Agent

Manuela Gretkowska
Agent
  • Świat Książki,
    Warszawa 2012
    130 × 214
    224 strony
    ISBN: 978-83-7799-920-2

Agent Manueli Gretkowskiej to prosta i zarazem nieprosta historia obyczajowo-miłosna o niełatwym finale i niebanalnych wnioskach. Prosta – bo streścić jej opartą na trójkącie miłosnym fabułę szalenie łatwo, bo nietrudno skitować wzruszeniem ramion oczywistość romansowego układu (młoda kobieta, starszy mężczyzna), wreszcie – bo nie potrzeba doskonałej znajomości kontekstu polsko-żydowskiego, by mizernej konstrukcji wątki polsko-żydowskie uznać za zbyt schematycznie rozwinięte. Nieprosta – bo schematyczność rozwiązań fabularnych nie jest tu jednak unikiem i pójściem na łatwiznę. Gretkowska inwestuje w struktury narracyjne niezwykle oszczędnie: bez zbędnego przeładowania konfliktami, ilością bohaterów oraz obszernością komentarza. Wciąga nas w świat mieszczańskiego konwenansu: zdrady, wierności, religijnego fundamentalizmu, a potem z niego wyciąga za sprawą mądrego, choć niekoniecznie przewrotnego, przeformułowania relacji między bohaterami Agenta. Są nimi: małżeństwo Golbergów borykające się z doświadczeniami z Holokaustowej przeszłości i tragiczną śmiercią dorosłego syna, która rujnuje ich spokojne, dorosłe, wspólne już życie; ich córka Miriam, młoda nauczycielka z Polski, Dorota.
To mądra książka prowadząca nas do wnętrza konfliktu w taki sposób, byśmy nie mogli w żadnej chwili postawić się w roli oskarżających któregoś z bohaterów. W żadnym momencie narrator nie daje nam oznak, że przyswoił sobie punkt widzenia którejś z postaci. I nie chodzi tu o to, że Gretkowska chce zdobyć się na dystans spokojnego mędrca, pokazując racje cząstkowe każdego z bohaterów tego układu kontrowersyjnego z etycznego punktu widzenia. Chodzi raczej o to, że mieszczański świat, w który Gretkowska zawsze uderza, tym razem potraktowała tak, że nie możemy mówić o resentymencie, co jest dobrą lekcją: nie od razu trzeba robić „ostatnie tango w Paryżu”, żeby powiedzieć coś o ciasnych i restrykcyjnych zasadach mieszczańskich.
Cały schemat fabularny możemy potraktować metaforycznie. Agent daje możliwość pomyślenia o takich warunkach relacji między ludźmi, w ramach których nie muszą się te relacje układać się zgodnie z logiką odwetu, który dyktuje nam urażona ambicja.

