Odpowiadania

Adam Wiedemann
Odpowiadania
  • Stowarzyszenie Rita Baum
    Wrocław 2011
    ISBN 978–83–924251–8–2 
    130 x 178 
    228 stron
    okładka miękka

Adam Wiedemann, aktywny ostatnio głównie jako poeta, powraca z książką prozatorską. Od ostatniego tomu jego opowiadań (Sęk Pies Brew) minęło lat kilkanaście, więc powrót to znamienny, znaczący – i udany. Odpowiadania to znów zbiór (równo 20) różnej długości opowiadań. W tej niezbyt popularnej dziś w Polsce formie Wiedemann wciąż czuje się najlepiej – za co mu chwała, bo niepotrzebne rozdymanie opowiadań do rozmiarów powieści to obecnie praktyka nagminna i przykra. 
Nie licząc paru kawałków o charakterze, by tak rzec, pastiszowym, Wiedemann opowiada o tym, co zna najlepiej – o własnym życiu. Mówiąc zaś o sobie, artyście w wieku średnim po swojemu żyjącym w nader średnich czasach, ze swadą i humorem dalekimi od tego, co można zwykle przeczytać, Wiedemann ma we wdzięcznej pamięci najbardziej oczywistą tradycję, do której się odwołuje – tryb opowiadania o własnym życiu wypracowany w polskiej literaturze przez Mirona Białoszewskego. Co ciekawe jednak , w Odpowiadaniach dominuje nie zapis „dziania się” domowego, lecz gry na wyjeździe – quasireportażowe opowieści o przygodach (słowo „zdarzenia” byłoby zresztą stosowniejsze) na zagranicznych festiwalach, targach i stypendiach, których się autorowi przez wszystkie te lata w życiorysie trochę nazbierało. 
Mamy tu więc nader osobistą relację z pojedynczego, „zwykłego” życia, przy czym jest to życie nieco egzotyczne (zwłaszcza dla czytelnika spoza literackiej branży), a zawsze opowiadane ze świadomością językowych pułapek, na które narażone jest opowiadanie czegokolwiek. „Myślisz, że coś przeżywasz, i nawet rzeczywiście przeżywasz to, a potem nagle wiesz, że nic nie przeżyłeś, i nic ci to nie szkodzi. Zaś estetyczny i może nawet egzystencjalny pożytek możemy mieć z tego wszyscy. „Nic ci nie szkodzi, że nic nie pamiętasz z tego, czego nie przeżyłeś i co przeżyłeś, choć wydawało się ci się, że możesz nie przeżyć. Przeżyłeś to i nawet coś ci z tego przyszło” – pisze Wiedemann w krótkim tekście o epizodzie z amerykańskiego stypendium w Iowa City. 
Wypada się cieszyć, że Wiedemannowi (a końcu i czytelnikom) tak wiele z tego przychodzi.

