowało mu Basi, słów i ust najbardziej, lecz też tej prostej czynności: dotąd zawsze gdy zamykał skrytkę, Basia wkraczała z miotłą i ścierką, zdumiewająco ostrożna jak na taką piękną dziewczynę. nie umiał sobie wytłumaczyć, czemu Basia robi coś takiego, przecież to niepotrzebne, gdyby ktoś złożył donos albo jakiś Niemiec wszedł przypadkiem, zaraz pomyślałby o amerykance i o klepkach pod nią, żadne zmiatanie by nie pomogło. A Basia zamiatała, zamiatał cierpliwie.
Zastanawiał się teraz, gdzie ona jest, czy doszła już na Pańska, a jeśli nie, to czy dojdzie, nim wszystko się zacznie, przecież nie trzeba być generałem, by wiedzieć, co się święci. Mobilizacja trwa już kilka dni, od Pragi, od Radzymina i otwocka pruje sowiecka artyleria, a na wezwanie Fischera do kopania rowów zamiast całego miasta przyszła garstka skurwysynów. Basia zatem, która nigdy nie chciała wiedzieć – wie, warto zapytać, co z tą wiedzą zrobi, zaszyje się gdzieś czy pójdzie za Krzysiem? To pytanie zakłuło i rozlało się po jego ciele, biedne i chude jak i ono.
Krzyś umył twarz, wpakował granaty do spodni i zakrył płową marynarką, za dużą na jego wąskie ramiona, z przepastnych rękawów wystawały chude nadgarstki, z nakrochmalonego kołnierza sterczała głowa chłopca o przestraszonych oczach. Zerknął jeszcze za okno, na zegarek i znów za okno, tam po brukowanych chodnikach spieszyli ludzie, sunąc w bezładnych grupkach ku znanym sobie celom; jeśli jakaś twarz pojawiała się w oknie, to tylko po to, by zaraz zniknąć, jełki z ciemniej bramy wyskoczył bosy szkrab, też przepadał momentalnie w innej ci mej bramie. Wyobraźnia poety dopowiedziała resztę: oto mury kamienic na Hołówce rozrywają się niczym świeżo zabliźnione rany, spod tynku wyłazi mokra czerwona cegła, bramy są wysokie, wąskie, o kształtach pradawnych kamieni, puste odbicia pogańskich kręgów, wypadają z nich ci, których Warszawa pożarła, ci rzuceni na talerze Moskali, Sowietów i Niemców, pałaszowani sztućcami z kości volksdeutschów, rozgryzani, przeżuci – teraz znów cali, wyrywają się na wolność, chłopcy zarżnięci podczas rzezi Pragi, wybici przez mrozy Sybiru, zastrzeleni na Szucha, zagłodzeni, żywe popiołu niedawnego getta pędzą w podmuch z trzewi miasta. Na ten obraz nałożył się drugi, zaskakują nawet Krzysia: nastał pokój, Niemca wybito, wyzwolone widma bratają się ze sobą, odnajdują się kumple i kochankowie, kolumnami czarnych samochodów pędzą na zabawę z okazji zwycięstwa, gdzie upiorne kapele grają skocznie, zakochani szukają sobie miejsc na piętrach lub parzą się zgoła na widoku, przekonani, że skoro są martwi, rozpusta ujdzie im na sucho. Pobici legioniści rżną w pokera i skata, zarżnięte dziwki się do nich wdzięczą, dzieci przywołane z martwych radośnie tłuką szyby w budynkach, przecież już potłuczone we wrześniu, pięć lat temu.
A potem, co jeszcze piękniejsze, upiory suną w stronę Starego Miasta, na Marszałkowską, gdzie zlewają się w trupi korowód opromieniony łuną zwycięstwa. Każdy ma śmieszną czapkę lub kolorowy strój, w niebo strzela czerwone konfetti, rozlega się śmiech, rozbrzmiewa pieśń akordeonów, gitar i katarynek, a ci weseli, zwycięscy zmarli porywają żywych do radosnego szaleństwa, podnoszą kaleki z wózków, starcom wytrącają kule i ciągną ich ze sobą, przygarniają żołnierzy, ich kobiety, matki, strzelają w niebo na wiwat, prędzej i prędzej, żywi i umarli, królowie i kaprale, zwinięci w tanecznym wężu po ulicach Warszawy. A gdzie nie spojrzysz, nie ma smutnej twarzy, chyba że to pysk szmalcownika, volksdeutscha czy zastygłego na krótkim sznurze przywiązanym do latarni granatowego policjanta, posyłającego wściekły grymas. Warszawa się śmieje, Warszawa tańczy, z ludźmi zwierzęta i budynki, miasto podrywa się ku niebu w najświętszych dniach sierpnia. Tak to przynajmniej widział Krzyś, wyraźnie sobą zaskoczony, pomyślał tylko, czyby tego nie zapisać i jakoś nie dać Basi, jako dobrą wróżbę – gdyby poecie rozciąć łeb i czytać z niego przyszłość, życie byłoby prostsze. Uśmiechnął się do tej myśli – widoku kapłanów nad rozłupaną czaszka tego czy tamtego wieszcza – uznał, że jednak jej nie zapisze, bo musi już pędzić. Gdziekolwiek jest Basia, na pewno poczeka.