Anna Kałuża

Fragment

– Ja wam zadam zagadkę. – Opróżnił do dna butelkę. – Ojciec dwójki dzieci poległych na wojnie, której nie było. – Zachwiał się, rozstawił szerzej nogi. – Wiecie kto? Kto nim jest?! Ja, Szymon Golberg. Moje pierwsze dziecko, mój syn Saul był... i byłby skrzypkiem, jazzowym. W koszarach kolega do niego strzelił, wypadek przy czyszczeniu broni, brat brata... Kto z was, tchórze, był w wojsku? No kto? – Pustą butelką zatoczył po cofających się ortodoksach. – A drugie dziecko, Miriam! – krzyknął rozpaczliwie w stronę zasłony. – Też ginie na wojnie, w Talmudzie tak napisano. – Wskazał flaszką pyzatego.
– Nie dlatego, że Miriam wychodzi za mąż, prawdziwa miłość to nie wojna. Ale dlatego, że za chałaciarza, takiego jak wy! Mohel wyciął wam całe jaja i na żadną wojnę nie pójdziecie, nie?! – wrzeszczał, wymachując pustą butelką.
Zanim ktoś by go obezwładnił, Fisher wywlókł go przed dom weselny.
– Zniszczyłeś, zrujnowałeś wesele własnej córce, ćwoku! – Hanna usiadła w taksówce jak najdalej od Szymona.
– Wesele?
– Jakie by nie było, to jej święto, jej.
Słyszała od Fishera szczegóły występu Szymona. Miał mieć na niego oko, nie dopilnował. Znali się od lat, powinien wyczuć, kiedy jest słowo za dużo. Kieliszek. Jeden, nie więcej. Szymonowi nie wolno było pić, brał prozac.
– Ani wódka, ani depresja cię nie usprawiedliwią. – Rozszarpałaby idiotyczną panamę razem z nim. Gdy ją wkładał, mogła się domyślić już w domu, że to wstęp do pajacowania. Zabawny klaun musi być żałosny.
– Wypiłem, ale smutny nie jestem. Tańczyłem, nie widziałaś. Cztery lata temu ręką ani nogą bym nie ruszył. Najlepszy dowód, że nie mam depresji i wiem, co robię.
Po śmierci Saula zapadł w otępienie. Leki nie działały, pomogły elektrowstrząsy. Gdzieś w mózgu Szymona przeskoczyła iskra i podniósł się do życia. Zajmujący się nim stary doktor Weiss, niedoszły rabin, uznał to za dowód na prawdziwość kabalistycznego tikunu. Powiastki o kosmicznej katastrofie:
Gliniane garnki, w których miał się pomieścić stwarzany świat, popękały. Nie wytrzymały mocy przechowywanej w nich świętości. Rozsypała się iskrami. Zadaniem ludzi jest tikun – naprawa świata przez szukanie w sobie tych boskich iskier. Indywidualny tikun współgra z tiku nem odrodzenia kosmicznego, polegającym na odnajdywaniu boskiej mocy w popiołach i skorupach.
Miriam przejęta beznadziejnym stanem ojca przesiadywała u niego w szpitalu. Wdawała się w długie rozmowy z Weissem. Spragniona cudu uzdrowienia i cudu na znak, że Saul żyje w innym wymiarze, pożyczała od doktora kabalistyczne książki.
„Może na nią spadła ta cholerna iskra”. – Szymona złościła własna słabość. Nie miał wyrazistych wspomnień ze szpitala, guma w zęby, obręcz elektrod na wyczyszczonej spirytusem skórze. – „Może przeze mnie dała się wciągnąć w zabobony, gdybym wtedy nie zawiódł, to ją przerosło”.
Później nie potrzebowała od niego żadnej pomocy.
– Mam dla ciebie dobrą i złą nowinę. Dobrą, że jestem twoją córką, złą, że jesteś moim ojcem – powiedziała mu, gdy wyśmiał jej koszerne porządki w lodówce. – Wiara to placebo. – Wypisujący go po udanej kuracji Weiss wyznał powód, dla którego zrezygnował ze szkoły rabinackiej. Znał o wiele gorsze przypadki niż nawrócenie. – Na wrażliwą Miriam mogła spaść psychoza, prawdziwe załamanie nerwowe, ucieczka w narkotyki. Ale to dzielna dziewczyna, mocna – pocieszał.