- Marcin Sendecki

Fragment

Myślisz, że coś przeżywasz, i nawet rzeczywiście przeżywasz to, a potem nagle wiesz, że nic nie przeżyłeś, i nic ci to nie szkodzi. Nic ci nie szkodzi, że nic nie pamiętasz z tego, czego nie przeżyłeś i co przeżyłeś, choć wydawało ci się,  że możesz nie przeżyć. Przeżyłeś to i nawet cos ci z tego przyszło.
Pamiętam jakieś wnętrza, jakieś domy. Pamiętam jakichś ludzi. Tych ludzi nie ma i nie pamiętam już, czego się bali.
Obudziła mnie Mary, przyniosła w kopercie kartę do bankomatu. Spodziewałem się czegoś fajniejszego i najlepiej bez dodatku Mary, choć jednak Mary była najbardziej prawdopodobna. Mary jest dla nas jak matka, kocha nas, bo nas urodziła, w związku z czym budzi zrozumiałą niechęć, bo kto chciałby być dzieckiem kogoś takiego jak Mary.
I ciekaw jestem tylko, czy cały ten smętny koszmar przyśnił mi się na skutek walenia do drzwi, czy też walenie wyratowało mnie od jeszcze gorszych perypetii.
Karta jest bardzo ładna i było na niej napisane, żeby z nią cos zrobić. Odłożyłem to  na później, nie da się tak od razu, prosto z łóżka, przed pierwszym drinkiem. Zostawiłem to na tapczanie i zabrałem się za Gertrudę Stein, która leżała na stole. Tak trudno sobie wyobrazić, że Gertruda Stein pisała to wszystko na trzeźwo. Pisała to wszystko na trzeźwo, tak mówią. Trzeźwa osoba. Porządna. Takie osoby trzeba kochać. Trzeba napisać do Siostry Teresy, pomyślałem.
Ale nie napisałem. Przetłumaczyłem kilka stron „Useful Knowledge”, aż do momentu, kiedy złożyła do kupy for, four i fortunately, tego było za wiele. Było już wpół do piątej. Zauważyłem na tapczanie leżącą kartę.
Karta dawała trzy możliwości: pójść tam, zamejlować albo zadzwonić. Zadzwoniłem. Odezwał się automat, kazał mi robić różne rzeczy, robiłem tak długo, jak mogłem. A kiedy już nie mogłem, odezwał się drugi głos. Jesteś prawdziwym człowiekiem?, zapytałem.
Tak, jestem, odpowiedział głos. Kazał mi robić to samo, co automat. To było bardzo proste. Pożegnaliśmy się w atmosferze wielkiej serdeczności i sympatii. Ten głos jeszcze istnieje. Lubię go. Mógłbym do niego jeszcze raz zadzwonić.
Mógłbym go spotkać w rzeczywistości. Mógłbym się z nim umówić. Mógłbym, mógłbym, no ale  w sumie to nie ma powodu, żeby tak się męczyć.
Ubrałem się i wyszedłem. W antykwariacie była książka „Wars I Have Seen” za 6 $, wziąłem ją i podszedłem do kasy. Czy mógłbym kupić?, zapytałem.
Myślę, że mógłbyś, powiedziała kasjerka. Była gruba. Zaśmiałem się hałaśliwie. Zapłaciłem 6.80 z taxem. I poszedłem do baru, który był zaraz obok, do baru z hamburgerami. Bo John powiedział, że tam są najprawdziwsze hamburgery i musze spróbować choćby raz.
Usiadłem i dostałem kartę, było tam dużo rodzajów hamburgerów. Chciałem zamówić najzwyklejszego, ale zamówiłem z boczkiem, jakoś to lepiej brzmiało. I lemoniadę, tu wszędzie mają lemoniadę i można ją po prostu zamówić , bez tłumaczenia, co się chce i jak to się robi. Chcesz coś do hamburgera?, zapytał kelner. Frytki? Na hamburgera z frytkami jeszcze za wcześnie, odpowiedziałem, mając na myśli, że może następnym razem. Kelner poszedł po hamburgera. Wyjąłem „Wars I Have Seen”, zacząłem czytać. Gertruda się nadaje do czytania w barze. Nadaje się do czytania wszędzie, nie używa zbyt wykwalifikowanych czasowników. Kelner przyniósł lemoniadę, była olbrzymia. Naprzeciw mnie usiadł starszy człowiek bez ręki, był bardzo nieszczęśliwy albo był wariatem. Zamówił coś i zaczął głośno opłakiwać swój los. Adam, uspokój się, krzyknęła z zaplecza kelnerka.
Człowiek bez ręki uspokoił się. Dostaliśmy swoje hamburgery. Boczek w moim był dobrze przysmażony, bułeczka dobrze przypieczona, jadło się to ze smakiem. Chcesz jeszcze coś?, spytał kelner i przysiadł się do ludzi przy sąsiednim stoliku.
O, Adam, powiedzieli, jak się masz, miło cię tu zobaczyć. Kończyłem lemoniadę czytając, Gertruda była coraz lepsze, lemoniada robiła się wodnista.
Wychodząc, podszedłem do kasy, miałem 6 $ drobnych. Rachunek opiewał na 6, 41 z taxem, dałem stówę. Będę musiała ci wydać w piątkach, powiedziała kasjerka. To może zapłacę kartą?, powiedziałem i zapłaciłem kartą, choć może wolałbym pierwszy raz użyć karty w uroczystszych okolicznościach. Tu jest miejsce na tip, powiedziała kasjerka, wpisz ile chcesz. Ale tip był wliczony?, powiedziałem, myląc tip z taxem. Tax zawsze jest wliczony, powiedziała kasjerka, tu możesz wpisać tip dla mnie, Wpisałem 29 centów, żeby było równo, wyszedłem i uświadomiłem sobie, że powinienem był wpisać 69. Albo nie, 59, co mi się porobiło z tym liczeniem?
Szedłem ulicą, myśląc o tych tipach czy też taxach. Że nigdy nie wiadomo, ile się zapłaci. Co mnie obchodzi kasjerka, co mnie obchodzi kelner, już nigdy tam nie pójdę, tak myślałem. Dwóch chłopców uprawiało jogging, jeden był bez koszulki, bardzo piękny. Przeszedłem koło niego, bo się zatrzymał na światłach, krople potu na skórze, ciężko ddychał, za darmo. W sklepie szukałem ciastem, znalazłem ciasteczka ekologiczne za 3 $. Kasjer był cały wytatuowany, dostał tax. Tax daje się tym, którzy na niego nie zasługują, pomyślałem, choć ten tax był tipem dla kasjera. Wszyscy się tutaj tatuują, robią z siebie tekst.