Taksówka Golbergów skręciła w stronę starego miasta. Cisza sunącego przez nocne ulice samochodu była tłem dla weselnej awantury.
– Nie mówię, że jesteś chory na głowę. – Hanna wracała do rozsądku wspartego wieloletnim doświadczeniem mężatki. – Z ciebie po prostu czasem wyłazi zwykła świnia. Czemu akurat dzisiaj? Co ci winna Miriam?
– Nie Miriam.
– Brałeś się do bicia.
– Kiepski z Fishera szpicel, on ci chyba western opowiadał, w tych swoich butach. Ja grzecznie z pejsatymi dyskutowałem, zadawaliśmy sobie zagadki.
– Wodzirej się znalazł! Teleturniej im urządziłeś? Kto nie zgadnie, tego butelką w łeb?! Proszę cię...
– Nie jesteś moim psychiatrą – przypomniał w obawie, by nie podparła medycznym autorytetem swoich pretensji.
– Znam się na tobie lepiej od każdego psychiatry.
Hanna ubrana szykownie na wesele, w drogiej bieliźnie, poczuła się lalką ozdobioną biżuterią. Prawdziwe życie, z dawnymi zapachami, smakiem, należało do innych. Zza szyby taksówki przyglądała się mijanym ulicom: światłom w oknach, pijanym turystom rozkładającym mapę na chodniku, kłócącej się parze. Dziewczyna zdjęła szpilki i rzuciła nimi w okularnika. On je pocałował w podeszwę. Hanna opuściła szybę, nadal było duszno.
– Wysiadam. Proszę się zatrzymać. – Złapała za klamkę.
– Przejdę się.
– Idę z tobą. – Szymon wyjął portfel.
– Patrzeć na ciebie nie mogę. – Złość znowu wzięła przewagę nad współczuciem. – W tej źle zapiętej koszuli.
– No problem. – Poprawiał poprzekładane przez Fishera guziki.
– Nic mi się nie stanie, do hotelu blisko.
– Żartujesz, nie puszczę cię samej. Gdzie my jesteśmy? Podjedźmy pod Złotą Bramę. – Klepnął w fotel kierowcy.
– Daj mi się samej przejść.
– Dzielnica niby bezpieczna, mówi się... Dzisiaj pełnia i ludziom odbija. – Taksówkarz spojrzał znacząco na Szymona, który pożałował mu napiwku.

W dole, poza murami mieli zarezerwowany hotel Zion. Krócej było przejściem obok Ściany Płaczu. Minęli strażników. O drugiej w nocy było pustawo. Po męskiej stronie Ściany modlili się amerykańscy chasydzi. Spacerując i rozmawiając przyciszonymi głosami, próbowali w świętym miejscu przetrwać jetlag.
Szymon też chciał przetrwać tę noc. Zakończyć ją czymś więcej niż niesmakiem weselnej katastrofy. Hanna lubiła tu z nim przychodzić. Z sentymentu dla tradycji wybrali się pod Ścianę po ślubie i kiedy była w ciąży. Nie traktowali tego miejsca religij nie. To było coś, co przetrwało. Skała wynurzająca się z wysychających oceanów nienawiści, wojen. Ołtarz żydowskiego czasu.
W wojnie sześciodniowej wygrano dostęp do Ściany Płaczu. Przestała być „po arabskiej stronie“. Hanna odwiedziła ją wtedy razem ze schorowanymi rodzicami. Potrzebowali dowodu, prawa do bycia na tej ziemi. Nie mówili, nie myśleli nawet w ten sposób, ale dotknięcie pozostałości świątyni dodawało im, starym ateistom, historycznej otuchy.
– Idziesz? – Szymon szukał z Hanną porozumienia. Znaku, że mu przebaczyła. Kiwnęła głową. Rozdzielili się na placu. Został, ona zawahała się przy studni. Nie wiedziała, czy do dzbanka z wodą skierował ją lekarski nawyk czystych rąk, czy chęć powtórzenia rytualnego gestu zbliżającego ją z Miriam.
Oparła głowę o chłodną Ścianę. Dwadzieścia parę lat temu przykładała do tego kremowo jasnego muru maleńką Miriam noszoną w brzuchu. Urodzenie dziecka było wyparciem się go z własnego ciała. Śmierć dziecka też rodziła się przez jej ciało. Na wiadomość o Saulu skurczyło się i wymiotowało czymś, co było nie do przyjęcia przez umysł. Nie płakała. Jeśli miała łzy, jakiekolwiek słowa bólu,
rzygała nimi. Zbierały się nie mdłościami, ale porodowym, przeszywającym skurczem. Szymon, słysząc od wojskowego posłańca o śmiertelnym wypadku Saula, katatonicznie znieruchomiał. Weiss miał na to swoje wytłumaczenie.
– Twój mąż... – Doktor objął swoje łyse czoło starczo poplamioną ręką. – Twój mąż, droga Hanno, wziął na siebie Saula, jego śmierć, i stał się dla nas zmarłym, dla siebie też. To minie, potrzeba czasu, dużo czasu.
Hanna próbowała uwierzyć. Nie Weissowi i jego tłumaczeniom. Wiedziała; psychiatria w takich przypadkach jest bezradna. Próbowała uwierzyć, że Saul nie jest trupem. Czekała na jego powrót. Zmarli odwiedzali i pocieszali wierzących w życie pozagrobowe. Do niej przychodził tylko trup. Widziała go w kolejnych fazach rozkładu, z medyczną precyzją. Tą samą, z jaką obserwowała fazy jego dzieciństwa, wyrzynające się ząbki obmywane rumiankiem, pierwsze koślawe kroki.
Dlaczego nie zwariowałam? – zastanawiała się. Po rodzicach odziedziczyła wytrzymałość. Przeżyli wojnę. Trzeba mieć hart, żeby zakładać kibuc pod wzgórzami Golan. Szymon nie znał swoich rodziców. Dziadek był fotografem w Przemyślu. Podobno robił zdjęcia na dworze cesarza. Zmartwychwstanie Szymona było spektakularne, niemal heroiczne. Ze spokojnego informatyka przeistoczył się w biznesmena. Wiecznie pod telefonem, między spotkaniami. Zaczął wyjeżdżać w interesach do Polski. Nadaktywnością maskował depresję. Uciekał od jej bezruchu i śmierci. Jego maniacka ruchliwość, czasem gwałtowność, były dla Hanny znośniejsze od zatrważającej apatii. Westchnęła, pogładziła Ścianę Płaczu. Między białymi krążkami reflektorów oświetlających
dziedziniec błyszczał okrągły księżyc. „Podane na tacy księżyca” – mówiono o dzieciach urodzonych w pełnię, przypomniała sobie Hanna. Miriam jest takim dzieckiem, urodzonym podczas majowej pełni, nieprzewidywalnym i wrażliwym. Przesunęła po Ścianie palcami, żegnając się z nią.
Szymon nerwowo obmacywał marynarkę, kieszenie spodni. Był najruchliwszym z mężczyzn na placu. Inni przechadzali się dostojnie, naradzali nad czymś w skupieniu, modlili. On biegł.
– Masz kartkę i długopis? – Odnalazł żonę przy studni.
– Nie możesz wpisać do telefonu?
Rozczuliła go jej niedomyślność. – Chamuda, telefon wsadzę w Ścianę? No co ty.
Podała mu torebkę, tę samą czarną kopertówkę, dobraną do sukni na ich rocznicę ślubu. Wyjął z niej stary bon zniżkowy. Oddarł od niego niezadrukowany kawałek i szybko zapisał. Poszedł włożyć prośbę między kamienie. Stanął wśród czarnych chałatów. Pokornie się pochylił. Dotknął chłodnej Ściany, jej nacięć. Układały się w litery hebrajskiego alfabetu, dostrzegł bet, ajin. Było też dużo nic nieznaczących czarnych kresek, znaków. Możliwe, żeby powstały razem z kamieniami, ile milionów lat temu? Miliardów? Przypadek czy są tu celowo? I kiedy namierzono cel? Przy powstaniu Ziemi, świata, innych fisherowskich przedświatów? Szymon rozważał prawdopodobieństwo pojawienia się w tym miejscu nie tylko Ściany, ale właśnie tam, gdzie stał, dwóch liter dalet i waw. Skalne odpryski tworzyły słowo Dawid. Zdziwił się, także sobą. Zazwyczaj nie kombinował w podobny sposób. Wpływ miejsca i okoliczności – stwierdził.
Mógł być jeszcze pijany, stąd irracjonalny strach, że jest coś, że było coś, co wszystko zaplanowało. Lepiej zatkać przeznaczeniu gardło karteczką, uszczelnić prośbą wetkniętą między kamienie.